Sport

Henryk Wielki

POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewicz

Ach, co to był za wieczór! Benefis Henryka Kasperczaka w przepięknym Dworze Tomaszowice pod Krakowem stanowił istną ucztę dla koneserów dobrego towarzystwa, wielkiego futbolu i pięknych wspomnień. Sam Jubilat weryfikował listę gości, znalezienie się w tak doborowym towarzystwie stanowiło zaszczyt niebywały. Pomysłodawca wydarzenia prezesujący Fundacji Sportu i Kultury Tomasz Zabielski wykonał zadanie perfekcyjnie, nawet brazylijskich tancerzy z Copacabany sprowadził. Miałem przyjemność zasiadania przy stole z wielkim Henri oraz nestorami polskich trenerów Ludwikiem Mięttą-Mikołajewiczem i Andrzejem Strejlauem. „Młodzież” reprezentował Adam Nawałka, a wdzięk i urodę małżonki, dzięki których cierpliwości te wielkie kariery były możliwe. Przybyli bohaterowie z Wembley 1973 Jan Domarski i Antoni Szymanowski oraz piłkarze Wisły ze złotej „Cupiałowej” ery. Także gwiazdy sceny - Wojciech Gąssowski i Marcin Daniec, prywatnie przyjaciele Jubilata.

Film prezentujący dokonania Kasperczaka trwał godzinę, a mógłby dłużej, tyle było do pokazania. Mimo osiemdziesiątki na karku beneficjent, wciąż w wielkiej formie, zajmująco opowiadał o blaskach i cieniach pracy w Afryce, kuchni francuskiej oraz rachitycznym systemie szkolenia w polskim futbolu. Jego zdaniem blokowanie gry młodych talentów z licznych akademii w ekstraklasie to grzech ciężki. „Dlaczego kluby francuskie i hiszpańskie ochoczo korzystają z nastoletnich wychowanków, a nasze nie?” - pytał retorycznie. Na krótką metę sprowadzanie do Polski średnich w swoich krajach cudzoziemców jest korzystne, ale w dłuższej perspektywie to samobójstwo.

Henryk nawiązał też do wielkiej luki w jego trenerskim życiorysie, czyli nieprowadzenia reprezentacji Polski. Wywołany na scenę pokajałem się za to niedociągnięcie, przyznałem, że Kasperczak powinien zostać selekcjonerem na początku tego stulecia. Tym bardziej na Euro 2012, ale to już idzie na konto moich następców, jakby nie było - kolegów Henryka z boiska. Na moje szczęście sam zainteresowany przypomniał skrywane do tej pory szczegóły, czyli niemożliwość prowadzenia klubu i reprezentacji jednocześnie oraz upór właściciela Wisły.

Kasperczak jest honorowy i profesjonalny. Gdy prezydent FIFA Joseph Sepp Blatter zaproponował mu funkcję w Komisji Technicznej na mundialu, on odmówił, by nie zostawiać Wisły na miesiąc bez trenera w okresie przygotowawczym. A pracowałby z wielkimi - Beckenbauerem, Eusebio, Wengerem. Na pożegnanie dostałem koszulkę z dedykacją od Henryka, która zawiśnie obok mojej relikwii, czyli trykotu reprezentacji Argentyny z podpisami Diego Maradony i Leo Messiego; to biały kruk.

Rozmyślając o twórczej dyskusji w gronie piłkarskich autorytetów przypomniałem sobie cyrk radziecki przyjeżdżający do Polski pół wieku temu. Nie widziałem w nim ani jednego Rosjanina, na cyrkowej arenie kłębiły się tłumy Mongołów, Kazachów, Azerów i Gruzinów, nawet Kubańczycy się przewijali, a zwierzęta też nie były z Syberii, a z Afryki. W elitarnej szkole cyrkowej w Julinku uczyli się zawodu wybitni polscy treserzy, żonglerzy, linoskoczkowie, klauni i akrobaci, ale nie dostawali zaproszeń, musieli emigrować lub pracować w podrzędnych trupach na prowincji.

Jako żywo przypomina to obecną sytuację w polskim futbolu. W czołowych drużynach cyrk międzynarodowy, zdolni Polacy czmychają za granicę, a tam tylko nieliczni dopuszczani są do pierwszej jedenastki. Kasperczak czuł, że nie przebije się do pierwszego składu Legii, będącej wtedy konstelacją polskich gwiazd. Zdecydował się na budowaną od podstaw Stal Mielec i był to - jak sam teraz przyznaje - strzał w dziesiątkę, punkt zwrotny w jego karierze. Dziś nie miałby takiego wyboru, już do drugiej ligi ściąga się cudzoziemców.

Przeczytałem zajmujący wywiad z nowym prezesem Pogoni Szczecin Tanem Kesslerem (w zaprzyjaźnionym niegdyś ze „Sportem” „Przeglądzie Sportowym”). To ciekawy przypadek syna wybitnego piłkarza, który nie poszedł w ślady ojca i został dobrym koszykarzem marzącym o grze w NBA.

Wrócił do futbolu praktykując u najlepszych angielskich manedżerów z legendarnym bossem Arsenalu Davidem Deinem na czele. Kessler to całkiem inna liga niż jego poprzednicy w Pogoni, przedstawiciele polskiej szkoły działaczowskiej w stylu „wy grajta, a my nie bójta się”.

 Mam dobre przesłanie do sympatyków Wisły Kraków. Na zakończenie pogawędki z prezesem Jarosławem Królewskim i trenerem Mariuszem Jopem usłyszałem znamienne „damy radę”. To była odpowiedź na moje życzenie, by za rok o tej porze Wisła też była liderem, ale już w ekstraklasie. Śledziłem wymianę poglądów między redakcyjnym kolegą Pawłem Czado i kultowym komentatorem telewizyjnym Dariuszem Szpakowskim, moim przyjacielem od lat. Chodzi o kibicowanie klubom reprezentującym Polskę w europejskich rozgrywkach pucharowych. Czado nie widzi powodu, by ściskać kciuki za kluby inne niż te bliskie jego sercu na co dzień, a „Szpak” przytuliłby do serca wszystkie. Ja na pewno będę kibicował tym drużynom, w których przynajmniej jedna trzecia składu to Polacy. Losy „wież Babel” mniej mnie ekscytują i tylko punkty rankingowe każą mi im kibicować. Mogą się przydać za kilka lat, gdy do pucharów awansują kluby takie jak GKS Katowice, czyli stawiające na rodaków.

Nowy minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki jest fanem sportu amatorskiego i choćby dlatego zmiana szefa w Pałacu Blanka nastraja mnie optymistycznie. Inna sprawa, że w krajach skandynawskich i bałtyckich ministerstwo sportu nie istnieje, a powszechna kultura fizyczna ma się tam dużo lepiej niż u nas. Na razie nie likwidujmy tego resortu, pozwólmy się wykazać nowemu ministrowi, który niezłym koszykarzem, siatkarzem i piłkarskim bramkarzem był.

W Krakowie z wielką pompą uczczono dokonania Henryka Kasperczaka. Fot. PAP/Art Serwis