Klucze dla Kuleszy
WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok
Mamy już wakacje i mamy wciąż wakat na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski w piłce nożnej. Najwyraźniej nie jest ono oblegane przez sensownych kandydatów, prezes Kulesza już kilka razy dostał czarną polewkę. Akurat w przypadku Macieja Skorży to mnie wcale nie martwi. Wiemy już, jak wyglądałaby gra reprezentacji Polski, gdyby nasz utytułowany na Dalekim Wschodzie trener przyjął propozycję. Zaiste, mielibyśmy z tej kadry czarną polewkę, czyli śmiech przez łzy ogarniałby nas dokładnie tak, jak z krótkimi wyjątkami przez ostatnie dekady. Klub Urawa Red Diamonds na klubowym mundialu do złudzenia przypomniał reprezentację Polski na dowolnych mistrzostwach. Trzy mecze, trzy porażki w stylu, który ani przez chwilę nie dawał złudzeń co do różnicy klas, w meczu z Interem 18 procent posiadania piłki niemal wyłącznie dzięki podaniom do siebie na własnej połowie, piłkarska bida z nędzą. Trudno się dziwić polskiemu szkoleniowcowi, że się do pracy w Polsce nie pali – z daleka widok jest piękny, na papierze sukcesy w Japonii wyglądają świetnie, ale konfrontacja z pierwszym światem piłkarskim okazała się brutalna i weryfikująca. Już sobie wyobrażam, że we wrześniu w Rotterdamie przegralibyśmy z Holandią dokładnie tak, jak Urawa z Interem Mediolan – zdobyty fuksem gol, a potem murowanie pola karnego, wybijanie piłki po autach, obrona Częstochowy i finał bez happy endu, po którym jednak w mediach poszłyby nagłówki „drużyna Skorży napędziła strachu Holendrom”. Niechże zatem pan Maciej nadal sobie przytula jeny i udaje wielkiego trenera pod Tokio, polski futbol z tej przyczyny na pewno się nie załamie.
Gorzej, że prezes Kulesza zdaje się nadal szukać selekcjonera na alibi. Ktokolwiek obejmie naszą kadrę, będzie miał za zadanie „napędzić strachu Holendrom” i podjąć walkę o awans z Finlandią – tak oto za kadencji Cezarego Kuleszy zbliżyliśmy się ambicjami do outsiderów Europy w rodzaju Malty czy San Marino – gramy o to, by się nie zbłaźnić i przegrać jak najmniej. Ambitny fachowiec z zagranicy mógłby zanadto zamieszać, dlatego wedle moich mniemań Kulesza niechybnie wybierze nieprzesadnie ambitnego swojaka – stworzy więc nowego selekcjonera na swój obraz i podobieństwo. Jest dziesiątki opcji, żeby przyoszczędzić, wziąć kogoś na wzór Jana Urbana, czyli trenera, który może i z zawodnikami się świetnie dogada, pożaru żadnego nie wznieci, ale i nie wstrząśnie kadrą tak, by się wzniosła ponad przeciętność. Może więc lepiej zacisnąć pasa, oszczędzić na bankietach, wtranżalać zupki chińskie zamiast boullabaisse w michelinowskich restauracjach, aby móc ściągnąć szkoleniowca ze światowego topu. Szkoda że z tym Southgate’m nie wyszło - w szczególny sposób wyleczylibyśmy się z największego kompleksu polskiej piłki reprezentacyjnej, wszakże nikt nas leje tak często jak Anglicy, mszczą się na nas za Wembley już 50 lat! Chłop był krytykowany w Anglii za zbyt zachowawczą taktykę, ale to dzięki niej docierał z kadrą do strefy medalowej na kolejnych mistrzostwach Europy i świata kosztem drużyn grających ładniej. Nam się zachowawcza taktyka jak najbardziej przyda, bo mamy graczy drewnianych i żadnych nadziei na to, że w najbliższej przyszłości zdolna młodzież odmieni stan rzeczy (nad występami Polski na Euro U 21 spuśćmy zasłonę milczenia). Nie ma się co zastanawiać – atrakcyjniejszy z najwyższej półki trenerskiej mógłby być tylko Jurgen Klopp, ale ściągnąć go z Red Bulla byłoby jeszcze trudniej i drożej. Być może mógłby go przekonać osobiście Robert Lewandowski, a on woli trenerów zwalniać niż zatrudniać. Poza tym połowa narodu karmiona germanofilią kaczystowskich mediów niemieckiego trenera polskiej kadry uznałaby za profanację i zdradę, lepiej nie rozjuszać suwerena.
Zatem zanim Kulesza wywiesi ogłoszenia o pilnie poszukiwanym fachowcu albo znajdzie kolejnego asa na allegro, mam parę propozycji, wedle jakiego klucza coacha reprezentacji szukać. Zdaje się, że pan prezes może się kierować przy swoim wyborze nostalgią, albowiem przebąkiwał już o powrotach trenerów zwolnionych jakoby przedwcześnie i niesprawiedliwie. Co do Czesława Michniewicza i Jerzego Brzęczka należy się zgodzić, że wylecieli pomimo wykonanych zadań (wyjście z mundialowej grupy i awans na Euro), ale wszystkim rozmarzonym zwolennikom C711 2.0 i Brzęczek Again zalecam ponowne obejrzenie kluczowych meczów tamtych drużyn – „zwycięskiego” remisu na Narodowym z Austrią i bezbramkowego remisu z Meksykiem. Ja wolałbym spędzić noc w Guantanamo. Sugestię, że i Boniek jeszcze się nie dość natrenował, przypisuję delirycznym skutkom zamiłowania do „Ducha Puszczy”, czy co tam się na Podlasiu popija. Ten przynajmniej zrozumiał w porę (po legendarnym meczu z Łotwą), że ławka selekcjonerska to nie jest jego miejsce i postanowił więcej nie szkodzić. Co do Nawałki – fajnie się wspomina Euro 2016, znacznie gorzej mundial 2018, a zwłaszcza mecz z Japonią, w którym piłkarze pospołu z trenerem okrutnie z kibiców zakpili i za ten szpryngiel ja Nawałki już oglądać nie chcę. Ale skoro łza się w prezesowskim oku kręci na wspomnienie czasów minionych, podpowiem, że żyje jeszcze kilku kozaków, którzy na piłce się znają, a z naszą kadrą co nieco osiągnęli – taki Jacek Gmoch to zajął piąte miejsce na świecie, a Antoni Piechniczek nawet zdobył mundialowy medal. Jak się Kuleszy marzy wehikuł czasu, to niech walnie z grubej rury i cofnie nas o bez małą pół wieku! Z szacunku dla seniorów nikt im nie podskoczy, ani też gwiazdor focha nie strzeli. Mogliby wspierać się wzajem jako równouprawniony duet selekcjonerski – jak niegdyś Lars Lagerboeck i Tommy Soederberg w Szwecji. W przypadku innych, znacznie młodszych polskich coachów takie rozwiązanie niekoniecznie zadziała, bo dwa beztalencia nie sumują się w talent, ale starsi panowie razem daliby radę.
Jeśli kluczem w doborze nowego szefa naszej kadry jest dokarmianie narcyzmu Roberta Lewandowskiego, najlepiej, żeby to on sam podjął decyzję – niech Lewy ogłosi, kto jest trenerem godnym jego talentu, niech sam zadzwoni gdzie trzeba i najlepiej jeszcze niech z własnej kieszeni go opłaci, bo w PZPN każdy grosz liczą, żeby starczyło na bankiety i przeloty związkowców. Jako grający trener Lewy się nie sprawdzi, bo osamotniony w polu karnym rywali będzie miał za daleko do drużyny, żeby ktokolwiek mógł usłyszeć jego instrukcje.
Może zatem skorzystać z klucza rotacyjnego i zatrudniać kolejnych chętnych fachowców (ich grono nie jest duże i raczej topnieje niż się powiększa) z wpisem w kontrakcie, że mają robotę do pierwszej porażki? A może wedle progresywnego modelu zastosować klucz parytetowy – skoro przez lata trenerami Polek byli faceci (bez sukcesów), a nasze piłkarki awansowały na mistrzostwa dopiero za sprawą pierwszej w historii trenerki, niechże to Nina Patalon zostanie szefową męskiej kadry? A może wedle klucza plebiscytowego – niech to naród wybierze selekcjonera w wyborach powszechnych na pięcioletnią kadencję? A teraz już raczej półserio, a nawet całkiem serio – w wersji ekonomicznej zastosowałbym klucz skandynawski: pracują już u nas trener z północy z całkiem wymiernymi sukcesami. Czemu by nie wyjąć z Lecha Frederiksena? Ligę zna, z Polakami się dogaduje, CV ma rewelacyjne. Ofertą może by nie wzgardził.
Jeśli zaś Kulesza zechce się posłużyć kluczem dyscyplinarnym, sięgając po coacha, który uchodzi za takiego, co sobie w kaszę nie daje dmuchać, mam dwie propozycje, tylko że słono kosztowne. Diego Simeone przegrał w tym sezonie z Atletico Madryt wszystko co się dało, nawet klub z owego mundialu wrócił po trzech meczach, być może to dobry moment, żeby go przekonać do nowych wyzwań. Ileż można siedzieć w tym Madrycie. Skądinąd, Simeone już był kiedyś przymierzany do pracy w Polsce, ale jak zobaczył burdel na budowie stadionu Wisły Kraków, to zrezygnował z jej prowadzenia. No i jest jeszcze przecież najtwardszy z twardych, „The Special One” Mourinho, dla którego praca z Lewandowskim byłaby większym prestiżem, niż trenowanie wicemistrzów Turcji. W dodatku z Sebastianem Szymańskim się znają doskonale, więc warunek „znajomości polskich piłkarzy” mamy odfajkowany.