Instynkt, nie obowiązek
WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok
Polemika z przyjacielem to czysta przyjemność. Przyjacielska relacja nie opiera się przecież na tym, że pijemy sobie z dzióbków i potakujemy sobie a priori, powiem więcej: lepiej pięknie się różnić niż szpetnie zgadzać, zatem prawdziwe przyjaźnie umacnia się w sporach. Owóż, z Pawłem Czado spoglądamy na futbol z bliźniaczej perspektywy miłośników śląskiej piłki i fanów „turystyki stadionowej” (choć w dziedzinie zaliczania meczów na różnych obiektach piłkarskich Czado działa zbyt metodycznie, abym kiedykolwiek mógł go dogonić); niejeden mecz oglądaliśmy, a nawet przeżywaliśmy wspólnie. Ba, bodaj najsilniej przeżyliśmy razem drogę na mecz, kiedy podczas przystanku w trasie do Lwowa na pojedynek Niemcy - Dania na Euro 2012 zwiedzaliśmy świętą grotę w Stradczu i wyszliśmy z niej wprost na grupę egzorcyzmowanych pielgrzymów, którzy dosłownie wyrzygiwali z siebie „zło” do woreczków foliowych.
Skądinąd, droga na stadion nierzadko jest ciekawsza od samego meczu, im człowiek starszy i bardziej przesycony futbolem, tym bardziej ciekawski robi się poza stadionem, spogląda na jego otoczenie, przygląda się i przysłuchuje tubylczym emocjom, by potem – bywa – przyciąć komara podczas paździerzowego zerozero. Owóż, z Pawłem zgadzam się nade wszystko w jednym: obaj jesteśmy nieprzejednanymi wrogami fanatyzmów, które z sekciarską żarliwością nakazują przyjaciół miłować i wrogów nienawidzić, ergo: nie waż się, chorzowianinie, cieszyć z goli GieKSy; niech cię bóg broni, fanatyku Piasta, abyś kiedykolwiek bił brawo po akcji Górnika; niech cię dopadną plagi egipskie, tyski szalikowcu, gdybyś miał czelność zabłąkać się na mecz do Jastrzębia lub Rybnika i oklaskiwać gospodarzy.
Wierny Ruchowi z urodzenia, nie miałem nigdy poczucia występku ani tym bardziej świadomości zdrady, kiedym się wybierał na inne, nie tylko śląskie stadiony, oglądać dobrą piłkę i przejmować emocje gospodarzy. W latach osiemdziesiątych najsilniej zaś kibicowałem „naszym” w konfrontacjach pucharowych z ekipami europejskimi – przy czym „naszości” nie wyznaczała tu śląskość – trzymałem kciuki nie tylko za Górnika, kiedy grał z Bayernem, Realem, czy Juventusem, nie tylko z GieKSiarzami drżałem o wynik w meczach z Glasgow Rangers czy Bayerem Leverkusen, nie tylko te ekipy opłakiwałem, ale zaprawdę powiadam wam, nikogo nie było mi tak żal, jak Legii, kiedy dwukrotnie o włos odpadała z Interem Mediolan i raz z Barceloną. I tak mi już zostało – mimo okresowych zacietrzewień i niechęci, kiedy polskie kluby grają w Europie, kibicuję im już od najwcześniejszych etapów kwalifikacji, kibicuję żarliwie i szczerze – co do niedawna można było diagnozować jakom specyficzny przejaw masochizmu, albowiem ekstraklasa przez dekady pracowała sobie na miano najbardziej przepłacanej ligi Europy, a lato bez kompromitacji jednej z polskich ekip w konfrontacji z jakimiś outsiderami właściwie się nie zdarzało. Wedle złotej polskiej myśli szkoleniowej spod znaku młócki i paździerza olewaliśmy puchary i „skupialiśmy się na lidze”.
Dopiero od niedawna kibicowanie naszym klubom w Europie jest całkiem przyjemne. Tymczasem Paweł Czado pisze, że jest zażenowany rzekomym „patriotycznym obowiązkiem” kibicowania polskim klubom w Europie, zwłaszcza jeśli grają w nich w większości obcokrajowcy. Dodaje wręcz, że „mnie osobiście trudno dostawać rozdwojenia jaźni i w jednych rozgrywkach życzyć jakiejś drużynie porażki a w innych - zwycięstwa. To ponad moje patriotyczne siły. Wielokrotnie w europejskich pucharach podczas meczów polskich drużyn z zagranicznymi – trzymałem za zagranicznymi”. Ja tu widzę materii pomieszanie: po pierwsze, nie słyszałem o żadnym nakazie kibicowania, sam się mam za umiarkowanego patriotę, zwłaszcza jeśli widzę wygolone łby samozwańczych obrońców granic, to raczej się za Polskę wstydzę, w ogóle uważam, że „duma narodowa” to pojęcie bałamutne i dla mnie niepojęte.
Kibicowanie polskim ekipom wynika raczej z kibicowskiego instynktu, jest dla mnie odruchem, mam to we krwi – pewnie dlatego, że tak zwane bezstronne, obiektywne kibicowanie nie istnieje – to tylko przyglądanie się widowisku – nie jest to szczególnie rajcowne, trochę to jak piwo bezalkoholowe albo seks przez telefon. Po drugie, nie zdarza mi się życzyć jakiejś drużynie porażki, takie kibicowanie „przeciw” jest jakimś rytuałem plemiennym, musiałbym mieć w sobie skrajnie negatywne emocje, żeby oglądać jakiś mecz wyłącznie po to, aby poczuć schadenfreude z powodu czyjejś porażki. Owszem, zdarzało mi się „trzymać kciuki za porażkę”, ale wyłącznie wtedy, kiedy zależało mi na rewolucji w ukochanej drużynie, najczęściej chodziło o zmianę trenera. Fakt, że w meczach Ruchu z Legią, czy Lechem kibicowałem ZA Niebieskimi, nie oznaczał, że jestem równocześnie PRZECIW rywalom – moje ekstazy po bramkach ulubionej drużyny miały raczej miłosną proweniencję, nie były eksplozjami złych emocji pod adresem przeciwników.
Tak to właśnie różnimy się z Pawłem Czado – dzięki swojemu instynktownemu trzymaniu za polskimi klubami mogłem się cieszyć minionym tygodniu aż czternastokrotnie z goli, w przyszły czwartek mam nadzieję cieszyć się ponownie, z awansu kompletu naszych ekip do dalszych rozgrywek. Może jestem uzależniony od dopaminy i nie chce mi się czekać wyłącznie na okazje do radości po golach Ruchu – wszelako Pawłowi współczuję, bo coraz więcej będzie tracił szans na euforie. W tej edycji pucharów na sześć rozegranych dotąd spotkań Polacy odnieśli pięć zwycięstw i jeden remis przy więcej niż przyzwoitym stosunku bramek 16-3. Tym samym wspięliśmy się już na 13. miejsce w rankingu UEFA, co - gdyby je utrzymać – sprawi, że za dwa lata mistrz Polski rozpocznie eliminacje do Champions League w ostatniej rundzie, a w razie niepowodzenia będzie miał zagwarantowany start w Lidze Europy.