Sport

MAGA futbolowa, czyli kuku na muniu

WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

My editorial friend Paweł Czado has pulled from my mouth — or rather from my nightmares — a prophecy concerning this year’s World Cup. According to his dark, though entirely plausible vision, it will be the USA that wins the world championship… without playing a single match. America under the presidency of the orange buffoon is like a locomotive in the hands of a deranged driver, accelerating beyond all limits and ignoring signal lights. Unless someone switches the tracks in time, a catastrophe on an unprecedented scale will follow.

Trump is an Uncle Evil incarnate, galloping into dementia; the world can be saved only by a straitjacket for this gentleman or by a swift impeachment (preferably both). Any day now he’ll smash NATO; within months — perhaps on the round, 250th anniversary of the Declaration of Independence — he may want to crown the celebration by proclaiming a new state of the USA, even if achieving that goal requires setting the world on fire. He has set his heart on Greenland, and if he doesn’t get it — tremble, nations. I am almost certain that we are witnessing the opening phase (no longer the preliminary one!) of the end of the world, and if the unfortunate madman in the White House, together with his Kremlin friend Putin, fails to trigger World War III by June, he will most certainly make enough enemies among the majority of the countries participating in the World Cup, rack up enough grievances, for the greatest football event in the world to be boycotted.

I grew up behind the Iron Curtain, so I remember perfectly well how half the world boycotted two consecutive editions of the Olympic Games — first the West stayed away from Moscow in 1980 (which, incidentally, is how we ended up with a record haul of 32 medals), and four years later the USSR and its satellite states retaliated by skipping Los Angeles. A potential World Cup boycott, according to Paweł Czado, would take on a mild yet absurd form: the teams would play among themselves but refuse to face the United States, as a result of which the Americans, after eight walkover victories, would collect the World Cup trophy from the hands of the FIFA president. Which most likely means that Trump himself, addicted to hoisting trophies, would be the first to accept the statuette from his eager toady Gianni Infantino.

If things were to unfold as Paweł envisions them, this clever form of collective protest would save football: the wolf would be fed and the sheep left whole — history would question that embarrassing title anyway. Years later, when the old fools are gone and the world has returned to balance, new FIFA authorities would award the championship to the team that actually fought its way into the final, so that Anno Domini 2026 the runners-up would become the champions. That is, of course, assuming the enraged old men with nuclear briefcases within arm’s reach do not decide to drag the world with them into the abyss of nonexistence.

I do, however, have the impression that even without a boycott the Yankees may be shoved into the medal zone. Anyone who remembers the refereeing miracles of Korea 2002 — when only in the semifinals did Michael Ballack and his teammates prove stronger than the hosts’ team aided by dubious officials — knows what to expect in the United States. Trump couldn’t care less about soccer on a daily basis, but since America is hosting the largest tournament in history to celebrate a quarter millennium of its existence, it will have to win. Even the group draw reeked from afar: as expected, the Americans drew the easiest possible opponents — neither Paraguay, nor Australia, nor the European team emerging from the playoffs (Turkey seems the favorite) are beyond their reach.

Just to be safe, border services could be activated in advance and the standard form question about whether you intend to engage in terrorist activity on U.S. soil could be refined as follows: “Do you intend to oppose representatives of the American nation by means of shooting?” If any footballer honestly confirms that yes, he does intend to put a few goals past the cattle drivers, he will be turned back at the airport, stuffed onto a plane, and immediately sent back where he came from. And if, by some miracle, the World Cup were to go ahead in its full planned format, and the hosts — in line with their actual sporting quality — were eliminated somewhere around the round of sixteen, the matter would still not be lost. Last autumn Trump was bitterly disappointed that he did not receive the Nobel Peace Prize for his imagined “ending of eight wars.” The prize went instead to Venezuelan opposition leader María Corina Machado. Less than a quarter later, Trump, to the astonishment of the world, violating international law and global norms, launched an attack on Venezuela and overthrew the dictator Maduro. Sharp minds across the planet wondered whether this was about restoring democracy by force, seizing Venezuela’s oil reserves, or diverting public attention from the Epstein pedophilia scandal weighing on the president. Meanwhile, just a few days ago, a grateful María Machado came to the White House and humbly handed her Nobel Prize over to Trump. One may therefore assume that Trump will definitively lose interest in Venezuela — he has already received the toy he longed for. Which is why winning the World Cup is dangerous: unless the victors themselves think to renounce the golden trophy immediately after the final, hand it over to the hosts amid fireworks, and personally present it to POTUS, the country of the champions is bound to suffer some kind of misfortune.

Donald Trump uwielbia zbierać hołdy. Tu od szefa FIFA, Gianniego Infantino. Fot. Pressfocus

Mój redakcyjny przyjaciel Paweł Czado wyjął mi z ust, a raczej z koszmarów, przepowiednię dotyczącą tegorocznego mundialu. Wedle jego czarnej, choć całkiem prawdopodobnej wizji, to USA zdobędą mistrzostwo świata… bez rozegrania choćby jednego meczu. Ameryka pod prezydenturą pomarańczowego bęcwała jest jak lokomotywa w rękach obłąkanego maszynisty, co to rozpędza się ponad wszelkie ograniczenia, ignorując sygnały semaforów. Jak mu ktoś w porę nie przestawi zwrotnicy, dojdzie do katastrofy na niespotykaną skalę. 

Trump to wujek samo zło w galopującej demencji, świat może uratować tylko kaftan bezpieczeństwa dla tego jegomościa albo rychły impeachment (najlepiej jedno i drugie). Lada dzień rozwali NATO; lada miesiąc, może na okrągłą, dwieście pięćdziesiątą rocznicę Deklaracji Niepodległości, zechce zwieńczyć święto ogłoszeniem nowego stanu USA, nawet jeśli do osiągnięcia tego celu miałby podpalić świat. Wymarzyła mu się Grenlandia i jak jej nie dostanie, to drżyjcie narody. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że jesteśmy oto świadkami fazy wstępnej (już nie przedwstępnej!) końca świata i jeśli nieszczęsnemu świrowi z Białego Domu wespół z jego kremlowskim przyjacielem Putinem uda się nie wywołać do czerwca III Wojny Światowej, z całą pewnością narobi sobie wśród większości krajów uczestniczących w mundialu wrogów, nagrabi sobie wystarczająco, żeby doszło do bojkotu największej imprezy futbolowej świata.

Wychowałem się za żelazną kurtyną, pamiętam więc doskonale, jak pół świata zbojkotowało dwie kolejne edycje igrzysk olimpijskich – najpierw Zachód nie przyjechał do Moskwy w 1980 (czemu zresztą zawdzięczamy rekordową liczbę 32 medali), cztery lata później ZSRR i kraje satelickie odwetowo zrezygnowały z wyjazdu do Los Angeles. Ewentualny bojkot mundialowy wedle Pawła Czado miałby przybrać charakter łagodny i absurdalny zarazem – uczestnicy graliby między sobą, ale odmawiali występów przeciw Stanom Zjednoczonym, wskutek czego Amerykanie po ośmiu zwycięskich walkowerach odebraliby Puchar Świata z rąk prezesa FIFA. Czyli najpewniej to sam Trump, uzależniony od wznoszenia trofeów, pierwszy przyjąłby statuetkę z rąk swego ochotniczego podchujaszczego Gianniego Infantino.

Gdyby sprawy tak się mieć miały, jak to widzi Paweł, sprytna forma zbiorowego protestu uratowałaby futbol: wilk byłby syty i owca cała – historia i tak zakwestionowałaby ten kompromitujący tytuł. Po latach, kiedy starzy durnie już wymrą, a świat wróci do równowagi, nowe władze FIFA przyznałyby tytuł tej ekipie, która się do finału przedarła, a zatem Anno Domini 2026 drudzy byliby pierwszymi. Ale to przy założeniu, że świata nie zechcą ze sobą pociągnąć w otchłań niebytu wściekli starcy z walizkami atomowymi na podorędziu.

Mam jednak wrażenie, że i bez bojkotu jankesi mogą zostać przepchnięci do strefy medalowej – kto pamięta cuda sędziowskie z Korei 2002, kiedy dopiero w półfinale Michael Ballack z kolegami okazał się silniejszy od reprezentacji gospodarzy wspomaganej przez trefnych arbitrów, ten wie, czego może się spodziewać w USA. Trump ma na co dzień piłkę nożną dupoko w głębie, ale skoro Ameryka organizuje największy turniej w historii, aby uczcić ćwierć millenium swego istnienia, będzie musiała wygrać. Już losowanie grup zaśmierdziało na odległość, bo Amerykanie zgodnie z przewidywaniami wylosowali najłatwiejszych rywali – ani z Paragwajem, ani z Australią, ani z europejską ekipą wyłonioną z baraży (faworytem wydaje się Turcja) nie są bez szans.

Na wszelki wypadek zawczasu można uruchomić służby graniczne i doprecyzować w formularzu standardowe pytanie o to, czy nie zamierzasz prowadzić na terenie Stanów Zjednoczonych działalności terrorystycznej w następujący sposób: „czy zamierzasz sprzeciwiać się reprezentantom narodu amerykańskiego za pomocą strzałów?” Jeśli któryś piłkarz szczerze potwierdzi, że i owszem, zamierza poganiaczom bydła strzelić kilka bramek, zostanie na lotnisku zawrócony, wpakowany do samolotu i bezzwłocznie odesłany skąd przyleciał. A jeśliby jakimś cudem do mundialu doszło w pełnym planowanym wymiarze, gospodarze zaś zgodnie ze swoją aktualną sportową wartością odpadliby gdzieś na etapie 1/8 finału turnieju, i tak sprawa nie będzie przegrana: jesienią ubiegłego roku Trump był skrajnie niepocieszony, że nie dostał pokojowej Nagrody Nobla za swoje urojone „zakończenie ośmiu wojen”. Nagrodę otrzymała wenezuelska opozycjonistka Maria Corina Machado. Nie minął kwartał, a Trump ku zdumieniu świata, łamiąc prawo międzynarodowe i globalne normy, przeprowadził atak na Wenezuelę i obalił tamtejszego dyktatora Maduro. Tęgie głowy na całej plancie zastanawiały się, czy chodziło mu o przywrócenie siłą demokracji, o wenezuelskie złoża ropy naftowej, czy o odwrócenie uwagi społecznej od obciążającej prezydenta afery pedofilskiej Epsteina. Tymczasem przed kilkoma dniami wdzięczna Maria Machado przyjechała do Białego Domu i oddała pokornie Trumpowi swojego Nobla. Można zatem mniemać, że Trump definitywnie straci zainteresowanie Wenezuelą, bo upragnioną zabawkę już dostał. Strach zatem wygrać mundial - jeśli zwycięzcy sami nie wpadną na to, by natychmiast po meczu finałowym zrzec się złotego pucharu na rzecz gospodarzy i w blasku fajerwerków przekazać go osobiście POTUSowi, kraj triumfatorów niechybnie czeka jakieś kuku.