Sport

Halo, Warszawa! Zabieram głos. Komu? Wszystkim!

REMANENT - Jerzy Chromik

Ma rację Mateusz Adamczyk z Zespołu Retoryki i Komunikacji Publicznej Rady Języka Polskiego, który nie tak dawno przekonywał w wywiadzie dla tygodnika „Polityka”, że: – Język zmienia się szybko, bo jeszcze nigdy w przestrzeni publicznej nie mieliśmy tak wielu nadawców. Każdy i każda z nas może założyć swoje medium i zdobywając popularność, silnie wpływać na język.

Porozmawiajmy więc o transmisjach sportowych. Prawa do pokazywania rozgrywek są od dawna rozczłonkowane, więc wydatki kibiców też coraz większe. A i pewność obejrzenia ciekawego wydarzenia sportowego nie jest stuprocentowa, czego przykładem był mecz Legia – Chelsea w Polsat Sport. Temu bardzo daleko było do klasy premium.

Swego czasu zgłosiłem na Twitterze postulat, by każdy nadawca zapewniał nam transmisje sauté. Mijały lata, ale na szczęście apel nie pozostał bez odzewu. Najpierw przy okazji EURO i MŚ spróbowała takiej opcji TVP, a w jej ślady idzie coraz śmielej platforma MAX z Eurosportem na pokładzie. Z kolei w ostatnich dniach DAZN zdecydowała się pokazywać klubowe mistrzostwa świata tylko z jednym komentatorem, bez tzw. eksperta. A ekspert to ktoś taki, kto ma wiedzieć i mówić o tym, czego nie było widać. Niestety, gros z nich jest ekspertem tylko z nazwy i albo rozpoczyna irytujące pogawędki towarzyskie, albo w ślad za pierwszym komentatorem opowiada o tym, co było dobrze widać na każdym ekranie w każdym domu i pubie. Od 43 cali w górę.

Wczesną wiosną przyszła kolejna dobra wiadomość. Od nowego sezonu francuski Canal+ ma pokazywać mecze Premier League z opcją wyłączenia opowieści, co się akurat dzieje na boisku. Tylko tzw. IFL, czyli ścieżka z reakcjami stadionu i dźwiękiem kopanej piłki. To kiedy będzie nasz polski?

Ale może ktoś usypia w fotelu bez komentatora i potrzebuje głosu sprawozdawcy? OK, niech ma i słucha, jak lubi. Niech mu podają co pięć minut czas gry, chociaż ten jest widoczny przez cały mecz u góry ekranu. Po to jest tzw. combo! Ja nie lubię być przekonywany, że Lewandowski „idzie” lewą stroną boiska, skoro dobrze widać, że... akurat biegnie! Właśnie widzę to w lewym dolnym rogu ekranu.

Dobrze wiem, jak pracowano na Woronicza w tzw. dziuplach. Długo było to mniej niż 32 cale, a taki standard odbioru zapewniał sobie nawet najbiedniejszy kibic. Dopiero od niedawna komentator-dzięcioł ma tam przed sobą co najmniej 43-calowy monitor. Ale każdy, bez względu na stację, najczęściej „wystukuje” to, co widzi każdy z nas.

Ma być gęsto od słów i głośno. Tak głośno, że gdy pada gol, to nie daje się już krzyknąć głośniej. Czasami ci wysłani za nasze abonamenty na największe stadiony świata najpierw krzyczą GOOOL, a potem jak my czekają na powtórkę, by w slow motion wszystko dokładnie zobaczyć. Czasem spalonego... Są tacy, którzy bez tych okrzyków nie wyobrażają sobie oglądania transmisji meczu w tv, ale ci, którzy przeżywali to na żywo, wolą mieć wyłącznie „atmosferę stadionu”. I chwała nadawcom, którzy to zaczęli dostrzegać.

To na koniec jeszcze o ojczystym, którego wciąż się uczę, mimo ostrzeżeń PESEL. Ponad wszelką wątpliwość słownik komentatorów stacji różnej maści to skutek choroby przenoszonej drogą mikrofonową. To od lat żargon szatni piłkarskiej i nademocjonalność „na majaku”, jak nazywają tę pracę nasi młodsi odbiorcy.

Ostatnie zagrożenie – język młodzieży czerpie teraz bez opamiętania z angielszczyzny. Angielskie słowa z tzw. młodomowy przenikają do języka ogólnego, a już ponad wszelką wątpliwość do opisu meczu. Dla starszych są po prostu obce i niezrozumiałe. Coraz częściej obowiązuje zasada KMWTW, czyli... kto ma wiedzieć, ten wie.

A ja nie mam pewności, co i o czym oni do mnie mówią. Wyłączam więc tę ścieżkę. Mam tylko dla siebie IFL. Oraz święty spokój.

Przestałem się też śmiać z lapsusów. „Śliniak”, rubryka, którą przez lata prowadziłem w piątkowym magazynie „PS”, jest teraz czysty. Bez prania.

Dwaj znani. Tyłem do gry... Fot. JC