Kowal zawinił, Cygana powiesili?
KOMENTARZ „SPORTU” - Tomasz Mucha
Nie jest żadną niespodzianką, że w sztabie Igi Świątek doszło do wstrząsu - ostatnie wyniki najlepszej polskiej tenisistki w historii oraz jej mowa ciała na korcie ewidentnie wskazywały, że problem jest poważny. I że decyzje muszą szybko zapaść. Wim Fissette - jak każdy trener główny - naturalnie jest odpowiedzialny za brak sukcesów podopiecznej, ale tajemnicą poliszynela jest, że musiał funkcjonować w sztabie, w którym znaczącą rolę - nie do końca jasną - odgrywa Daria Abramowicz. I nie będzie dalekim od prawdy stwierdzenie, że jeżeli opinia publiczna miała swoje oczekiwania, to było nimi „pogonienie” właśnie Abramowicz. Tymczasem „powiesili” trenera z Belgii...
Ten członek zespołu Świątek - mam na myśli Abramowicz - formalnie funkcjonuje jako psycholog, ale wielu obserwatorów tenisowej rzeczywistości, także tej związanej z samą sześciokrotną mistrzynią wielkoszlemową, wskazuje na to, że jej rola wykracza poza typowo profesjonalne relacje „doktor - pacjent”, że Abramowicz jest dla naszej tenisistki kimś pokroju przyjaciółki, partnerki czy nawet matki w jednym. Przypomina się, że Iga ma z rodzoną mamą relacje bardzo zdystansowane i od wielu lat pod pojęciem „najbliższa rodzina” werbalnie uznaje tylko tatę Tomasza i starszą siostrę Agatę. A senior rodu to dodatkowo spiritus movens całego przedsięwzięcia pod tytułem „Iga Świątek czołową tenisistką świata”.
Trzeba tu oczywiście zaznaczyć, że córka jest osobą dorosłą, niezależną i ma prawo sama decydować o swoim życiu, podejmować wybory, które tylko ona uważa za słuszne. Czy to dobrze, czy źle, że najważniejszą osobą w swoim sztabie uczyniła „psycholog” - zdania są podzielone. Wchodzimy w sferę gdybologii i - może napiszę tu coś pod prąd - kto wie, czy gdyby nie Abramowicz, to Świątek nie błąkałaby się gdzieś na granicy pierwszej i drugiej setki na świecie, a może już w ogóle nie grałaby zawodowo w tenisa. Iga jest znakomitą tenisistką i sportsmenką, ale przecież nie jest doskonałym człowiekiem-maszyną, na swoich barkach też dźwiga życiowy bagaż (jak każdy z nas, śmiertelników), o którym nie wiemy, możemy się tylko - vide relacja z mamą lub jej brak - domyślać. A to może - śmiem twierdzić, że zwykle nawet musi - przekładać się na pracę, czyli na kort.
Uwielbiamy, zwłaszcza w Polsce, zajmować się cudzymi problemami i doszukiwać za nimi podejrzanych związków, zakulisowych mechanizmów czy ciemnych sił. Bagatelizujemy zaś cały proces - często niezwykle długi i skomplikowany - który stoi za sukcesem; wydaje nam się, że ten przychodzi niejako sam, łatwiutko: ot, pstryk i jest tytuł na Wimbledonie! Tymczasem najczęściej jest on wypadkową cierpliwej, metodycznej i wytężonej pracy wielu innych osób - w tym wypadku jedną z tych osób na pewno jest Abramowicz. Oczywiście, wszystko kiedyś się wyczerpuje i od dłuższego czasu rodzi się dręczące pytanie, dlaczego Świątek ma takie wahania formy i nastroju nawet w trakcie jednego meczu, skoro w sztabie ma osobistego psychologa - a to wciąż, nawet wśród topowych tenisistek i tenisistów, jest czymś rzadko spotykanym, niczym Yeti w Himalajach. A ci, którzy nigdy tego stwora nie widzieli, wydają się od Polki jakby silniejsi, twardsi, lepsi.
Na razie Iga Świątek doszła do wniosku, że potrzebuje nowego bodźca trenerskiego, szkoleniowego. Zobaczymy, co przyniosą najbliższe dni, na kogo padnie wybór. Szkoda tylko, że prawdopodobnie oznacza to, że stracą polscy kibice, którzy za niespełna trzy tygodnie planowali kibicować Idze i pozostałym Polkom w meczu o finały Billie Jean King Cup. Nie podejrzewam bowiem, by Świątek zdecydowała się zagrać z Ukrainkami, choć osobiście uważam, że akurat w momencie, w jakim się znalazła, dostałaby z gliwickich trybun wsparcie, którego nie jest w stanie dać jej nawet sama Daria Abramowicz.
