Historia według Marcina Brosza
BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk
Cały czas zastanawiam się, co trzeba zrobić, żeby taką markę zyskać. Czy za rekomendację nie może służyć fakt kilku awansów jego autorstwa z klasy niższej do wyższej, niektórych wywalczonych w sposób spektakularny? Czy nie wystarczy to, że spod jego rąk wypłynęło na szersze piłkarskie wody wielu utalentowanych piłkarzy? Czy nie przemawia to, że ma świetną rękę do odbudowywania tych, którzy gdzieś na swojej sportowej drodze się pogubili? Cóż, widocznie piłkarski światek kieruje się innymi zasadami i kryteriami, niekoniecznie zrozumiałymi dla Polaka-szaraka, nawet tego, który na co dzień z bliska obserwuje rodzimy futbol.
Tego typu rozważania towarzyszyły mi również w momencie ogłoszenia, że Marcin Brosz obejmuje zespół z Niecieczy. Było bowiem z lekka zaskakujące to, że trener z takim nazwiskiem i dorobkiem schodzi o szczebel niżej w piłkarskiej hierarchii, na grunt relatywnie niepewny (choć pod względem organizacyjno-finansowym na pewno stabilny), a to z tego względu, że wcześniej niejeden trener z dużym nazwiskiem połamał sobie tam zęby. Na liście ekstrenerów są m.in. Jacek Zieliński, Czesław Michniewicz, Dusan Radolsky, Kazimierz Moskal, Mariusz Lewandowski, także Michał Probierz, który popracował tam... trzy dni i się stamtąd zwinął. Albo aspiracje nie przystawały do możliwości, albo zderzenie silnych osobowości – mowa tu zarówno o trenerach, jak i o właścicielach klubu – prowadziło do nierozwiązywalnych konfliktów, kończących się rozstaniem.
Mimo to Brosz podjął ryzyko i znowu zapisał świetny rozdział do swojej trenerskiej historii, oczywiście przy okazji także do historii Bruk-Betu Termaliki. Tak jak wcześniej do Podbeskidzia, Piasta Gliwice czy Górnika Zabrze.
Patrząc na to, co działo się w minionym sezonie, można byłoby przyjąć, że klimat Niecieczy bardzo trenerowi z Knurowa odpowiada. Nawet wynajął tam dom, by być bliżej drużyny i klubu, na pewno też bliżej ludzi na co dzień zarządzających Bruk-Betem. No ale czy zostanie na dłużej?
Sporo do myślenia daje cytat ze środowego wydania „Sportu”: „Umowa Marcina Brosza z Bruk-Betem obowiązuje tylko do końca sezonu. Nie było w niej zapisu o automatycznym przedłużeniu po wywalczeniu awansu. Pojawiły się nawet głosy, że pozostanie 53-latka nie jest przesądzone z powodu napięć z właścicielami”.
Jakie to napięcia? Może chodzi o przyszłość, o perspektywy rozwojowe klubu, o jego pozycję w ekstraklasowym już sezonie 2025/26? Może też wchodzić w grę świadomość szkoleniowca, że trzeba dokonać zmian – on zapewne wie, jak dalece gruntownych – w kadrze, by osiągnąć zamierzone cele, a na dzień dobry zapewne chodzi o zachowanie statusu klubu ekstraklasowego i zakotwiczenie go w najwyższej klasie rozgrywkowej na dłużej.
Na miejscu właścicieli, państwa Witkowskich, radziłbym Brosza posłuchać. A za tym przemawia nie tylko fakt, że zrealizował cele, jakie przed nim w Niecieczy postawiono, ale przede wszystkim historia jego pracy w polskich klubach. Trudno nie widzieć (i nie wiedzieć), że mają u siebie człowieka po śląsku starannego, ułożonego, przewidującego – słowem dobrego, czy nawet wybitnego, fachowca.
Rozmowy zapewne się toczą. Tu znów cytat: „Uważam, że jest bliżej, by trener pozostał. Propozycje trafiały do niego kilkukrotnie. Zaznaczał jednak, że po pierwsze trzeba zrealizować cel. To udało się zrobić. Myślę, że w ciągu najbliższych dni wszystko będzie jasne – powiedział Rafał Wisłocki, wiceprezes klubu, w programie TVP Sport”.
