Jestem spokojny o przyszłość
Rozmowa z Waldemarem Wspaniałym, byłym zawodnikiem i trenerem m.in. reprezentacji Polski oraz wiceprezesem PZPS-u
Tomasz Fornal, wicemistrz olimpijski z Paryża, przeszedł wszystkie szczeble szkolenia, podobnie jak większość jego kolegów z reprezentacji. Fot. Piotr Matusewicz/ Press Focus
Jest pan szefem i twarzą Siatkarskich Ośrodków Szkolnych. Co to w ogóle jest?
– Geneza jest taka, że my, trenerzy „starszej daty”, mieliśmy pomysł na stworzenie kompleksowego systemu szkolenia młodzieży. Oczywiście potrzebne były do tego fundusze i dopiero w 2011 – to był szczęśliwy rok dla polskiej siatkówki – ówczesny wicepremier Waldemar Pawlak znalazł w budżecie państwa pieniądze. Pamiętam jak dziś, że w... Mikołaja, 6 grudnia, Rada Ministrów podjęła decyzję o przekazaniu Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej pieniędzy na ten cel. Tak naprawdę wtedy się to zaczęło, ale umowa została popisana w 2012 roku. Były przy okazji „przeboje” z tą kasą, bo ktoś inny chciał ją przekazać na inny cel, ale udało się i od tamtego czasu konsekwentnie rozwijamy SOS.
Kto oprócz pana tworzył projekt?
– Alek Świderek, już nieżyjący Zbigniew Krzyżanowski, było też kilku ludzi, którzy opracowali odpowiednią oprawę graficzną. Gdy tylko zacząłem pracę nad opracowaniem projektu, od razu zgłosiłem się do Zbyszka, bo bardzo dobrze znał i żeńską, i młodzieżową siatkówkę, a ja nigdy nie pracowałem ani z młodzieżą, ani z kobietami. Zgodził się, a potem doszli kolejni współpracownicy, koordynatorzy regionalni i wojewódzcy, trenerzy, nauczyciele. Koordynatorzy regionalni to m.in. Adaś Nowik, Marek Kwieciński, Grzegorz Wagner, wszyscy byli reprezentanci Polski. Pracujemy i ciągniemy ten wózek dalej, a problemów przez ten czas było sporo. Projekt był pisany pod gimnazja, tymczasem w 2017 roku reformą edukacji zostały one rozwiązane, potem była pandemia. Przeszliśmy jednak przez te zawirowania. Dostosowaliśmy SOS-y pod szkoły podstawowej i do dzisiaj funkcjonujemy w takiej formule.
Ile osób szkolonych jest w SOS-ach?
– W projekcie mamy około 200 szkół podstawowych i liceów. W sumie szkoleniem objętych jest około 10 tysięcy dzieci, po połowie dziewcząt i chłopców. Zatrudniamy ponad 650 trenerów nauczycieli, tzn. pracują oni na etatach w szkołach, my im natomiast dopłacamy do pensum, by realizowali nasz projekt. Przede wszystkim stawiamy na trening indywidualny. To była nasza główna myśl, żeby młodzież jak najwięcej pracowała indywidualnie, by nauczyć ją postaw i później je doskonalić.
Waldemar Wspaniały. Fot. Piotr Matusewicz / Press Focus
Na końcu procesu szkolenia są Szkoły Mistrzostwa Sportowego, w Szczyrku dla dziewcząt i w Spale dla chłopców. W jaki sposób odbywa się rekrutacja do nich?
– Dzieci, które trenują w SOS-ach, cały czas są monitorowane i testowane. Gdy kończą 15 lat, biorą udział w Turnieju Nadziei Olimpijskich. Z tych zawodów trenerzy SMS-ów w Spale i Szczyrku wybierają najlepszych. To elitarne szkoły i co roku jest w nich około 10 miejsc.
Czyli np. adept trenujący siatkówkę nie może ot tak złożyć papierów i ubiegać się o miejsce w SMS-ie?
– To jest niemożliwe. Oczywiście, każdy chciałby iść do SMS-u, ale trzeba spełniać wysokie kryteria. Młodzież musi mieć odpowiednie warunki fizyczne i umiejętności. Dla dzieciaków to tak naprawdę trudne, by poświęcić cztery lata na siatkówkę i naukę. SMS w Spale to piękny ośrodek, ale wokół są tylko lasy. Wytrzymać tam cztery lata… Szacunek, że większość wytrzymuje ten rygor. W Szczyrku jest trochę łatwiej, bo niedaleko jest duże miasto (Bielsko-Biała – przyp. red.) i można do niego wyskoczyć.
W ostatnim czasie kluby także rozwijają akademie.
– I bardzo dobrze! Ale te wszystkie akademie, w tym Jastrzębskiego Węgla i Trefla Gdańsk, które uchodzą za najlepsze, też są w naszym projekcie. Trenerzy w akademiach realizują nasz projekt i współpracują z nami. I nie chodzi tu o pieniądze. Dostarczamy piłki czy testery. W ciągu 13 lat realizowania projektu kupiliśmy około 50 tysięcy piłek. Wszyscy trenerzy muszą też dwa razy w roku przejść szkolenie.
Kto z obecnych reprezentantów zaczynał w SOS-ach?
– Tomasz Fornal, Bartosz Kwolek, Marcin Komenda, Norbert Huber, Kuba Kochanowski… Z młodych są jeszcze: wielkie objawienie tegorocznego sezonu reprezentacyjnego, czyli Kuba Nowak oraz Mateusz Poręba, Karol Urbanowicz. Tak naprawdę prawie cała nasza elita, poza starszymi zawodnikami, jak Bartosz Kurek i oczywiście Wilfredo Leon. Jest jeden wyjątek. Kamil Semeniuk nie był w SMS-ie, nie grał w żadnych reprezentacjach młodzieżowych, a mimo to jest jednym z najlepszych siatkarzy świata. Wśród kobiet są natomiast nasze najlepsze zawodniczki Magda Stysiak i Martyna Czyrniańska. Magdę wypatrzył w jednej ze wsi pod Zduńską Wolą Grzegorz Wagner i przyprowadził do SMS-u. Miała 13 lat i 197 cm wzrostu. Gdy ją zobaczyłem na jednym z campów, zastanawiałem się, skąd oni ją wzięli. Magda chodziła do szkoły, w której pracowali ci sami nauczyciele, którzy zauważyli i wychowali Mariusza Wlazłego. To super mieć najlepszą siatkarkę i siatkarza w kraju.
W ostatni weekend nasze młode siatkarki wywalczyły mistrzostwo Europy U-16 i brąz mistrzostw świata U-19. O przyszłość naszej siatkówki możemy być zatem spokojni?
– Gdy pięć lat temu Europejska Konfederacja Siatkówki (CEV) podjęła decyzję o rozgrywaniu ME U-16, od razu przystąpiliśmy do tworzenia reprezentacji. Prowadzi ją Maciek Dobrowolski, znana postać. To były reprezentant Polski, zawodnik klubów PlusLigi. Miał czas, by wyselekcjonować odpowiednią grupę. Przetestowanych zostało około 170 dzieci, z których wybrana została mistrzowska „14”. Teraz zbieramy tego owoce. Jestem więc spokojny o kadrę. W siatkówce jestem od 65 lat, pracowałem w siedmiu klubach i jak patrzę na tę młodzież, to jestem spokojny o przyszłość polskiej siatkówki. Są wspaniałe roczniki, które już dostarczają nam mnóstwo radości.
Co oznacza dla pana SOS?
– Kiedyś, po trzech czy czterech latach od startu projektu, powiedziałem, że jest on ważny dla mnie tak, jakbym zdobył kolejne mistrzostwo Polski. Sam bym tego nie zrobił. Bez zaangażowanych ludzi, bez koordynatorów, nauczycieli nic by z tego nie było. Na początku obawialiśmy się, że będzie to strzał jednorazowy, tym bardziej że umowę podpisaliśmy przed jakimiś wyborami. Była walka o pieniądze, ale pomimo zmiany władzy, pieniądze wciąż są.
Otrzymał pan ostatnio tytuł Trenera 25-lecia Polskiej Ligi Siatkówki.
– Widocznie zasłużyłem (śmiech). Coś się powygrywało, ale też i przegrało. Było to bardzo miłe, tym bardziej że pamiątkową statuetkę wręczył mi mój krajan z Sosnowca, z tej samej dzielnicy Stary Sosnowiec, Krzysztof Materna. Razem spędzaliśmy młodzieńcze lata na tych samych podwórkach i ulicach. Krzysztof wygłosił piękną laudację. Przyjechał z Krakowa, gdzie pracuje, wręczyć mi nagrodę. Same przyjemne chwile.
Nagroda trafiła w godne ręce.
– W PlusLidze funkcjonowałem 28 lat. Tylko jeden sezon spędziłem w I lidze. I z żadnego z siedmiu klubów, w których pracowałem, nie zostałem zwolniony. Kończyła się umowa i sam decydowałem, czy zostaję, czy odchodzę. Teraz to jest niemożliwe. Zespół przegra dwa, trzy mecze i trener jest zwalniany.
Najlepszy okres spędził pan z Mostostalem Kędzierzyn-Koźle. To było pasmo sukcesów.
– Zdobyliśmy cztery mistrzostwa Polski i trzy Puchary z rzędu, były też dwa finały Ligi Mistrzów oraz finał CEV. Równolegle prowadziłem reprezentację Polski i muszę powiedzieć, że było to bardzo trudne.
W klubie złota passa, natomiast w reprezentacji było różnie. Czemu wówczas nie udało się naszej kadrze sięgnąć po sukcesy?
– Parę razy zastanawiałem się, czy w tamtym okresie byliśmy w stanie osiągnąć coś więcej niż piąte miejsce w Europie. Wtedy nasza reprezentacja była najmłodsza z tych czołowych. Była w większości złożona z juniorów Irka Mazura, którzy w 1996 roku wywalczyli mistrzostwo świata. Gdy weszli do seniorskiej siatkówki, trafili na takie potęgi jak Rosja, Brazylia, Serbia i Włochy. Razem z Francuzami byliśmy piątą, szóstą siłą. W tamtym czasie oczywiście byliśmy w stanie wygrać pojedyncze mecze z Brazylią, Rosją czy Włochami, ale w imprezach mistrzowskich rywale po prostu byli za silni. Takie nazwiska jak Dante, Giba, Vlado i Nikola Grbić, Tietiuchin, Jakowlew, Kazakow… Mimo że było to 20 lat temu, wciąż się o nich mówi, to legendy siatkówki. To byli wielcy gracze. Zresztą jednego z nich, Nikolę Grbicia, mamy u siebie w roli trenera i radzi sobie bardzo dobrze.
Jest pan za to pierwszym polskim trenerem, który w jednym sezonie wygrał trzy z czterech meczów z wielką Brazylią.
– Tak było. Czwarty też powinniśmy wygrać, bo prowadziliśmy 2:0 i w trzecim secie mieliśmy piłkę meczową. Nie wykorzystaliśmy jej i przegraliśmy. Potem było dwa razy 3:2 w Spodku. Gdy wspominam te mecze, to aż dreszcze mnie przechodzą. To były wielkie wydarzenia i przeżycia. Wtedy nie było żadnych kołowrotków, więc trudno powiedzieć, ilu kibiców zasiadło na trybunach. Myślę, że mogło być ich nawet 14 tysięcy.
Mówiąc krótko, nasi zawodnicy po prostu musieli nabrać doświadczenia i dojrzeć do odnoszenia sukcesów?
– Tak myślę. Przypomnę, że w 2004 roku reprezentację przejął Raul Lozano i pokazał inną pracę, inną siatkówkę. Skończyło się to wicemistrzostwem świata w Japonii. Od tego momentu trenerami są sami obcokrajowcy. Ostatnim Polakiem był Stanisław Gościniak. Raul zapoczątkował pewną erę. Wprowadził inne metody treningowe. Przykład? Postawił na swoim i jako związek musieliśmy wziąć kredyt, by stworzyć nową siłownię w Spale. Stara pamiętała jeszcze lata 70. ubiegłego wieku. To było toporne żelastwo. Trzeba się było sporo naszarpać, by je w ogóle podnieść. Z tego też brały się kontuzje.
Powiększył się też sztab trenerski. Pan miał kilku współpracowników, obecnie jest ich kilkunastu.
– W sumie było nas trzech, w doskoku czterech, bo na turniejach mistrzowskich towarzyszył nam statystyk. Obecnie sztaby liczą od 10 do 15 osób. Gdy byłem szkoleniowcem, musiałem prowadzić trening siatkarski, siłownię, rozgrzewkę. Teraz jest osoba od siłowni, rozciągania, wyżywienia… Wówczas o dietetyku w ogóle się u nas nie mówiło. Wiedzieliśmy tylko, że nie można jeść schabowego i golonki przed meczem. Świat się zmienił, siatkówka się zmieniła, ale między innymi na tym właśnie polega profesjonalizm i tak rodzą się sukcesy. Zawodnicy też dłużej grają. W tamtych czasach, kończąc 30 lat, myślało się o zakończeniu kariery. W latach 70. w Płomieniu akurat miałem przyjemność grać z czterema mistrzami olimpijskimi. Do trzydziestki musieli harować w klubie, bo dopiero wówczas można było ubiegać się o zgodę na wyjazd za granicę. Potem wyjeżdżali do Włoch czy Finlandii, ale organizmy tych chłopaków były już mocno wyeksploatowane.
Od czasu Raula Lozano polską kadrę prowadzą już tylko zagraniczni szkoleniowcy. Jest pan przekonany, że reprezentacja Biało-czerwonych będzie miała trenera Polaka?
– Nie tylko jestem przekonany, ale i pewny. Od pewnego czasu powtarzam, że chciałbym doczekać chwili, w której polski trener będzie prowadził reprezentację Polski. Już teraz widzę takich ludzi: Michał Winiarski, Mariusz Sordyl, Piotr Graban, który niestety ostatnio został zwolniony z PGE Projektu Warszawa. Jest też Dominik Kwapisiewicz. Jest zatem wielu polskich utalentowanych szkoleniowców. Zresztą Michał oprócz Aluronu CMC Warty Zawiercie prowadzi reprezentację Niemiec. Jestem przekonany, że po igrzyskach olimpijskich w Los Angeles będzie zmiana na pozycji trenera i nowym będzie Polak. I nie jestem przeciwko obcokrajowcom. Sam, będąc wiceprezesem PZPS-u, prowadziłem konkurs, który wygrał Lozano. A konkurencja była przednia, bo zgłosili się i Gaić, mistrz olimpijski z Jugosławią i Kubańczyk Diaz, który z dziewczynami zdobył mistrzostwo olimpijskie. Po prostu polska siatkówka po tych kilkunastu latach ery zagranicznych trenerów zasługuje, by prowadził ją polski szkoleniowiec.
Nie ma pan wrażenia, że od Raula Lozano w naszym kraju zapanowała moda na trenera zagranicznego?
– W środowisku chodzi takie powiedzenie: jak mówisz w innym języku, to cię zatrudnią. I niestety jest w tym sporo prawdy. Był taki okres, że działacze zatrudniali tylko Włochów. Czasami trafił się nie wiadomo skąd Anglik, bo wszyscy wiemy, jaka jest siła... angielskiej siatkówki. Ostatnio jednak coś się zmieniło. Coraz częściej zatrudniani są polscy trenerzy. U kobiet jest ich więcej niż u mężczyzn. I mają dobre wyniki. W kadrze jest na razie Włoch, ale z tyłu jest kilku kandydatów na schedę po nim.
Był pan zawodnikiem, trenerem i prezesem. Która rola była najtrudniejsza?
– Zdecydowanie trenera, bo on pracuje 24 godziny na dobę. Wiedzą panowie, co odpowiadają zawodnicy, gdy pyta się ich, kim chcieliby być po zakończeniu kariery?
Że chcą być prezesem?
– Nie. Odpowiadają, że chcą grać jak najdłużej. Prezes jest odpowiedzialny za całą siatkówkę, nie tylko za seniorskie reprezentacje, ale funkcja trenera, zwłaszcza topowych zespołów, które walczą o medale, lub reprezentacji, jest naprawdę stresująca i wymagająca. Z trenera kadry sam zrezygnowałem przed igrzyskami w Atenach. To był mój ostatni rok pracy w Mostostalu i był on trudny. Odeszli Papke i Świderski, a Musielak nie zagrał ani jednego meczu. Zajęliśmy piąte czy szóste miejsce. Było trudno. Dostałem ultimatum i musiałem wybierać – albo klub, albo reprezentacja. Z powodów sercowych, sentymentu wybrałem klub. Nie wyobrażałem sobie, że w trudnym momencie zostawię ten klub i tamtejsze środowisko. Dziś, po tylu latach, mój wybór byłby inny. Po prostu podziękowałbym w klubie i zająłbym się reprezentacją. Jedyna impreza, na której nie byłem, to igrzyska olimpijskie i chyba na nich już nie będę. Ale taki wybór człowiek podejmuje. Czasami żałuje, czasami nie. Ja nie żałuję. A w Atenach różnie mogło być. Ta reprezentacja mogła coś ugrać. Nie wiem...
Rozmawiali Michał Micor i Włodzimierz Sowiński