Estakada, czyli miasto utrapienia
MUCHA NIE SIADA - Tomasz Mucha
Ledwie na chwilę ruszy człowiek w słońcu śródziemnomorza wygrzać zziębnięte majem kości i od razu trach! W powalające pięknem wąskie zaułki miasta Monopoli lotem błyskawicy wdarły się zatrważające wieści, że lekko przeważająca część narodu zawierzyła ojczyznę kibolowi niczym pan Jerzy kawalerkę – za wątpliwy wikt i opierunek, w depeesie. Ledwie minął pierwszy szok, gdy płochliwy fan innej futbolowej drużyny zadbał o kolejny – bez zapowiedzi wstrzymał połowę województwa, w jednej chwili zapewniając sobie wątpliwą nieśmiertelność w kronikach głupoty polskiej.
Szymon Michałek, ofensywny i mocarstwowy w samorządowej kampanii, już zyskuje szlachetny przydomek „prezydent nie wiedziałem”. Wparował do ratusza i otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Poprzednicy oszukiwali przecież, że nie stać miasta na stadion – On nie wiedział, że Chorzów to taka bieda, dlatego będzie budował arenę lat dziesięć, a widząc, że przez rok z okładem żadna łopata ani drgnęła, można założyć, że wcale. Przez dekadę prowadził na Cichej sektor kibiców – On nie wiedział, w jaki sposób kibicowska rodzina wnosi pirotechnikę na Śląski, który cudem przetrwał stadionowe naparzanki chorzowsko-łódzkie. Pół roku temu zamknął dla ciężkiego ruchu estakadę – On nie wiedział teraz, że jej stan jest tak mizerny, jeszcze podnosił czynsze; zmrozić miał go dopiero poskładany most w Dreźnie, więc wymyślił: zamykać natychmiast, cofnąć wszystkie tramwaje!
Zamiast więc polewać się ciepłymi wodami krystalicznego Adriatyku, oblewam się zimnym potem, że w ostatniej chwili udało się prysnąć spod dybiącego przęsła estakady. No ale od razu też myśli skłębione, do czego tu wracać? Docierają dramatyczne relacje z miasta, jak to wyprawa po bułki z odgrodzonego urzędu do pobliskiego aldika zamienia się w partyzancką odyseję przez labirynt Minotaura, z której trudno wrócić do punktu wyjścia. A buły czerstwieją. Przetarte szlaki zamknięte, na wymarłych drogach radiowozy; ledwo osuszone łzy po ściętych świeczkach przy Cichej, a Chorzów już przecięty na pół zimnymi barierkami – niczym rozdarta ojczyzna po wyborczej nocy. No, stan wojenny albo inna pandemia.
Śmiech grzęźnie w gardle, wesoło wcale nie jest, zwłaszcza zdezorientowanym i zszokowanym przedsiębiorcom prowadzącym biznesy pod upiornym wiaduktem: w panice wywołanej przez prezydenta niczym szczury spieprzać musiały lubiana restauracja, ostatnia w centrum stutysięcznego miasta księgarnia, gryfny sklep z pamiątkami, nobilitująca przestrzeń galeria malarstwa, nie wspominając o powszechnie cenionym szalecie. Zaraza z placu z głupia frant nazwanego niegdyś rynkiem przepędziła ostatnie żywe dusze, tramwaje i resztki pogody ducha. W mieście takim jak Chorzów to jak z dnia na dzień zamknąć Times Square w Nowym Jorku, Oxford Street w Londynie czy Pola Elizejskie w Paryżu. Powiedzieć katastrofa to za słabe.
Jaki z tego wniosek? Może i taki, że organizowanie grupki ludzi z szalikami, to nie to samo, co rządzenie miastem z jego skomplikowaną tkanką, skrajnie dołującą demografią i poważnymi problemami społecznymi. Że miasto po zaszłościach socrealizmu i druzgocącej transformacji przemysłowej ma na głowie ważniejsze problemy niż budowa kolejnego stadionu dla drugoligowych piłkarzy, zwłaszcza że w tym mieście stoi już jeden, nader pojemny i otwarty.
Ech, fajnie być impregnowanym na fakty – w końcu pół Polski ma je gdzieś – ale już pod koniec zeszłego roku nawet szeregowi urzędnicy w magistracie przekonywali dookoła, że estakada to tykająca bomba i prezydenta-kibica w końcu pogrzebie. Trudno sobie bowiem wyobrazić, że w obliczu nieuchronnych wydatków On, w chwiejnym rozkroku, już nie tak pewny siebie, dalej będzie rozwijał swoją idee fixe, która wyniosła go na urząd. Naprawdę? Kto to teraz łyknie?
Zwłaszcza że zarządzanie kryzysowe służb prezydenta-kibica oblało maturę na procent minus sto – strach pomyśleć o scenariuszu dla chorzowian na wypadek katastrofy nie tej ledwie przewidywanej, a prawdziwej. Ta wszak wydaje się bliżej niż dalej, i to bez spektakularnych wydarzeń. Chorzów od dekad uchodził za miasto przeklęte, miasto utrapienia, miasto wymarłe – tłoczną onegdaj centralną arterią Wolności przechadzają się ostatnie zombie przeglądające swe potargane czupryny w dziesiątkach pomleczonych witryn głuchych lokali. Chorzów właśnie wkroczył w fazę ostateczną, estakada będzie w niej jedynym obiektem do kupienia w Monopoly. Za bezcen
Trudno sobie wyobrazić, że prezydent-kibic, w chwiejnym rozkroku, dalej będzie roztaczał swoją idee fixe, która wyniosła go na urząd. Fot. Press Focus
