Sport

Mężczyzna i męczyzna

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Jeśli ktoś jeszcze próbuje tłumaczyć, że Liga Narodów UEFA to bzdet, forma rozgrywek sparingowych, bezsensowny turniej w przeładowanym kalendarzu, którego nikt nie traktuje poważnie, niech włoży łeb pod zimny prysznic i obejrzy sobie niedzielny finał. Bo półfinały, łatwe do przeoczenia, nieprzesadnie reklamowane w mediach jako piłkarskie hity czerwca, odleciały w kosmos poziomem, zaangażowaniem i popisami galerii gwiazd pierwszej wielkości. Hiszpanie pospołu z Francuzami zagrali mecz roku, było dziewięć goli i dramaturgia jak z blockbustera za sto milionów dolców, dzień wcześniej Niemcy poznały siłę Portugalii, a świat znowu oniemiał ze zdziwienia, że Fogg jeszcze śpiewa, to znaczy, przepraszam, Cristiano Ronaldo wciąż strzela decydujące gole dla reprezentacji. Być może Liga Narodów nie jest pierwszorzędnym celem reprezentacji Polski, ale to raczej resentyment przegrywów, niż realna ocena wartości tych zmagań. Ronaldo wszedł w piątą dekadę życia i nadal gra w pierwszym składzie, choć ma w kościach i ścięgnach trzydzieści meczów w pierwszym składzie Al-Nassr, ba, teraz mu śpieszno raczej do zmiany klubu, niż na wakacje, bo chce się załapać na klubowy mundial.

Tymczasem Polska zagra w Finlandii kluczowy mecz eliminacji do mistrzostw świata (zakładając, że z Holandią szanse mamy iluzoryczne, to z Finami bezpośrednio rywalizujemy o drugie miejsce w grupie) bez Roberta Lewandowskiego. Bo nasz kapitan uznał, że potrzebuje wytchnienia po sezonie i nie zechciał przyjechać na zgrupowanie. Każdy inny zawodnik za taki gest zostałby wykluczony z kadry i nie byłoby mu łatwo do niej wrócić, a naród zapamiętałby to sobie jako zdradę, obelgę i co tam jeszcze. Tymczasem decyzję Lewego przyjmuje się w Polsce z łagodną krytyką, ale i zrozumieniem, by nie rzec: pobłażaniem, przecież to Lewy, żywa legenda, już tyle dla nas zrobił, metryki nie oszukasz, niech sobie odpocznie. Czterdziestoletniego Ronaldo trzeba z boiska wołami ściągać, a trzy lata młodszy Lewy postanowił, że na kadrę przyleci z prywatną wizytą dopiero, jak mu piarowcy wbili do głowy, że wizerunek trzeba naprędce ratować, bo kolega Grosik gra mecz pożegnalny i na konferencji prasowej wyraził żal, że kapitan reprezentacji go olał.

Na pytanie czy Lewandowski nie chce już grać w kadrze narodowej, czy ma też dość grania dla kadry Michała Probierza, obstawiałbym tę drugą opcję. Tylko że mi się taki gwiazdorski szantaż emocjonalny bardzo nie podoba. I osobiście nie chciałbym już Lewandowskiego w kadrze widzieć, chyba że pokornie przejdzie jakąś drogę do Canossy. Pytanie, kto z tych dwóch panów polskiej piłce bardziej potrzebny, pozostawię bez odpowiedzi. Trzeba mieć jaja i grać z orłem na piersi bez względu na to, kto kadrę prowadzi, albo ogłosić wprost bojkot - pitolenie o zmęczeniu sezonem to wymówka znudzonej żony, która ma globus i dlatego przepędza męża z sypialni. Czas pokazać, że polski futbol ani się na Lewym nie zaczyna, ani na nim nie kończy.

W finale Ligi Mistrzów mieliśmy polski akcent - Nikola Zalewski zagrał pół godziny, z murawą przywitał się żółtą kartką, potem nawet coś tam próbował rozruszać, widać, że zyskał zaufanie trenera, aż szkoda, że teraz przyjdzie nowy i nie wiadomo, jak to wpłynie na status największej nadziei naszej kadry. To na barkach Zalewskiego i Zielińskiego, dwóch Polaków grających w Interze, spocznie teraz odpowiedzialność za wyniki reprezentacji, to oni mają największe predyspozycje do tego, by zastąpić lidera. Obaj niestety nie byli graczami pierwszego wyboru trenera Inzaghiego, a o tym, jak wiele znaczy nieregularna gra w lidze najboleśniej przekonał się Kacper Urbański - w zeszłym roku uznawany za największe odkrycie Probierza, trudno było sobie bez niego wyobrazić reprezentację, teraz nie dostał powołania nawet do młodzieżówki, szykującej się do Mistrzostw Europy na Słowacji. Michał Probierz postanowił dać szansę czterem wyróżniającym się graczom z naszej ekstraklasy, ale na pierwszy skład chyba szanse ma tylko Mateusz Skrzypczak, ograny w Europie stoper Jagiellonii, bo defensywa naszej kadry wysoko poprzeczki nie ustawiała. Uparte powoływanie Pawła Dawidowicza jest najlepszym znakiem słabości tej formacji, bo przecież nie tego, że Probierz mija się z… powołaniem.

W meczu z Mołdawią kadrę pożegnał Kamil Grosicki, choć spośród naszych ligowców to właśnie „turbo Grosik” pomimo metryki wciąż gwarantuje reprezentacyjną jakość na skrzydle. Finom trzeba będzie coś strzelić, a akurat najlepszego gracza mają w bramce - Lukas Hradecki jest topowym golkiperem Bundesligi, na co dzień stoi między słupkami Bayeru Leverkusen. Bez Lewandowskiego nasz napad nie wygląda imponująco - Krzysztof Piątek co prawda zakończył sezon w Turcji jaki wicekról strzelców i wytransferował się do Arabii, ale w kadrze nic nie strzelił od roku, Adam Buksa i Karol Świderski też już prochu nie wymyślą. To zawodnicy, którzy nogę i głowę (Buksa) dołożyć potrafią, ale w pojedynkę nam meczu nie wygrają, a takich zdolności wielokrotnie dowodził Lewandowski, zwłaszcza w meczach przeciw rywalom z niższej półki, kiedy nasza drużyna dostosowywała się do nich poziomem indolencji. Tylko że kapitan tym razem nie wszedł na pokład, bo się zmęczył.