Miłość
CZADOBLOG - Paweł Czado
To jedna z najbardziej romantycznych historii ze świata sportu, jaką znam. Jest dobra okazja, żeby ją opowiedzieć. Kiedy odwiedziłem kiedyś starsze małżeństwo w kamienicy w centrum Katowic, z wrażenia nie mogłem potem oddychać.
***
Irena Hejducka tuż po wojnie była jedną z najlepszych polskich sprinterek. Nie udało jej się wygrać tylko ze słynną Stanisławą Walasiewiczówną. Ta wychowanka Pogoni Katowice reprezentowała także Budowlanych (czyli AKS) Chorzów. Zdobywała mistrzostwo Polski na 60 m, 100 m, w sztafetach, trójboju i pięcioboju. Zdarzało się, że na treningach wygrywała biegowe zakłady z mężczyznami. Januszowi Sidle, wicemistrzowi olimpijskiemu z Melbourne '56, nie dała żadnych szans na 100 metrów.
W reprezentacji Polski startowała w latach 1946-51. Została powołana do kadry narodowej na igrzyska w Helsinkach w 1952 roku. Szczęście zmieniło się w rozpacz, kiedy w reprezentacji olimpijskiej nieoczekiwanie zabrakło miejsca dla… jej męża, dziesięcioboisty Wacława Kuźmickiego. – Kiedy dowiedziałam się, że na zgrupowanie kadry przed igrzyskami powołanie dostałam tylko ja, cała radość zniknęła. Z męża zrezygnowano, tłumacząc, że ma już 30 lat i jest... za stary – opowiadała mi pani Irena.
Dla Kuźmickiego ówczesna decyzja działaczy była szokiem – start w igrzyskach był bowiem dla niego wszystkim, przygotowywał się do nich z całych sił. Wszystko dlatego, że cztery lata wcześniej, w trakcie igrzysk w Londynie w 1948 roku, miał potwornego pecha. Dwa dni przed startem, oddając treningowy skok o tyczce, Kuźmicki uderzył głową o... betonowy podest, na którym stały stojaki. Diagnoza angielskich lekarzy (cóż, czasy były takie, że polska ekipa nawet nie przywiozła ze sobą do Londynu własnego) zabrzmiała jak wyrok: wstrząs mózgu. Polscy działacze nie mogli uwierzyć, że mimo bólu głowy Kuźmicki zdecydował się wystartować. I to w dziesięcioboju! Nie dał sobie wyperswadować, że ryzykuje zdrowiem. Dostał więc pozwolenie na start, jednak... na własną odpowiedzialność. Oczywiście nie pobił rekordu życiowego w ani jednej konkurencji. Zwyciężył jedynie w swojej serii w biegu na 1500 m. Wygrał, mając wstrząs mózgu! Ostatecznie zajął 16. miejsce. Był szczęśliwy, że wystartował. Liczył przy tym, że zrewanżuje się w Helsinkach, że dopiero wtedy pokaże, na co go stać. Opowiadał mi o tym.
Kilka miesięcy po londyńskich igrzyskach Wacław Kuźmicki ożenił się z Ireną Hejducką. Poznali się dwa lata wcześniej na zgrupowaniu przed mistrzostwami Europy w Oslo w 1946 roku. Małżeństwo lekkoatletów chciało razem wystartować na następnych igrzyskach. Oboje wspólnie marzyli, trenowali i jeździli na zawody. Byli szczęśliwi. Na spartakiadzie w Warszawie w 1951 roku Irena wygrała sprinty, a Wacław konkurencje techniczne. W nagrodę Kuźmiccy dostali... siedem kompletów ozdobnie oprawionych „Dzieł zebranych” Lenina. W czasach stalinowskich sportowcy dostawali za zwycięstwo wszystko, tylko nie pieniądze.
W 1952 roku decyzja działaczy przekreśliła marzenia małżeństwa Kuźmickich. Pani Irena była uparta, nie poddawała się łatwo. Próbowała w sprawie męża interweniować jeszcze u kierownictwa reprezentacji. Oczywiście nic nie wskórała. Wtedy, na znak protestu, sama… zrezygnowała z wyjazdu – Poprosiłam o skreślenie z kadry olimpijskiej i wróciłam do domu. Nie mogłam inaczej – usłyszałem.
Irena i Wacław byli ze sobą do końca życia.
***
Irena Hejducka-Kuźmicka już się nigdy nie ścigała. Karierę zakończyła w wieku zaledwie 23 lat. Została trenerką w Ruchu Chorzów (1953-57) i Starcie Katowice (1958), także sędzią klasy międzynarodowej. Odznaczona m.in. Srebrnym Krzyżem Zasługi, Złotymi i Srebrnymi Odznakami PZLA i Śląskiego OZLA.
Dziś mija rocznica jej śmierci.