Kiedy spoglądasz prosto w lufę karabinu...
Rozmowa z Maksymem Chłaniem, ukraińskim skrzydłowym Górnika Zabrze, w czwartą rocznicę rosyjskiej napaści na jego ojczyznę
Maksym Chłań bywa momentami efektowny w swych zagraniach. I skuteczny też! Fot. Press Focus
Pochodzi pan z...?
- Żytomierza, miasta położonego 100 kilometrów od Kijowa. Mieszkałem tam do 12. roku życia, potem wyjechałem do Lwowa, do akademii Karpat. Spędziłem tam prawie osiem lat i powiem od razu, że Lwów to najładniejsze miasto, jakie widziałem.
Maksym w koszulce Karpat Lwów, w wieku 11 lat. Fot. archiwum Maskyma Chłania
Pamięta pan 24 lutego 2022? Co pan robił w ten poranek, gdy Rosjanie najechali Ukrainę?
- Byłem w Zaporożu. Twardo spałem, gdy obudził mnie telefon od mamy. Płakała do słuchawki: „Zaczęła się wojna!”. Wiedziała wcześniej, bo pod Żytomierzem było lotnisko wojskowe z naszymi myśliwcami, które Rosjanie chcieli zająć w pierwszej kolejności. Wojna? Jak? Gdzie? To było dla mnie niepojęte. Spojrzałem na komunikatory, na media społecznościowe. Pisano, że między innymi w okolicach Zaporoża Rosjanie wysadzili swój desant.
Dlaczego akurat Zaporoże stało się jednym z celów ataku?
- Bo to – jak Śląsk – duży okręg przemysłowy. Więc uderzenie było potężne. Do dziś mam w telefonie filmiki z tego pierwszego dnia.
Nie chciał ich pan usunąć?
- Nie. To prawdziwa historia. Musi nas czegoś nauczyć na przyszłość, musimy o niej pamiętać. Pokazać swoim dzieciom. Jeśli znasz swoją historię, unikniesz powtórek złych rzeczy w przyszłości.
Od czterech lat rosyjski agresor dzień po dniu próbuje zamieniać ukraińskie miasta i wioski wCHŁ zgliszcza. Tu – efekt ataku na przedmieścia Kijowa w przeddzień czwartej rocznicy inwazji. Fot. PAP/Vladyslav Musiienko
Wróćmy do tego tragicznego poranka...
- Miałem 19 lat, nie byłem już dzieckiem, ale i tak trudno było kontrolować emocje. W pierwszej chwili tracisz kontrolę nad swoim życiem! Zastanawiasz się, gdzie się schronić, bo słyszysz przelatujące samoloty, śmigłowce i rakiety. Słyszysz wybuchy. Proszę mi wierzyć: to nie jest tak, że widziałeś podobne sytuacje w filmach sensacyjnych i teraz przełożysz to sobie na prawdziwe życie. Nikt mnie na coś takiego nie przygotował.
I co pan zrobił?
- Zadzwoniłem do dyrektora sportowego Zorii. Obudziłem go, też jeszcze nic nie wiedział. To był jeden z ostatnich momentów, w których jeszcze działała łączność; wkrótce potem już jej nie było. Mieliśmy tego dnia wylatywać na mecz do Użgorodu. Oczywiście wylot odwołano; zostaliśmy w swoich mieszkaniach, noce spędzaliśmy w schronach. I czekaliśmy na to, co się stanie. Tak było przez dwie doby.
W koszulce Zorii, z Brazylijczykiem Guilherme Smithem – dziś piłkarzem mistrza Belgii, Union Saint-Gilloise.
A potem?
- A potem spróbowałem wyjechać z Zaporoża.
W kierunku Żytomierza?
- Nie. Gdziekolwiek, byle na zachód Ukrainy. Ale w ten dzień nie udało mi się wejść do żadnego pociągu: wszystkie były pełne ludzi wyjeżdżających z miasta. Mężczyźni pakowali do wagonów swoje żony i dzieci, a sami zostawali w mieście, by go bronić przed Ruskimi. Byli smutni, ale pewni, że trzeba stawić czoła napaści.
Rosjanom wydawało się , że po wkroczeniu na Ukrainę zostaną przyjęci z otwartymi ramionami. Naprawdę mieli podstawy, by tak myśleć?
- Od czasu powstania niepodległej Ukrainy zdążyły już wyrosnąć dwa pokolenia – moich rodziców, choć jeszcze urodzili się w ZSRR, i moje – Ukraińców, dumnych ze swej ojczyzny i kochających ją i jej niezależność. Po doświadczeniach kilkudziesięciu lat komunizmu zdecydowanie nie kochaliśmy Rosjan, choć otwartych konfliktów nie było. Co nie znaczy, że nie było w Ukrainie ludzi, którzy używali języka rosyjskiego jako pierwszego. Więcej było ich w miastach, na wsiach częściej słyszało się ukraiński. Wojna zmieniła wszystko: po ukraińsku mówi dziś 80 procent naszego społeczeństwa. Choć ja mam na ten temat swoje zdanie: rosyjski był językiem wielu ludzi w moim kraju, bo tak ich przez wiele dekad wychowywano. Nie mam problemu, gdy mój rodak mówi po rosyjsku; to nie Putin wymyślił ten język... I nie do końca podoba mi się to, że dziś oficjalnie wywiera się presję, by używać wyłącznie ukraińskiego.
Ale spotkał pan pewnie w życiu ludzi z ukraińskim obywatelstwem, którzy jednak wybrali „ruski mir”?
- Tak. Byłem przez pewien czas piłkarzem Zorii Ługańsk. To miasto znajduje się pod rosyjską okupacją, więc przenieśliśmy się – jako klub – do Zaporoża. Nigdy w życiu nie widziałem miasta, którego nazwę nosił klub, w którym grałem! Mieliśmy w drużynie dwóch-trzech chłopaków, którzy po wybuchu wojny wybrali wyjazd do Rosji. Najpierw przez jakiś czas byli cisi, nic nie mówili, nie włączali się w żadne rozmowy. A potem po prostu nagle – jak szczury - zniknęli z zespołu. Po jakimś czasie zaczęli w mediach społecznościowych zamieszczać swoje zdjęcia z meczów w Rosji... Byli też w Zaporożu tacy, którzy na Rosjan czekali, pomagali im w agresji.
Jak?! I czy wiedzieliście o ich obecności wśród was?
- Wojskowi może i wiedzieli. Ja nie. Zorientowałem się, gdy zobaczyłem ludzi malujących na dachach domów specjalne znaki dla lotnictwa, wskazujące budynki i miejsca, które mają być zbombardowane. Poszukiwanie tych ludzi zaczęło się na dobre tak naprawdę dopiero po agresji. Sam tego doświadczyłem.
W jaki sposób?
- Nazajutrz po pierwszej próbie wyjechania z miasta, z samego rana znów pojechałem taksówką na dworzec. Zatrzymał nas patrol ukraińskiej armii. Kurczę, setki razy widziałem na wideo podobne sceny; ale kiedy sam spoglądasz prosto w lufę karabinu, nawet jeżeli trzyma go twój rodak, strach jest niewyobrażalny. Spuszczasz głowę, wbijasz wzrok w ziemię i czekasz, co z tego będzie. Sprawdzono moje dokumenty, zainteresowanie wywołała spora suma pieniędzy, którą miałem przy sobie. Traf chciał, że dwa dni przed napaścią odebraliśmy pensje z klubu. Teraz kazano mi zatelefonować do dyrektora Zorii, który potwierdził moje słowa. Puszczono mnie dalej, udało mi się wsiąść do pociągu do Tarnopola. Tam zamieszkałem u przyjaciela, potem dołączyli do mnie rodzice i niespełna dwuletnia wówczas siostra Polina. W Tarnopolu też się zdarzały alarmy lotnicze, i też trzeba było kryć się w schronach. Dziś najbliżsi są już ze mną, w Polsce.
Żytomierz nie był bezpieczny w pierwszych tygodniach wojny?
- Nie był. Rosjanie koniecznie chcieli zająć drogę łączącą to miasto z Kijowem, przecinając komunikację między nimi. Droga była pod ostrzałem, więc niemożliwy był wyjazd z miasta. Widziałem film w Internecie, jak pocisk spada na jadący samochód, zabijając czteroosobową rodzinę... Rosjanie byli już 30 kilometrów od Żytomierza. I mordowali ludzi, cywili. Bucza, Gostomel – zna pan te nazwy...
Znam. Co się dzieje w głowie młodego człowieka, gdy dowiaduje się o tak bestialskich zbrodniach na swych rodakach?
- Wszyscy pamiętamy, jak obchodziła się z podbijanymi narodami III Rzesza. Rosjanie robią to samo. Do dziś! Nie ma słów na opisanie tych działań. To się musi skończyć sądem trybunałem dla morderców.
Ale wie pan, że to się nie stanie?
- Ja wiem, że to wielka polityka, a nie wiem, jak ją komentować. Świat jednak powinien te zbrodnie rozliczyć, żeby się za jakiś czas nie powtórzyły w innym miejscu.
A czy z pańskich boiskowych przyjaciół ktoś zginął?
- Z Zorii – nie. Ale znałem innych piłkarzy – z Szachtara, z Karpat, którzy poszli na wojnę i już z niej nie wrócili. To wstrząsające chwile, gdy dowiadujesz się o ich śmierci. Piłkarze z ligi ukraińskiej do dziś 15 procent swych zarobków przeznaczają na fundację „Trybuna Gierojów” (Trybuna Bohaterów). Pomaga ona rodzinom zawodników, którzy zginęli na froncie. Ja gram w Polsce, ale też wpłacam środki na tę fundację.
Członkowie pańskiej rodziny poszli na front?
- Jeden z braci mojego ojca oraz jego syn. Obaj do dziś – od czterech lat - walczą. Ten drugi – w okolicach Charkowa. Ten pierwszy – w Pokrowsku.
O tę miejscowość toczą się teraz najcięższe walki!
- Tak.
Cztery lata bez przerwy na wojnie... To niewyobrażalne!
- Tak, niewyobrażalne. Ludzie wychodzą z tego niesamowicie pokaleczeni. Nie fizycznie; psychicznie. Potrzeba wielu lat pracy z nimi, wielu instytucji pomagających takim weteranom. Największy problem będzie po wojnie. Nie mogą zostać sami...
Mówił pan o tym osobistym strachu, wynikającym ze spadających bomb, i z lufy karabinu wymierzonej w pana. A był też strach na zasadzie: „Mogę stracić wolną ojczyznę, wpaść w tryby ruskiego miru”?
- Na początku nie bardzo rozumiałem, że to mogło się zdarzyć. Potem czytałem wiele artykułów, opinii i zacząłem pojmować, jak ważne były te trzy-cztery pierwsze dni napaści. Jak ważne było to, że naród ukraiński poszedł walczyć wtedy za swą ojczyznę. Członkowie obrony terytorialnej otrzymali broń i bronili swej najbliższej okolicy: dzielnicy, ulicy. Mój ojciec też w tym uczestniczył. Ale on przynajmniej miał za sobą służbę wojskową. A wielu było takich, który nie mieli tego przeszkolenia. Mimo to wyszli i stanęli w obronie miasta, kraju. I – z pomocą Polski, z pomocą Zachodu - go obronili: nasza ojczyzna wciąż jest w naszych rękach.
Podziały w tej wojnie czasem przebiegają przez środek rodzin?
- Tak jest. Znam historię rodziny z Odessy, w której syn walczy za Ukrainę, a ojciec – za Rosję.
Jak żyją ci, którzy na tych terenach okupowanych mieszkają? Jak wygląda ten „ruski mir”, przyniesiony na karabinach?
- To trudne dla tych ludzi. Wyjechać niespecjalnie mogą. Czasem nie chcą, by nie zostawiać tam – i tak zwykle bardzo skromnego - dorobku swojego życia. Przyjmują więc paszport rosyjski... Moi rodzice mieli kontakt z naszymi krewnymi. Ich życie zmieniło się o 180 stopni, kiedy weszli Rosjanie. Dlatego rozumiem przesłanie prezydenta Żełenskiego, kiedy mówi: „Nie możemy oddać tych terytoriów, bo tam żyją nasi ludzie, nasi rodacy”.
I dlatego Ukraina wciąż walczy!
- Walczy i będzie walczyć, choć jest ciężko. To nie jest tajemnica, że po ulicach ukraińskich miast jeżdżą specjalne patrole i zgarniają z nich chłopaków i mężczyzn. Potrafią zostawić pięcioletnie dziecko na ulicy, a jego ojca zabrać ze sobą – na szkolenie, a potem na front.
To przypomina filmiki z rosyjskich miast, publikowane w Internecie i pokazujące uliczne łapanki...
- Tak, u nas dzieje się to samo. A jeszcze gorsze bywa to, co czasem dzieje się dalej. Taki bus potrafi z tobą jeździć po mieście dwie godziny, i przekonywać „porwanego”: „Zapłacisz, to cię wypuścimy”. Niestety, korupcja wciąż zżera Ukrainę.
Na pewno chce pan o tym mówić publicznie?
- Chcę. Mówią i piszą o tym ukraińskie media. I tak być powinno, to jest demokracja – nie tak jak w Rosji, gdzie o wielu różnych rzeczach się nie mówi. Ale nie jest demokracją to, że mogą cię zwinąć z ulicy, a potem wziąć łapówkę za to, że cię wypuszczą.
Czym się skończy ta wojna?
- Na Ukrainie raz za razem ukazują się fake newsy: że jeszcze tydzień, jeszcze miesiąc, jeszcze dwa... A nikt nie wie tak naprawdę, ile to jeszcze może potrwać. Mężczyznom wciąż nie wolno wyjeżdżać, więc i ja nie mogę pojechać do Żytomierza, bo już nie wróciłbym do Polski. Ale wciąż mam nadzieję, że tam wrócimy...
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Na paryskich igrzyskach Maksym Chłań miał okazję mierzyć się m.in. z Marokańczykiem Achramem Hakimim, brązowym medalistą tej imprezy.
