Kasa się zgadza. I co z tego?
BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk
Trudno nie odnieść wrażenia, że miliony krążące w piłce nożnej, w tym w klubach polskiej ekstraklasy, przestają dziwić i zaskakiwać. Tak tylko dla przypomnienia: spółka Ekstraklasa wypłaciła 18 klubom za miniony sezon 298 milionów zł. To historyczny rekord. Rzecz jasna, największym beneficjentem został Lech Poznań - mistrz Polski - który otrzymał 36,1 mln. Drugi w tabeli Raków Częstochowa zainkasował prawie 30,2 mln zł, a trzecia Jagiellonia Białystok – ponad 26 mln. W sumie – z różnych tytułów - kluby dostały 18 mln zł więcej aniżeli rok wcześniej.
Powtórzmy! Wielkich emocji przy tych liczbach już nie odczuwamy. Ani w Poznaniu, ani w Szczecinie, ani w Warszawie, ani w Białymstoku, ani w Katowicach. I tak dalej. A to zapewne dlatego, że ten dobrobyt pachnie z perspektywy Polaka-szaraka abstrakcją i - z lekka - obcością. Bo to dobrobyt dla samych piłkarzy, tudzież trenerów i działaczy, niekoniecznie jednak dla polskiej piłki. Choć oczywiście trudno nie odnotować faktu, że w rankingu UEFA nasze kluby zarobiły sporo punktów. I tak - wedle ostatniej aktualizacji (19 czerwca 2025) - zajmujemy w nim 13. miejsce. Prowadzi Anglia, przed Włochami, Hiszpanią, Niemcami i Francją, a za nami m.in. Dania, Austria, Szwajcaria, Szwecja.
Hurra! Idziemy w górę! Stajemy się liczącą siłą w europejskiej piłce klubowej! Niby tak. Jest jednak na tę okoliczność kilka „ale”.
Celem schłodzenia głów i schodzenia na ziemię, polecam wywiad Pawła Czado z Robertem Kiłdanowiczem („Sport” nr 153), w przeszłości piłkarzem klubów ekstraklasy, reprezentantem Polski w kategoriach młodzieżowych, a dzisiaj nie trenerem, nie komentatorem telewizyjnym, nie leśnym dziadkiem, a doktorem prawa z taką m.in. uczelnią w życiorysie, jak London School of Law, nie mówiąc o rodzimych alma mater. Do tego dochodzi znajomość sześciu języków obcych. By już nie wspominać specjalnie o świetnym rozeznaniu w futbolu.
Kiłdanowicz, nawiązując do wspomnianego rankingu UEFA, zwraca uwagę m.in. na Belgię, ósmą w zestawieniu, a zwłaszcza na to, że przychody tamtejszych klubów są zbliżone do polskich, za to osiągnięcia sportowe nieporównywalne. I mówi wprost (w odniesieniu do Polski), że można byłoby to uznać za niegospodarność.
Za owym polskim klubowym dobrobytem kryje się jeszcze jedno zmartwienie. Otóż w dużej mierze jest on oparty na umiejętnościach graczy zagranicznych. Nie dość tego: w kadrach poszczególnych zespołów coraz bardziej zachwiane są liczebne proporcje stranieri i piłkarzy rodzimych. Za niemal normę można uznać to, że na plac gry wychodzi jeden Polak, a reszta to cudzoziemcy. Przekładając to na język finansowy, można uznać, że budujemy dobrobyt nie tyle naszej piłki, ile poszczególnych piłkarzy zakontraktowanych przez kluby. Czy i tego nie można byłoby nazwać niegospodarnością?
Pewnie nie patrzylibyśmy na to z trwogą, gdyby piłka reprezentacyjna choć w części nawiązywała do znajdującej się na fali wznoszącej piłki klubowej. Ale niestety na to się nie zanosi. Gorzej - bardzo wiele wskazuje na to, że będzie podawała tyły, na co wskazują czerwcowe występy zarówno pierwszej, jak i młodzieżowej reprezentacji; a osoba trenera - jakkolwiek będzie się nazywał - nie ma tu większego znaczenia. Kłaniają się po prostu wieloletnie zaniedbania, w tym natury szkoleniowej, brak wizji, a także ów... nieustannie rosnący dobrobyt. Na swój sposób uspokajający, ale - z drugiej strony - demoralizujący. No bo nasza (klubowa) chata z kraja, a kadrą niech się martwią Kulesze czy (od niedawna) Mioduskie, Animuckie i inne PZPN-y.
Robert Kiłdanowicz zwraca uwagę, że w przeszłości awans do finałów mistrzostw świata bądź Europy był dużą sztuką, a teraz - przynajmniej dla krajów z takim potencjałem, jak nasz - powinien to być banalny obowiązek. Ba... Czyż nie mamy prawa się obawiać o to, że w perspektywie mundialu 2026 możemy mieć duży kłopot z jego wypełnieniem? A ponadto: czy na samym awansie mają się kończyć nasze oczekiwania?
Na upartego również w takich właśnie okolicznościach można mówić o niegospodarności - w tych kategoriach, że relacja przychodów związanych z kadrą i jej wyników sportowych jest mocno zachwiana. Paradoks polega na tym, że jest na bogato również wtedy, kiedy wszyscy leją nam tyłki.