Manifest piłkarski
REMANENT - Jerzy Chromik
Piszę 22 lipca. Taka nieistotna już data. Jest szósta rano, może już siódmej wpół, temperatura odczuwalna 22 stopnie Celsjusza. Prawie środek lata, a ja myślami jestem przy Włodku i... Heńku. Nie tak jak prawie wszyscy piszący i mówiący – przy Janku U. Nie mylić, tak jak pani z telewizji, z Jerzym Urbanem!
Tydzień temu był 15 lipca, więc zadzwoniłem do Lubańskiego, bo przecież imieniny Włodzimierza. Pozostawał na granicy zasięgu sieci, ale jak co roku odebrał, bo w pewnym wieku pewnych połączeń się już nie odrzuca. Najważniejsze są bowiem pamięć i życzenia, jak to teraz mówią, nieoczywiste. Nikt nie ma interesu, nie prosi o wywiad i nie katuje pytaniami o niewykorzystane sytuacje. Także te życiowe.
Włodek to mój idol od połowy lat 60. ubiegłego wieku! To właśnie jemu zawdzięczam zainteresowanie, a potem miłość do piłki nożnej, a moją pierwszą, tą ukochaną drużyną nie była ani Legia, ani Barcelona, ani nawet Osasuna, a właśnie zespół z Zabrza. Z Kostką w bramce! To był mój swoisty manifest piłkarski przyznający mi na resztę życia niecały hektar ziemi, ale w dowolnym miejscu świata, zależnie od tego, gdzie akurat jest oglądany przeze mnie mecz.
Każde pokolenie ma takiego idola, na jakiego zasługuje. Teraz spieramy się czasami przy lampce, bynajmniej nie naftowej, z przyjacielem Heńkiem, czy Lubański był lepszym piłkarzem od Lewandowskiego. Na pewno był lepszym kapitanem. Co do tego jestem pewien. Nawet w meczu, po którym przezwano go białym aniołem, gdyż jako jedyny w Górniku miał strój czysty, a reszta kolegów pod koniec meczu była ubłocona od stóp do głów.
Krystaliczna postać? Nie, z wadami jak każdy z nas, ale takimi mniej istotnymi. Kiedyś Maciek Biega, mentor z tygodnika „Sportowiec”, zadzwonił do mnie, że Włodek ma żal za tekst o kulisach transferu Roberta Warzychy do Evertonu. Lubański był jego menedżerem i nie wszystkie oczekiwania stron były zgodne. Tytuł artykułu był niefortunny, a żal Włodka zrozumiały, więc przeprosiłem. Kto dziś przeprasza za złe zdania?
Dziesięć lat temu siedzieliśmy we trzech przy butelkach pełnych oranżady. Heniek, urodzony 22 lipca, ja z 1 września i szwagier Heńka, akurat witany na świecie 11 listopada. Tercet bardziej niż egzotyczny, bo... jakoś wyjątkowo historyczny! Gdyby zrobić casting, to nie byłoby łatwo tak dobrać się przy stoliku zwierzeń. No po prostu jak w korcu maku!
Rozmawialiśmy oczywiście także o piłce, kto ma grać, a kto nie, kto ma trenować, a kto nie, tylko Heniek wzrok miał mętny, szeptał coś o cukrze w cukrze, który właśnie przerzucał drogą morską z Brazylii do Wietnamu. Heniek, strażak z wykształcenia, robi od 30 lat w handlu zagranicznym i ma w swoim biurze 70 segregatorów podpisanych 70 nazwami krajów całego świata. I zarabia na wszystkim.
Taki to gość urodzony 22 lipca, po maturze w LO imienia Manifestu Lipcowego! Na mecze jednak nie chodzi, bo lekarz mu zabronił, gdyż za bardzo wtedy skacze mu ciśnienie. Za bardzo przeżywa każdego straconego przez swoich gola. Dzwoni więc do mnie w trakcie meczu reprezentacji i pyta: jaki jest wynik i ile jeszcze do końca?
Może kiedyś zdarzy nam się usiąść przy jednym stoliku z Włodkiem i Heńkiem, bo Heniek ma także kontrahentów w Belgii, ba, może nawet w Lokeren. Tylko piłkarzami jeszcze nie handlował, choć kiedyś zapytał mnie, czy nie warto byłoby sprowadzić do Legii rozgrywającego z Brazylii i na tym zarobić. Odpowiedziałem mu, że w Warszawie mają już reżysera gry.
Co prawda najczęściej z bożej łaski, ale zawsze...
Marzyłem o takim zdjęciu od dziecka. Fot. J. Ch.