Jak po Erasmusie
Rozmowa z Jakubem Krzyżanowskim, obrońcą Wisły Kraków
We wtorek Jakub Krzyżanowski zagrał w Bratysławie w wygranym 1:0 sparingu ze Slovanem. Fot. Bartek Ziółkowski/wislakrakow.com
Masz za sobą niemal cały rozegrany sezon dla Torino w Primaverze, czyli włoskich rozgrywkach dla młodych piłkarzy. Trener Mariusz Jop powiedział, że jest tam słabszy poziom niż w Betclic 1. Lidze.
- Ja bym powiedział, że to jest przede wszystkim zupełnie inna liga. Jest ogromna różnica w fizyczności, ale jeśli chodzi o przygotowanie techniczne i taktyczne, to niektórzy zawodnicy spokojnie poradziliby sobie w 1. lidze lub wyżej. U nas gra się bardziej bezpośrednio, a w Primaverze było więcej rozgrywania, taktycznego przesuwania. Akcje były trochę dłuższe. Dla było dla mnie mnie zupełnie nowe doświadczenie.
Czujesz się jak... student po powrocie z Erasmusa?
- Trochę tak, zwłaszcza że Turyn też jest akademickim miastem. Mój pobyt we Włoszech postrzegam jako fajną przygodę. Wiele się nauczyłem, mam inne spojrzenie na piłkę i życie. Z pierwszą drużyną trenowałem trzy albo cztery razy. Rzadko, bo chyba taka była polityka klubu i niezbyt chętnie kierowali wypożyczonych do pierwszego zespołu. Miałem jednak wszystko, co było mi potrzebne. Raz w tygodniu wszyscy obcokrajowcy brali udział w lekcjach włoskiego, w czasie kontuzji zapewnili mi rehabilitację, basen. Bardzo o nas dbali. Mieszkaliśmy w kamienicy w centrum Turynu, po dwóch graczy na mieszkanie 30 mkw. Ja trafiłem na Irlandczyka i dobrze się dogadywaliśmy, a do tego mogłem podszlifować angielski. Korzystaliśmy z małej stołówki, gdzie gotowała nam starsza Włoszka. Pasta była codziennym przysmakiem na obiad i kolację. Z kolei niedaleko znajdowała się kawiarnia prowadzona przez Polkę, o czym na początku nie wiedziałem. Codziennie chodziłem tam na minimum jedną kawę. Przed wyjazdem nie piłem, a po powrocie do Polski przestałem.
Zostałeś wypożyczony z opcją wykupu przez Torino, na co Włosi się nie zdecydowali. Żałujesz, że musiałeś wrócić do Krakowa i Wisły?
- Nie jestem rozczarowany. Miałem opcję jeszcze przez rok grać w Primaverze, ale się na to nie zgodziłem. Stwierdziłem, po rozegraniu niemal całego sezonu, w większości meczów w pełnym wymiarze, że nie ma sensu zostawać w tej samej lidze i chcę iść do seniorów.
Podszkoliłeś się z taktyki, bo Włosi mają bzika na jej punkcie. Przybyło ci kilka kilogramów mięśni. A jak szło z nauką włoskiego?
-Przed wyjazdem miałem książkę do włoskiego, codziennie korzystałem z aplikacji Duolingo, ale najwięcej nauczyłem się już mieszkając w Turynie. Pierwsze dwa miesiące były dla mnie trudne, ale po tym czasie zaczynałem się komunikować. W ciągu dwóch ostatnich miesięcy już dość swobodnie się komunikowałem. Połowa zawodników pochodziła z innych krajów, więc w szatni było dużo angielskiego, aczkolwiek trenerzy nie za bardzo potrafili. To też wymuszało na nas szybką naukę włoskiego. Początki były trudne, ale szybko nauczyliśmy się piłkarskich komend i po kilku tygodniach rozumieliśmy się z trenerami. Ja w szatni przede wszystkim stawiałem na angielski, ale wynikało to z tego, że trzymałem się z chłopakami, którzy tak jak ja byli z innych krajów. Gdy na boisku ktoś krzyknął „uomo”, to było wiadomo, że blisko jest rywal. „Avanti” oznaczało grę do przodu, a „spazio” przestrzeń.
Gdy mówiłeś, że jesteś z Polski, miejscowi wspominali o Kamilu Gliku?
- Cały czas o nim pamiętają. Obok stadionu jest kawiarnia z szalikami, zdjęciami zawodników. Jest też fotografia Kamila Glika, więc widać, że jest jedną z ich legend.
Rozmawiał Michał Knura