Sport

Kabanosy i kokosy

REMANENT - Jerzy Chromik

Znacie przysłowia? Ja to już od dzieciństwa. Najdłużej takie: Kto bogatemu zabroni? Warszawski taksówkarz dopowiedział kilka lat temu nową wersję tego porzekadła.
– Kto bogatemu zabroni żyć ubogo.
Ładne i życiowe. No to pójdźmy jeszcze dalej, zanim pójdziemy wszyscy do stajenki.
– Kto bogatemu zabroni być hojnym?
PZPN to jeden z najbardziej popularnych skrótowców w naszym języku ojczystym. Rozwinięcie tych czterech liter poznajemy najpóźniej w podstawówce i to nie tylko w renomowanych szkołach stołecznych. Nie chodzi w tym przypadku bynajmniej o kulturalny zamiennik nazwy szlachetnej części naszego ciała.
Potem, już w wieku dojrzałym, na własny użytek tworzymy sobie inne wersje rozwinięcia skrótu. A że emeryt ma coraz więcej z dziecka, to spróbuję sobie podowcipkować. Mama przez dziesięciolecia wspierała Polski Komitet Pomocy Społecznej, więc może PZPN to inaczej... Polski Związek Pomocy Nieujawnianej.
Dziennikarze „Superwizjera” TVN odkryli przed tygodniem, że PS to nie tylko „Przegląd Sportowy”. To także niepozorna spółka z Wrocławia, która dostaje 13 procent prowizji od kontraktów reklamowych centrali futbolowej. Dlaczego nie 12 i nie 14? Tego nie wie nikt. Trzynaście niby liczba pechowa, ale dobre i to, jak wpadnie milion za nicnierobienie.
Wracajmy do Polskiego Związku Pomocy Nieujawnianej. Wyszło na jaw, że spółka PS z nieograniczoną nieodpowiedzialnością nie jest znana większości sponsorów reprezentacji narodowych, a mimo to księgowość przy Bitwy Warszawskiej przelewa na ich konto firmowe niemałe kwoty za pośrednictwo w załatwianiu i przedłużaniu kontraktów reklamowych. Po kilkaset tysięcy jednorazowo. No, proszę państwa, toć to dobroczynność w czystej postaci.
Od wstydliwej znajomości, co zrozumiałe, nie musiał odcinać się sponsor techniczny i sponsor strategiczny, bo to firmy zbyt poważne, by szukać niepoważnego pośrednika przy kontraktach reklamowych. Nawet Biedronka nie jest tak biedna, by potrzebowała wsparcia w negocjacjach. Ale już taka firma produkująca oficjalne kabanosy stanowczo zaprzeczyła, że zna pośrednika PS. To samo zrobiła oficjalna woda mineralna, bo nieoficjalna wóda to wiadomo – Finlandia.
Ktoś znowu w księgowości naszego ukochanego związku sportowego miesza. Na pewno nie jest to prezes. Prezes Kulesza. Po co to wszystko wyciągają na światło dzienne ubodzy redaktorzy? To przecież nie dziennikarze, to wilki!
A ja powinienem żałować, że sam na to nie wpadłem w 1982, zaraz po trzecim miejscu świętego Antoniego w Hiszpanii. Byłbym krezusem, a nie emerytem, i zgodnie z wykładnią taksówkarza mógłbym do końca swych dni żyć w miarę ubogo. Od 43 lat odmieniam przecież ten PZPN przez przypadki. Dbam jak mało kto o rozgłos polskiego związku piłki nieskazitelnej. I nawet nie dociekam, czy to Orwell, czy Hearst wymyślił, że dziennikarstwo polega na publikowaniu tego, czego opublikowania ktoś nie chce, a cała reszta to jest PR...
Ludzie od PR PZPN na wszelki wypadek wpadli też na pomysł przedświątecznej kampanii piarowej. Dziękują wylewnie kibicom za całoroczny doping, bo bez niego kadra nie dałaby rady ograć na wyjeździe zawsze groźnej Malty.
To i ja w podziękowaniu za podziękowanie też wzniosę okrzyk:
– Lubić, lubić, lubić PZPN!
Trzynastoprocentową prowizję proszę przelać na wskazane przeze mnie, oczywiście niejawnie, konto bankowe. I najlepiej w terminie 14 dni od opublikowania tego felietonu.

Operator żurawia widzi więcej, ale też więcej ryzykuje. Podobnie jak każdy księgowy... Fot. Jerzy Chromik