Sport

Liczy się klata

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Blue is the colour, football is the game!  - we Wrocławiu słowa hymnu Chelsea zabrzmiały wyjątkowo dumnie. Londyński klub przechodzi do annałów europejskiego futbolu: jest przecież pierwszą drużyną na Starym Kontynencie, która wygrała wszystkie aktualne puchary - Ligę Mistrzów, Ligę Europy i Ligę Konferencji.

Końcowy wynik jest o tyle mylący, że łatwo londyńczykom nie było; złe były miłego we Wrocławiu dla Chelsea początki… Do przerwy przegrywała, bo szybko straciła bramkę i długo nie potrafiła się ogarnąć. Ba, niewiele wskazywało, że w ogóle będzie w stanie odwrócić losy meczu! Do przerwy wyglądała przecież jak bezradny bobas. A jednak w drugiej połowie potrafiła przeistoczyć się w potwora.

Przyznam, że rozglądałem się u londyńczyków za nowym Ngolo Kante, malutkim artystą wśród wyrobników (167 cm), specjalistą od wślizgów i odbiorów. Właśnie ten piłkarz jest dla mnie symbolem, uzmysławia bowiem dobitnie, że w noszeniu fortepianów też można być wybitnym. Kante przez lata świetnie wkładał kij w szprychy, a trudno zbudować mocny zespół właśnie bez takiego człowieka z kijem. Przewidywał, przeszkadzał, odbierał - coś jak Waldemar Matysik w reprezentacji Polski podczas hiszpańskiego mundialu, choć fizycznie było mu raczej bliżej do Claude'a Makelele (centymetr niższy) niż do Matysika. W Chelsea Kante grał przez siedem sezonów, do 2023 roku, a znalezienie następcy, czy też następców dla kogoś takiego - nie jest jednak takie proste. Dlatego dziś w moim mniemaniu Chelsea gra inaczej niż jeszcze kilka sezonów temu. We Wrocławiu rolę Kante obecnie wzięło na siebie dwóch świetnych defensywnych pomocników – Ekwadorczyk Moises Caidedo i Argentyńczyk Enzo Fernandez, aktualny mistrz świata. Ten pierwszy wyszedł z czarnej masce, niczym Zorro, to efekt drobnej kontuzji policzka doznanej w niedawnym spotkaniu z Newcastle. Miałem przeczucie, że od gry tych dwóch środkowych pomocników o wielkich umiejętnościach – w tym defensywnych – wiele, być może nawet wszystko, będzie zależeć. Od początku widać było, że Latynosi to tłoki, zaimponowało mi, że mimo niekorzystnego początku potrafili pchać grę do przodu, pchać, pchać nieustannie, wszystko obrócić na korzyść Chelsea. No i stało się! W drugiej połowie Enzo Fernandez świetnie wszedł za plecy środkowego obrońcy i wystarczyło, że musnął piłkę, a Chelsea wróciła do gry. Ar-gen-ti-na, Ar-gen-ti-na!

Ale to nie koniec! Zachwyciła mnie akcja, która dała londyńczykom prowadzenie. Tak myślę, że była to najważniejsza bramka w dziejach futbolu zdobyta klatką piersiową. Kiedyś mówiło się, że wystarczy dołożyć głowę. Senegalczyk Nicolas Jackson udowodnił, że klatka piersiowa może być dla piłkarza równie cenna. Wystarczy dołożyć klatę! Trzeci gol Sancho i czwarty „Zorro” - były już tylko konsekwencją działających nienagannie tłoków. Chelsea więc zatriumfowała, pokazała nerwy ze stali oraz żelazną konsekwencję. W efekcie niebieski wziął górę nad zielonym. Przyznacie: to była świetna reklama futbolu i świetnie, że miało to miejsce akurat na Dolnym Śląsku. Mogliśmy bić brawo u siebie. Teraz chodzi o to żeby...bili brawo gdzie indziej nam! Tak szczerze mówiąc mam jednak wątpliwości, że za mojego życia polska drużyna zdobędzie europejski puchar. Chciałbym oczywiście się mylić.