Sport

Dwóch się kłóciło...

Choć nie wygrał żadnego etapu, a w koszulce lidera jechał tylko w ostatnim dniu, Simon Yates triumfował w Giro d'Italia.

Choć niewielu w niego wierzyło, on to zrobił. Warto walczyć do końca! Fot. PAP/EPA

W sobotę w finałowym fragmencie górskiego etapu, który zaważył na losach zwycięstwa w całej imprezie, doszło do rzeczy niebywałych, kuriozalnych i niezrozumiałych. Będzie się o nich jeszcze długo dyskutować i przejdą do historii kolarstwa. 

Jak Brytyjczyk wygrał Giro 

Simon Yates urodził się 32 lata temu w Bury koło Manchesteru i tam też zaczął się ścigać. W młodości znakomicie prezentował się na torze (mistrzostwo świata w wyścigu punktowym w 2013 r.), ale postawił na szosę. Jako zawodowiec od początku kariery, czyli od roku 2014, związany był z australijską grupą, która wielokrotnie zmieniała sponsorów i teraz nazywa się JaycoAlUla. Jeździł w niej jeszcze w zeszłym sezonie, a teraz reprezentuje Team Visma - Lease a Bike, z którym ma kontrakt do przyszłego roku. Podobnie jak jego mniej utytułowany bliźniak, Adam, który reprezentuje UAE Team Emirates, to kolarz świetnie jeżdżący wyścigi wieloetapowe, a szczególnie Grand Toury. W 2018 roku wygrał Vuelta a Espana, trzy lata później był trzeci w Giro d'Italia, a dwa lata temu zajął czwarte miejsce w Tour de France. Przed tegoroczną edycją największej włoskiej imprezy wspominało się o nim, ale w kontekście miejsca na podium, a nie wygranej. 

To Giro Brytyjczyk do soboty jechał niemal... niezauważalnie, ale bardzo skutecznie. Nie wychylał się, nie przeprowadzał spektakularnych akcji, ale niemal zawsze był tam, gdzie miał być, czyli z najlepszymi. Na eksponowane, szóste miejsce w klasyfikacji generalnej wskoczył dopiero niemal w połowie wyścigu, bo po odcinku na toskańskich białych drogach, który skończył na piątym miejscu. Po drugiej czasówce awansował na czwarte, by na niebezpiecznym etapie z metą w Słowenii znowu zachować czujność i wskoczyć na pozycję wicelidera. W środę i w piątek na trudnych górskich etapach zanotował jednak straty i do Isaaca del Toro (UAE Team Emirates), i do Richarda Carapaza (EF Education - EasyPost). Wydawało się więc, że zadowoli się miejscem na najniższym podium. 

On jednak widział to inaczej, miał także do wyrównania rachunki z pewnym podjazdem, który znalazł się w końcówce sobotniego odcinka. To Colle delle Finestre (2172 m n.p.m., 18,4 km o średnim nachyleniu aż 9,2 proc.) – słynna alpejska przełęcz, która znajduje się niedaleko granicy z Francją, oprócz długości wspinaczki i jej ogromnej stromizny znana także z tego, że górna połowa to jazda po szutrze. W 2018 roku Yates doznał tu wręcz traumatycznej klęski – na dwa dni przed końcem Giro, jadąc w koszulce lidera, do mety dotarł prawie 40 minut za zwycięzcą, swoim rodakiem Chrisem Froome'em, który dzięki tamtemu 80-kilometrowemu samotnemu rajdowi wygrał wyścig. 

To, co działo u stóp góry tylko jednak potwierdzało, że Meksykanin i Ekwadorczyk to wciąż faworyci do końcowego zwycięstwa. Zostawili Brytyjczyka, ten jednak nie dał za wygraną i najpierw ich dogonił, a potem kilka razy zaatakował – w końcu skutecznie. Początkowo zyskał nad nimi niewielką przewagę, ale potem sukcesywnie ją powiększał. Na szczycie był już wirtualnym liderem, bo del Toro tracił do niego ponad półtorej minuty. Na zjeździe przewaga zaczęła rosnąć, a kiedy znajdujący się w ucieczce dnia Belg Wout van Aert poczekał na swojego kolegę z drużyny i narzucił niesamowite tempo, stało się jasne, że Yates wygra cały wyścig. Należało tylko dokończyć dzieło i w miarę szybko dotrzeć do stacji narciarskiej Sestriere, co Brytyjczyk uczynił, kończąc etap na trzecim miejscu. 

– Już po prezentacji trasy wiedziałem, że właśnie tu będę chciał coś zrobić. Chciałem zamknąć ten rozdział i to mi się udało. Przez cały wyścig czułem się dobrze, ale miałem uczucie, że brakowało mi tego momentu, żeby pokazać, co potrafię. Dziś w końcu znalazłem taką okazję. Wiedziałem, że jeśli pojadę swoim tempem, to del Toro i Carapaz mnie nie dogonią – relacjonował wzruszony Yates, który na Finestre wspinał się w rekordowym tempie – jako pierwszemu w historii zajęło mu to mniej niż godzinę! Brytyjczyk podziękował także kolegom z drużyny, a szczególnie van Aertowi. – Rano miałem wątpliwości, czy dam radę, ale chłopaki mnie wspierali i wierzyli we mnie. Dzięki nim zrobiłem to. To niewiarygodne – podkreślał. 

Jak Latynosi się pokłócili 

Lider z Meksyku i wicelider z Ekwadoru jeszcze na początku podjazdu na Finestre wydali się jedynymi kandydatami do końcowego zwycięstwa, bo kiedy mocniej nacisnęli na pedały, całą resztę zostawili za plecami. Upór i konsekwencja atakującego Brytyjczyka nieco ich zaskoczyła, ale długo mieli go niedaleko przed sobą. Tyle że nie bardzo miał go kto... gonić. Wypadło na Carapaza, który robił to raczej z niechęcią. Del Toro nie chciał dać mu zmiany, ale w końcu wyszedł na prowadzenie, bo doświadczony Ekwadorczyk w jeden z zakrętów na szutrze wjechał w taki sposób, że Meksykanin wolał go wyprzedzić niż się zatrzymać. 

Do niezrozumiałej sytuacji i tak jednak doszło. Na szczycie del Toro co prawda tracił koszulkę lidera, ale przy szybkim zjeździe i mocnym wykończeniu na niezbyt trudnym podjeździe do mety można było ją odzyskać. Tyle że Meksykanin najwyraźniej... nie chciał tego zrobić. Zamiast ze wszystkich sił bić się o róż, on jechał... bajabongo, jak kolarze nazywają spokojne, powolne kręcenie na zupełnym luzie. Tym razem to Carapaz nie chciał nadawać tempa, a del Toro, choć kilka razy próbował, nie był w stanie go do tego przekonać. I tak sobie zjeżdżali... Kiedy w końcu pokłóconych, a może i obrażonych na siebie liderów dogoniła grupa z niezniszczalnym, jadącym świetny wyścig Rafałem Majką, która na szczycie traciła do nich kilka minut, było już za późno na pogoń. Do Sestriere Meksykanin i Carapaz dotarli ponad pięć minut po triumfującym Brytyjczyku! 

– Wszyscy grali. Visma robiła to naprawdę dobrze, my też się staraliśmy. Czasami wygrywasz, czasami przegrywasz – mówił na mecie del Toro, który wyglądał na... zadowolonego, że to wszystko w zasadzie się skończyło, a nie przybitego tym, że przez bezsensowną taktykę stracił szansę, której w życiu może już nie mieć. – Na zjeździe Carapaz powiedział, że mi nie pomoże, bo ja mu nie pomogłem, gdy na podjeździe byliśmy tuż za Yatesem. Odpowiedziałem, że w porządku. Jeśli już straciłem pierwsze miejsce, to nie stracę drugiego – próbował wyjaśnić całe zajście 21-letni Meksykanin. – To nie było ryzyko, po prostu zrobiłem to, co uważałem za najrozsądniejsze – pogrążał się del Toro. 

A jak tę sytuację skomentował doświadczony Carapaz? – Del Toro przegrał Giro. Nie wiedział, jak się dobrze ścigać. My może byliśmy najsilniejsi, ale wygrał najmądrzejszy kolarz – ocenił zwycięzca Giro z 2019 roku. Nic dodać, nic ująć.

Weekendowe etapy miały także innych bohaterów. W sobotę był nim Australijczyk Chris Harper (Jayco AlUla), który okazał się najmocniejszy z 31-osobowej ucieczki dnia, zaatakował na Finistre i do Sestriere przyjechał niecałe dwie minuty przed Yatesem. Ostatni, niedzielny odcinek, który kończył się wieczorem w Rzymie i nie przyniósł żadnych zmian w klasyfikacji, należał za to do sprinterów, a konkretnie do Olava Kooija (Visma), który wygrał po raz drugi w tej edycji. Etap miał wyjątkowy przebieg, ponieważ po drodze kolarze odwiedzili... Leona XIV. Wystartowali z Term Karakalli i w Watykanie zatrzymali się przed papieżem, a podeszli do niego liderzy klasyfikacji na czele z Yatesem. Pochodzący z USA Leon XIV pozdrowił kolarzy najpierw po włosku, a następnie po angielsku. Otrzymał od nich różową koszulkę lidera wyścigu. Kiedy odjeżdżali po tym krótkim spotkaniu, papież bił im brawo.

20. etap, Verres - Sestriere (205 km): 1. Chris Harper (Australia/Jayco AlUla) 5:27.29, 2. Alessandro Verre (WłochyArkea-B&B Hotels) strata 1.49, 3. Simon Yates (W. Brytania/Visma-Lease a Bike) 1.57, 4. Gianmarco Garofoli (Włochy/Soudal Quick-Step) 3.52, 5. Remy Rochas (Francja/Groupama-FDJ) 3.57, 6. Martin Marcellusi (Włochy/Bardiani CSF) 4.31 ... 9. Isaac del Toro (Meksyk/UAE Team Emirates-XRG) 7.10, 13. Richard Carapaz (Ekwador/EF Education-EasyPost) 7.14... 17. Rafał Majka (UAE Team Emirates-XRG) 8.30.    

21. etap, Rzym - Rzym (143 km): 1. Olav Kooij (Holandia/Team Visma-Lease a Bike) 3:12.19, 2. Kaden Groves (Australia/Alpecin-Deceuninck), 3. Matteo Moschetti (Włochy/Q36.5), 4. Mads Pedersen (Dania/Lidl-Trek), 5. Luke Lamperti (USA/Soudal Quick-Step), 6. Max Kanter (Niemcy/XDS Astana)... 76. Majka - wszyscy ten sam czas. 

Klasyfikacja generalna: 1. S. Yates 82:31.01, 2. del Toro 3.56 3. Carapaz 4.43, 4. Derek Gee (Kanada/Israel-Premier Tech) 6.23, 5. Damiano Caruso (Włochy/Bahrain Victorious) 7.32, 6. Giulio Pellizzari (Włochy/Red Bull-Bora-hansgrohe) 9.28, 7. Egan Bernal (Kolumbia/Ineos Grenadiers) 12.42, 8. Einer Rubio (Kolumbia/Movistar) 13.05, 9. Brandon McNulty (USA/UAE Team Emirates-XRG) 13.36, 10. Michael Storer (Australia/Tudor Pro Cycling) 14.27 ... 13. Majka 23.46.

Zwycięzcy innych klasyfikacji - punktowa: Pedersen, górska: Lorenzo Fortunato (Włochy/XDS Astana), młodzieżowa: del Toro, drużynowa: UAE Team Emirates-XRG.

Grzegorz Kaczmarzyk

Polak na podium

Marceli Bogusławski z czeskiej drużyny ATT Investments zajął trzecie miejsce w dwuetapowym Wyścigu Dookoła Estonii. W klasyfikacji generalnej triumfował Marcus Sander Hansen (BHS - PL Beton Bornholm). Duńczyk zapewnił sobie zwycięstwo, wygrywając samotnie sobotni, drugi etap prowadzący wokół Tartu. Bogusławski, jadący w koszulce lidera po wygraniu pierwszego etapu, przyjechał w peletonie, który stracił do zwycięskiego uciekiniera ponad minutę. Polski kolarz czeskiego zespołu zajął ostatecznie w wyścigu trzecie miejsce, ustępując jeszcze innemu zawodnikowi z ekipy Beton Bornholm - Duńczykowi Niklasowi Larsenowi. W przeszłości Wyścig Dookoła Estonii dwukrotnie wygrywał Grzegorz Stępniak - w 2016 i 2018 roku.