Sport

Jak u Hitchcocka

LIGOWIEC

Zaczęło się, jak w najlepszym scenariuszu filmów legendarnego Alfreda Hitchcocka. Według konceptu angielskiego reżysera dobry dreszczowiec ma się zacząć od emocjonalnego trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma wzrastać. W pierwszej kolejce sezonu ekstraklasy było dokładnie jak u wybitnego filmowego twórcy! No bo jak określić sromotne klęski najpierw Jagiellonii, a potem Lecha!? To się w głowie nie mieści!

Na początek cieszy dobra frekwencja. Blisko 30 tys. w Poznaniu, a w Zabrzu rekord frekwencji, bo przecież do dyspozycji jest już czwarta trybuna. Na niej są też nowe miejsca prasowe. Czuć tam teraz wielki stadion. Oby szybko udało się wszystko pokończyć tak, żeby klub mógł zacząć zarabiać na wynajmie lóż.

Wobec Górnika są spore oczekiwania. Klub pozyskał latem już 12 graczy. Na razie wielu zmian w składzie nie ma, dominuje strara gwardia, ale szerokie zaplecze przyda się w walce... no właśnie - o co? W Zabrzu odżegnują się od obiecywania walki o puchary, ale takie jest nastawienie kibiców. Gra w środku – przy takich wzmocnieniach i nakładach – nikogo nie zadowoli. Na razie Górnik wygrał pierwszą ligową inaugurację od… 5 lat! Ta ostatnia, to jeszcze dzieło Marcina Brosza, który teraz tak znakomicie zaczął rozgrywki ze swoją Termalicą w Białymstoku. Z trójki beniaminków dwójka wyszła zwycięsko, co też ma swoje znaczenie. Poległa tylko Arka.

Na razie na przeciwległym biegunie znajduje się Lech. Najpierw zaliczył porażkę w Superpucharze z Legią, a później nastała klęska z Cracovią. To musi martwić, szczególnie dlatego, że w tym tygodniu polskie kluby zaczynają przecież grę w europejskich pucharach. Nie kupuję tłumaczenia trenera Nielsa Frederiksena o osłabieniach i kontuzjach. Bardziej przekonują mnie słowa Adriana Siemieńca, który prosto z mostu stwierdził, co myśli o piątkowej przegranej swojego zespołu.

Michał Zichlarz