Kupię ci halę, ty tylko trenuj moje dzieci
Rozmowa z Leszkiem Wroną, mistrzem Polski z 1989 roku, mieszkającym w USA od ponad trzech dekad
Dwa pokolenia piłkarzy Ruchu. Leszek Wrona, mistrz Polski z 1989 roku z Mariuszem Śrutwą - zdobywcą Pucharu Polski z 1996 roku, królem strzelców ekstraklasy z 1998 roku.
Przyjechał pan z bardzo daleka na ostatni mecz Ruchu na starym stadionie przy Cichej. Jak wrażenia?
- Muszę powiedzieć, że Polska, Śląsk, Chorzów bardzo się zmieniły. Od lat mieszkam w Stanach, dlatego widzę te różnice. Pierwsze, co zauważyłem, co rzuca się w oczy - to czystość. Kiedy grałem w Ruchu w latach 80., mieszkałem na Różance, niedaleko Huty Kościuszko. Wtedy było tak, że jak wieczorem czyściłem parapet, to rano mogłem już po nim palcem pisać... A ja zawsze lubiłem mieć okno otwarte i świeże powietrze. Wtedy to powietrze było jednak nie takie jak trzeba (uśmiech). Jeździłem wtedy białą ładą. To znaczy białą z nazwy, bo na co dzień była brunatna (uśmiech). Ale za to ta trawka na stadionie, murawa - zawsze była najlepsza w Polsce! Muszę podkreślić, że przeżyłem w Chorzowie piękne chwile.
A Ruch?
- O Ruchu słyszałem od dziecka, wiedziałem, że to sławny klub. Muszę przypomnieć, że urodziłem się w Krakowie, tata zabierał mnie na mecze Garbarni i to właśnie tam pokochałem piłkę. Pierwszy raz byłem na meczu Ruchu, gdy grał z Wisłą, miałem wtedy może dziesięć lat. Wtedy nie mogłem oczywiście wiedzieć, że kiedyś będę grał w tym klubie. Trafiłem do niego w 1980 roku, przez cztery lata miałem miejsce w składzie. W połowie lat 80. wyjechałem do Niemiec, gdzie razem z Jurkiem Wyrobkiem graliśmy w jednym klubie. Wróciliśmy do Ruchu w tym samym czasie, jeszcze razem z Albinem Wirą. Po powrocie Jurek pożyczał mi auto, bo nie miałem własnego. Jeździłem do domu, do Krakowa i wracałem nim na treningi, na Cichą. W sezonie 1986/87 grałem jeszcze trzy mecze ostatnie, ale nie udało się uratować ekstraklasy. Nie poszło nam...
A te słynne baraże z Lechią Gdańsk o utrzymanie jak pan wspomina?
- W tym słynnym meczu na Cichej grałem wtedy na lewej obronie. Janusz Jojko złapał piłkę z prawej strony i widział, że nie ma miejsca do zagrania piłki, więc odwrócił się, pobiegł kilka kroków i chciał rzucić piłkę w moim kierunku.
Właśnie do pana!
- Tak. Ale w tym momencie jeden z rywali ruszył w moją stronę, żeby przeciąć to zagranie i przejąć piłkę. Janusz w ostatniej chwili zrezygnował z podania. Chciał piłkę zagarnąć ręką, ale ta mu wypadła i wpadła do bramki...
Wielu twierdziło, że Jojko sprzedał ten mecz, ale moim zdaniem to absurdalne, choćby z tego względu, że mecz można sprzedać w zdecydowanie bardziej dyskretny sposób... Jak pan ten spadek przeżył?
- To rzeczywiście była tragedia dla nas wszystkich. Załamaliśmy się, psychicznie bardzo poszliśmy wtedy w dół. Staraliśmy się walczyć do końca, ale to już nie było to... Poza tym prawda jest taka, że trzeba ciężko pracować cały sezon, w jednym meczu uratować się ciężko. Spadliśmy... To był pierwszy spadek z ekstraklasy w dziejach. Bolało.
Potem jednak okazało się, że przed wami droga z piekła do nieba. Podnieśliście się prawie natychmiast. Po roku spędzonym w drugiej lidze, od razu powrót i zaraz potem mistrzostwo Polski jako beniaminek. Dwa kosmiczne sezony. Co stało za tym wystrzałem?
- Myślę, że spadek z ligi pozwolił scementować się tej drużynie, poczuć, że możemy nawzajem na siebie liczyć. Mieliśmy zakaz transferów. Nie mogliśmy nikogo sprzedać i nikogo przyjąć. Była tylko nasza grupa, która została, zawodnicy drugiej drużyny i zdolni juniorzy. Można powiedzieć, że to był kluczowy aspekt odbudowy... Trenerzy wiedzieli, jaki mają materiał do pracy: Jerzy Wyrobek i Henryk Wieczorek, którym Jacek Machciński przekazał pałeczkę, byli odpowiedzialni za tę odbudowę. Zanim odszedł, dał nam trochę w kość podczas przygotowań i tłumaczył, że tylko razem możemy coś osiągnąć. Były rutyna, młodość, był i leadership (przywództwo - przyp. aut.). Jurek Wyrobek cementował wszystko własnym doświadczeniem, swoim podejściem - znał nas przecież wszystkich doskonale. Poustawiał te klocki razem, a ogromne znaczenie psychologiczne miał pierwszy mecz na zapleczu ekstraklasy. Tak się zdarzyło, że graliśmy go w Gorzowie Wielkopolskim ze Stilonem. To był dla nas test na starcie. Przyszło ponad 20 tysięcy ludzi, publiczność była nieprzychylna, żarliwie dopingująca własną drużynę.
Każdy chciał z taką marką jak Ruch wygrać, każdy chciał się na jego tle pokazać...
- Dlatego to pierwsze zwycięstwo było dla nas niezwykle ważne. Wygraliśmy tam 1:0. Pamiętam, że walczyliśmy jak lwy. A Jurek Wyrobek nam wtedy powiedział: - Tak musicie grać. Ale pamiętajcie - tak będzie wyglądał każdy kolejny mecz. A potem poszło... (uśmiech).
Można powiedzieć, że tamten początek ustawił cały sezon. Wygraliście sześć pierwszych ligowych meczów z rzędu, w trzydziestu spotkaniach przegraliście tylko dwa razy na samym końcu rozgrywek, zdecydowanie wyprzedzając GKS Jastrzębie, które potem wywalczyło awans w barażach. Miał pan pewny plac, nie zagrał ledwie w jednym spotkaniu.
- Dawaliśmy z siebie, ile mogliśmy. A przed następnym sezonem, po powrocie do ekstraklasy, pojechaliśmy na ciężkie zgrupowanie do Zakopanego. Ale nikt nie miał kontuzji, niosły nas radość i entuzjazm. Grałem cały czas na lewej obronie, pamiętam, że tę pozycję znalazł dla mnie jeszcze trener Piotr Czaja (prowadził Ruch w ekstraklasie w sezonie 1981/82 - przyp.aut.), którego teraz po latach znów miałem przyjemność spotkać. Akurat był z powodu kontuzji kłopot z obsadą tej pozycji, a Piotr Czaja stwierdził: - Przecież Leszek nadaje się na tę pozycję, on biega jak zwariowany. Fakt, że dużo wtedy biegałem, jak mnie wsadzili na lewą obronę to zacząłem biegać tam i z powrotem. Moje dośrodkowania były dosyć dobre, rozumieliśmy się z "Guciem" Warzychą.
Można powiedzieć, że jego talent eksplodował dla Ruchu w najlepszym możliwym momencie. W tamtym sezonie został królem strzelców.
- Ciekawe, że Krzysiu wcale nie był wysokim napastnikiem, ale świetnie stał na nogach. Staraliśmy się mu - koledzy z drużyny i ja - wrzucać piłki mniej więcej na wysokości metra pięćdziesiąt. Nie musiał dużo skakać, ale zawsze wiedział, kiedy się zastawić i kiedy tę głowę albo nogę wsadzić... W efekcie piłka lądowała w bramce. Z nim łatwo było grać, bo wiedział zawsze jak się zachować, kiedy wyjść na pozycję. Współpraca z takim zawodnikiem na boisku to przyjemność. Tamte sukcesy wspominam jako coś niesamowitego...
Po rundzie jesiennej tamtego sezonu zdecydował się pan na wyjazd... Wyjechał pan do Stanów i teraz można powiedzieć, że połowę życia spędził pan tu, a połowę - tam. Właściwie już więcej życia w USA.
- Pojawiła się niecodzienna szansa, niezwykła propozycja. Był grudzień 1988 roku, kończył się PRL. Miałem świetny kontakt z byłym zawodnikiem Ruchu, Józkiem Jandudą, który mieszkał właśnie w Stanach. Jego rodzice mieszkali niedaleko Delty (słynnej chorzowskiej kawiarni, w latach 60. bardzo popularnej wśród piłkarzy Ruchu - przyp. aut.). Kiedy przyjeżdżał do Chorzowa na wakacje, potrzebował samochodu, zawsze mu dawałem. Mnie nie był potrzebny. Kiedyś stwierdził, że bardzo mu się podoba moja gra i spytał mnie, czy bym nie chciał do Ameryki wyjechać. A ja na to: czemu nie... No i dwa miesiące później przyszło zaproszenie! Dzwonię do niego i pytam: co z tym zrobić? - Przyjechać!
Pojawiła się wielka szansa, trenerzy przekonywali mnie, żebym został. Byłem w ogromnej rozterce. Taka szansa mogła już się nie powtórzyć... Byłem już przecież zawodnikiem 34-letnim, a w tamtych czasach nie było przecież takich wielu... Teraz takich piłkarzy się szanuje, ale kiedyś ktoś nagle decydował, że już nie potrzebuje takiego i koniec. Ostatecznie zdecydowałem się wyjechać.
Od tego czasu był pan w Polsce, w Chorzowie, kilka razy.
- Teraz jestem trzeci raz. Byłem na benefisie Krzysia Warzychy w 2008 roku. Mówiłem, że powietrze się zmieniło, ale i ludzie tutaj się zmienili. Są szczupli, dbają o siebie, są mniej pochmurni, uśmiechają się. Podoba mi się to.
Jakie jest życie w Stanach?
- Nie mogę narzekać (uśmiech). Mieszkam w miasteczku Burlington, w stanie Connecticut. Tam gdzie żyję - bez samochodu bym zginął. Wszędzie dystans, nie ma chodników, nawet do sklepu jest tak daleko, że muszę używać samochodu. Kiedy przyjechałem do Stanów nie przypuszczałem, że zostanę na stałe. Ale tak się losy potoczyły, że zostałem. Grałem trochę w piłkę w Wiśle Garfield, polonijnym klubie, pomogli mi tam stanąć na nogi. Występowałem też w innych klubach. Jednocześnie pracowałem wtedy fizycznie po dziesięć-jedenaście godzin dziennie.
Co pan robił?
- Budowaliśmy fabrykę uzdatniania plastiku. Byłem facetem od wszystkiego, moim zadanie było docinanie materiału, robiłem kawę dla pracowników, strzygłem trawę na posesji bossa, nawet zbierałem borówki. Do tego jeszcze uczyłem dzieci grać w piłkę. Mój boss był z pochodzenia Polakiem, nazywał się Ponikowski. Bardzo mi pomógł. Miał drużynę starszych panów i żeby mógł strzelić bramkę, to ja kiwałem wszystkich po skrzydle i mówiłem mu, żeby stał na wprost bramki, pod nią. No i strzelałem tą piłką w jego nogi, a on trafiał do bramki. Na drugi dzień w gazecie było, że "mister Ponikowski strzelił gola". On się cieszył, ja się cieszyłem, wszyscy byli zadowoleni (uśmiech). Potem, po przeprowadzce do Connecticut, też grałem w piłkę, także w drużynie... portugalskiej Gremio Lusitano, zaproponowali mi tam funkcję grającego trenera. Zrobiliśmy mistrzostwo... ligi portugalskiej New England, to było coś wielkiego (uśmiech). Inne portugalskie drużyny miały do nas daleko i nie lubiły przyjeżdżać... Potem byłem m.in. grającym trenerem w Connecticut Wolves, grającej w jakby trzeciej lidze. Dużo było tych epizodów. W Albany Alleycats były pieniądze, miałem tam mieszkanie i pracowałem jako trener. Treningi odbywały się wcześnie rano albo po południu, bo zawodnicy normalnie pracowali. Dobrze mi się tam trenowało, właściciele byli sumienni, uczciwi; co było ustalone, było realizowane. A potem kilkakrotnie pracowałem w klubie Western Mass Pioneers, wygrałem z nim mistrzostwo Ameryki Division 3. Nasz mały stadion mieścił pięć tysięcy ludzi, wtedy na finał przyszło z 12 tysięcy. Pokonaliśmy 2:1 drużynę New Jersey Barons. Jej angielscy właściciele mieli pieniądze i ściągali graczy z Anglii. My graliśmy głównie Latynosami. To był mój największy sukces jako trenera.
Mnóstwo doświadczeń.
- To prawda. Potem otwarłem własną szkółkę piłkarską. Doświadczenie w tym względzie zdobyłem we wcześniejszych klubach. Pewnego dnia spotkało mnie coś nieoczekiwanego. Okazało się, że jest do kupna... hala sportowa w miejscowości Bristol w Connecticut. Trenowałem dzieci pewnego człowieka, który zwrócił mi na nią uwagę. Mówię mu, że nie mam tyle pieniędzy, żeby ją kupić, a on na to: "nie ma sprawy. Ja ci kupię, ty tylko trenuj moje dzieci"... To dlatego, że on dostrzegł moje zaangażowanie i chęć pracy, fakt, że wszędzie z tymi dziećmi jeżdżę. Tak się to zaczęło.
Ta hala stała się mi droga. Zaczęliśmy ją wspólnie powoli przebudowywać, ulepszać, dostosowywać do naszych potrzeb. Ma jakieś 37m x 25m, coś koło tego. Do dziś ją mam. Mamy już lepsze światła, siatki wokoło, żeby piłka nie uciekała, wspólnie ją odnawiamy, malujemy...
Ile dzieci pan trenuje?
- Jest ich trochę (uśmiech). Najmłodsze mają po... 2 i pół, 3 lata. Niektóre mają jeszcze pieluchy. To oczywiście zabawa. Na boisko wychodzą z rodzicami i wspólnie wykonują zalecane przez nas ćwiczenia. Rodzice cieszą się wspólną zabawą, przewracają wspólnie, zaśmiewają, przenoszą piłki... Razem spędzają czas. Oczywiście mamy też drużyny, które biorą udział w regularnych rozgrywkach. Teraz mamy jedną drużynę siedmiolatków, dwie ośmiolatków, dwie dziewięciolatków, dwie dziesięciolatków, dwie jedenastolatków, dwie dwunastolatków, po jednej trzynasto-, czternasto-, piętnasto-, szesnasto- i siedemnastolatków oraz połączoną drużynę osiemnasto- i dziewiętnastolatków, która gra już jedenastu na jedenastu. Trochę więc tych drużyn jest. Ogółem mamy więc około 350 dzieci. Mamy też zespół seniorów, w którym są zawodnicy do 24 roku życia, ale oni grają tylko przez wakacje (uśmiech).
Nie wyobrażam sobie, żeby pan to wszystko sam ogarniał. Musi być kadra trenerska.
- Oczywiście jest! Mamy około dziesięciu trenerów. To w większości byli nasi zawodnicy, którzy przeszli u nas cały cykl. Jesteśmy specyficzną szkółką. Dookoła nas są silne kluby, które przyglądają się naszej pracy i można powiedzieć, że trochę na nas... żerują (śmiech). Grają z nami sparingi i widzą, kto się wyróżnia. Wtedy namawiają rodziców, żeby ich dzieci przeszły do nich. Uważam jednak, że to normalne i trudno o to się obrażać (uśmiech). Takie jest życie. Oczywiście - to jest także biznes, nie działanie dobroczynne. Nikt mi nie daje pieniędzy na klub, utrzymujemy się ze składek. Musimy opłacić media i prąd, musimy mieć na pensje dla trenerów itd. Współpraca z rodzicami układa się dobrze, choć są też czasem... problemy.
Domyślam się. Czy chodzi o KOR: Komitet Oszalałych Rodziców?
- Czasami rzeczywiście przeżywają występy swoich dzieci za bardzo. Przesadzają. Zdarza mi się, że po meczu przychodzi do mnie ojciec i z wyrzutem mówi: "Mój syn John grał w meczu o trzydzieści sekund krócej od Adama, syna sąsiada. Dlaczego?". Czasami zastanawialiśmy się, czy nie zabronić rodzicom przychodzić na treningi. Oni to bardzo przeżywają, pomstują, a dzieci cały czas zerkają w ich stronę, zastanawiając się, co powie tata na ostatnie zagranie? Skrytykuje? Pochwali? Ten problem jest chyba wszędzie, bo jak rozmawiam z trenerami dzieci w Polsce to słyszę, że jest podobnie. Niektórym rodzicom bowiem się wydaje, że jak dają pieniądze to mogą wszystko. Dochodzi więc do tego, że... podpisują umowy, w których zobowiązują się do należytego zachowania, nieobrażania innych. Dochodziło bowiem do tego, że rodzice dziecięcych drużyn w trakcie meczu wyzywali się nawzajem! To jest nieprawdopodobne. Mamy w grupach też polskie dzieci i ich rodzice nie hamują się z używaniem wulgarnych słów. Może pozostali ich nie rozumieją, ale przecież ja i kilku moich coachów rozumiemy. A to przecież nie przystoi! Dzieci i tak bardzo przeżywają swoje występy, porównują się do rówieśników. Staram się im tłumaczyć, że jeszcze nic się nie dzieje, kiedy rówieśnik jest teraz większy i szybszy, to da się nadrobić. Chodzi o to, żeby swobodnie czuły się z piłką. "Daj sobie czas i nie stresuj się". Nasze drużyny chcą wygrywać, ale nie za wszelką cenę. Chcę, żeby grali wszyscy, żeby ci z ławki nie czuli się zdemotywowani. Do dziecka nigdy nie wolno powiedzieć: "nie grasz, bo jesteś za słaby". W tym wszystkim psychologia jest bardzo ważna, dzieci nie powinny się zniechęcać, być zniechęcane. Powinno pozwolić im się walczyć o swoje. Staramy się, żeby dzieci u nas rozegrały przynajmniej połowę meczu, czasem trochę mniej. Z pewnością nie jest jednak tak, że dziecko u nas jedynie siedzi na ławce. Grają wszyscy! Czasem, gdy gramy jakiś ważny mecz o puchar, rozmawiam najpierw z rodzicami. "Może się zdarzyć, że tym razem nie wystawię twojego syna". Rodzice i dziecko są przygotowani, rozmawiają. Takie sytuacje w życiu też przecież się zdarzają i będą zdarzać. Ale to nie jest codzienność. Najczęściej grają wszyscy. Staram się wpoić zasadę, że trening jest tak samo ważny jak mecz, czasem ważniejszy.
Znajduję pana jako zadowolonego, szczęśliwego człowieka.
- Trudno, żeby było inaczej: robię to, co lubię od wielu lat. Już jako dziecko chciałem być zawodowym piłkarzem. Mój ojciec Józef z zawodu był kuśnierzem. Pamiętam, że gdy tata usłyszał ten tekst o piłce, to gonił mnie dookoła stołu, żeby mi klapsa dać. "Ja ci dam zawodowego piłkarza!". Przecież wtedy takiego zawodu u nas w ogóle nie było. A jednak się udało (uśmiech), choć do klubu zapisać mi się nie pozwolił. Ale potem, kiedy grałem już w pierwszej drużynie Ruchu, nic mi nie mówiąc, przyjeżdżał na moje mecze. Obrońca Irek Malcher, z którym się przyjaźniłem, mi o tym mówił. Dzwoniłem potem do taty. "Czemu nie zostałeś po meczu?" - pytałem. "Aaaa, byłeś zajęty. Ale muszę ci powiedzieć, że w 83 minucie już nie miałeś siły biegać. Trenuj więcej!" (śmiech). Teraz wspominam to z czułością.
Na koniec wróćmy do Ruchu. Znów gra na zapleczu ekstraklasy.
- Wiele jest do zrobienia, ale wierzę w ten klub. Można mówić na ten temat bardzo długo. Żeby mieć dobrą drużynę, musi się zgrać bardzo wiele czynników. Tak jak maszyna, w której wszystkie części, wszystkie koła zębate muszą działać. Wiadomo - musi być baza treningowa, baza finansowa, ludzie, którzy ciągną wózek w jednym kierunku. Wszystkie decyzje podejmować powinien jeden człowiek, który czuje odpowiedzialność za całość. Wiemy, że Ruch nie jest bogatym klubem, właściwie nigdy nie był, ale przecież stoją za nim serca tylu ludzi... Cieszę się, że znów tu jestem. Przyjemnie było zobaczyć wszystkich dawnych kolegów z boiska. Dziękuję im.
Rozmawiał Paweł Czado
Leszek Wrona od 1989 roku mieszka w USA, od tego czasu w Polsce był trzykrotnie. Przyjechał zagrać na pożegnanie starego stadionu na Cichej. Fot. Paweł Czado
Leszek Wrona
ur. 20 września 1955 roku w KrakowieKluby
Jako zawodnik i grający trener: Garbarnia Kraków (do 1976), Legia Warszawa (1976-78), Hutnik Kraków (1977-80), Ruch Chorzów (1980-84), TuS Schloss Neuhaus (1984-85), TuS Paderborn-Neuhaus (1985-87), Ruch Chorzów (1987-88), Vistula Garfield (1989-90), Gremio Lusitano (1990-91, grający trener), Polonia Falcons (1991-92, grający trener), Bridgeport Italians (1992), Connecticut Wolves (1993-95, grający trener ), Bridgeport Vasco da Gama (1996, grający trener), Western Mass Pioneers (1998-2000, grający trener).
Jako trener: Albany Alleycats (1995-97) Western Mass Pioneers (2004-06, 08-10).
Z Ruchem mistrz Polski w sezonie 1988/89.