Sport

Jaki potencjał, taki wynik

Choć Pasy zajęły najwyższe miejsce od sześciu lat, to wiosenne męczarnie przesądziły o rozstaniu z trenerem Dawidem Kroczkiem.

Wiosną długo nawet modlitwy nie pomagały Cracovii w ustabilizowaniu formy. Fot. Tomasz Folta/PressFocus

CRACOVIA

Pasy osiągnęły wynik na miarę potencjału. Mający dość krótką pamięć będą jednak mówić o szklance do połowy pustej, bo wiosna nie była tak spektakularna jak prawie cała jesień. Potrafiący patrzeć szerzej przyznają rację Dawidowi Kroczkowi, który na pożegnanie z klubem powiedział, że udało się zrealizować wszystkie cele postawione przed sezonem. Gdyby jesienią razem z zawodnikami nie rozbudził apetytu na wyrost, a wiosną przełamali się ciut wcześniej, nadal mógłby mieszkać i pracować w Krakowie.

Słabo u siebie

 – Wszyscy byliśmy zadowoleni z gry na jesień. Punktowanie było trochę ponad stan, na wiosnę się to wyrównało – mówi Tomasz Przekaza, dyrektor działu analiz Cracovii. – Zespoły nauczyły się naszego stylu gry, wiedzieli, że Benjamin Kallman jest groźny, więc więcej uwagi skupiano na nim. Rywale byli lepiej przygotowani, a my popełnialiśmy dużo błędów indywidualnych w fazie bronienia. W całym sezonie straciliśmy 53 bramki, o kilkanaście za dużo, jeśli chcieliśmy liczyć się w walce o wyższe cele. Wiele aspektów miało znaczenie, że wiosna wyglądała inaczej niż jesień. Była duża dysproporcja między wynikami u siebie i na wyjeździe. Byliśmy na 2. miejscu na wyjazdach, a na 14. u siebie. Przed własnymi kibicami, których było średnio 11 tys., musimy prezentować większą jakość – podkreśla Przekaza.

Nie liczy się tylko piłka

Dla niego, trenera Kroczka, czy prezesa Mateusza Dróżdża był to pierwszy pełny sezon pracy dla pięciokrotnych mistrzów Polski. Klub w wielu aspektach się rozwinął, rozbudował i uporządkował struktury. Większa liczba widzów na stadionie to nie tylko zasługa trendu zauważalnego w ekstraklasie. Klub sporo robił, by przyciągnąć ludzi na trybuny, bo dzień meczowy to coś więcej niż 90 lub nieco więcej minut gry zawodników. Cracovia mocno postawiła na promocję, ciekawe wydarzenia towarzyszące. Kibice byli zachwyceni występami saksofonistki i skrzypaczki, które przed ostatnim spotkaniem z Legią Warszawa wystąpiły w duecie. Kilka lat temu sprzedaż karnetów była promowana hasłem „Cracovia znaczy Kraków”, ale fanów ma nie tylko w mieście i w gminach ościennych. Klub otworzył się na region, by powiększyć bazę fanów, i pierwsze efekty przyszły dość szybko. Na stadionie im. Józefa Piłsudskiego kibicuje coraz więcej osób na co dzień mieszkających poza Krakowem.

Zbyt późne wzmocnienia

Zimą Cracovia oddała Michała Rakoczego, Janiego Atanasova (obaj zostali wypożyczeni) i Mateusza Bochnaka (sprzedany). Trzej nowi piłkarze – obrońcy Gustav Henriksson i Mauro Perković oraz napastnik Martin Minczew – przyszli po okresie przygotowawczym i wznowieniu rozgrywek. Filip Trubalski, dyrektor techniczny, nie kryje, że dołączyli może tydzień za późno, ale broni się, że na jakościowych zawodników trzeba poczekać. – Trener Kroczek przed każdym meczem miała komfort wyboru. Henriksson i Perković spełnili nasze oczekiwania. Minczew pokazywał jakość, ale wiedzieliśmy, że jest do odbudowania. Zimą nie straciliśmy żadnego zawodnika pierwszego składu. Na pewno kadra została wzmocniona, nie osłabiona – uważa Trubalski. Naszym zdaniem na pewno nie na tyle i zbyt późno (nie o tydzień), by walczyć o miejsce w europejskich pucharach.

Cracovia w sezonie 2024/25 była jak garnek, w którym wymieszano wiele narodowości. W jednym meczu zagrało 11 piłkarzy z 11 krajów. – Ale Henrich Ravas i Jakub Jugas nie są traktowani jak zagraniczni, mówią po polsku. Amir Al-Ammari całą karierę występował w Szwecji, można go jako traktować jako Skandynawa. Chciałbym mieć zespół zbudowany z Polaków, ale sytuacja na rynku nie jest prosta. Gdy mamy do wybory zawodnika który mógłby przyjść za podobne wynagrodzenie co Polak, ale ma wyższy potencjał, to w interesie klubu jest pozyskanie tego o wyższym potencjale – podkreśla Jarosław Gambal, dyrektor działy skautingu.

Czasem na kredyt

Miniony sezon był fatalny dla juniorów Cracovii. Dwie najważniejsze drużyny, czyli U-19 i U-17, w których są zawodnicy mocno obserwowani przez sztaby rezerw i zespołu ekstraklasy, spadły z Centralnej Ligi Juniorów! Potrzebne są pilne zmiany, by jak najszybciej wróciły do młodzieżowej elity, a w kolejnych latach nie spełniał się czarny scenariusz. Dla klubu, który ma jeden z najlepszych ośrodków treningowych w kraju, to po prostu wstyd. Krakowianie wypełnili przepis o młodzieżowcu i nie zapłacili kary. Zajęli też 5. miejsce w Pro Junior System. Z młodych w ekstraklasie najwięcej grali Filip Rózga i Fabian Bzdyl. Z pierwszym na razie jest problem, bo umowa wygasa za rok, a dotąd nie udało się jej przedłużyć. Gambal nazywa Bzdyla „diamencikiem z akademii”.  – Gdy dostał więcej minut widzieliśmy, co potrafi. Był czwartym najczęściej grającym zawodnikiem z rocznika 2007 w ekstraklasie. Nie działa mu się krzywda, dostał trochę szans, ale „zjeżdżał” do bazy w przerwie, bo takie były okoliczności. Czasem grał na kredyt, mógł doświadczyć nowych wyzwań. Wiosną nie sprowadzaliśmy zawodnika, który by go blokował.

Michał Knura