Dobre, bo śląskie
WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok
Żwawa ta osiemdziesiątka; konkurencyjne dzienniki albo padły, albo przestały być gazetami codziennymi - nasz „Sport” niezmiennie się trzyma, a nawet odzyskał ciało po kilkunastomiesięcznej „wirtualnej kwarantannie”. Miałem w życiu parę marzeń, które się ziściły: chciałem odkryć jakąś jaskinię, zobaczyć swoją książkę w księgarni, swój dramat na scenie teatru, film wedle własnego scenariusza w kinie, ale najstarszym z tych marzeń i najpóźniej zrealizowanym było pragnienie, żeby publikować w „Sporcie”.
Żywot dziennikarza sportowego zdawał mi się w dziecięcych wyobrażeniach nadzwyczaj klawy - oglądasz mecze na potęgę i jeszcze ci za to płacą. Na to, by zostać dziennikarzem etatowym byłem zbyt leniwy, ale felietonistyka sportowa okazała się szyta na moją miarę – mizdrzyłem się do „Sportu” bez mała dwie dekady, będąc w relacjach z innymi tytułami, za „Sportem” się oglądałem rzewnie i tęsknie, aż wreszcie udało się wylądować u celu, w który mierzyłem od smarkacza. Urodzić się na Górnym Śląsku i nie interesować sportem byłoby czymś gorszym niż zbrodnia - byłoby niewybaczalnym błędem - każdy młody chłopak, wędrując po ulicach konurbacji górnośląskiej, po prostu musi mieć na podorędziu gotową odpowiedź na pytanie „za kim idziesz?”. Najlepiej rozpoznać topografię kos i zgód, żeby się zawsze wybronić przed łomotem – najgorzej odpowiedzieć „za nikim” – wtedy wpierdol jest stuprocentowo pewny.
Świadom tej reguły, przez całe życie kibicowałem namiętnie i czujnie. Jeszcze zanim zobaczyłem pierwszy w życiu mecz, trzymałem już kciuki za Niebieskich – na pytanie „a gdzie jeś tata?”, słyszałem od matki „na Ruchu, jak przegrają, to wróci zły”; byłem fanem „Sportu” jeszcze zanim nauczyłem się czytać – ojciec pokazywał mi tabele, w których ekipę z Chorzowa było znaleźć najłatwiej u samej góry. Siostra mamy w latach osiemdziesiątych zaczęła pracować w kiosku, dzięki czemu miałem w „teczce” wszystkie tytuły na czas, codziennie zachodziłem do niej po „Sport”, a potem także ten mniejszy „Sport Śląski” i wczytywałem się w sprawozdania/recenzje meczów, zwłaszcza jeśli w weekend zdarzało się je widzieć na własne oczy, na żywo. Mecz kończył się tak naprawdę nie z ostatnim gwizdkiem sędziego, lecz z ostatnią kropką w relacji prasowej – miałem wrażenie, że to, co nieopisane, nie wydarzyło się naprawdę, mogło mi się przywidzieć.
Zdawało mi się wielokrotnie, że świadkowałem meczowi totalnemu, w którym jeden z graczy był koncertmistrzem, zwłaszcza w legendarnym sezonie 88/89, kiedy Ruch zdobywał swoje ostatnie mistrzostwo, kończył się PRL, a ja w burzy hormonów zbliżałem się do pełnoletniości. Zastanawiałem się, co też musi piłkarz uczynić, aby zasłużyć w „Sporcie” na dziesiątkę – potem się okazywało, że musi w pojedynkę wybronić punkt, jak 12.05.1990 Marek Bęben - bramkarz Zagłębia Sosnowiec w meczu przeciw GieKSie albo samodzielnie wygrać mecz, jak 8.09.2001 Maciej Żurawski w spotkaniu Katowice – Wisła 1:5, kiedy trafił zdobył wszystkie pięć goli dla krakowian w ciągu 47 minut.
Czytałem „Sport” nade wszystko za sprawą pierwszorzędności spraw śląskich, kiedy wyjeżdżałem na północ kraju i byłem skazany na „Przegląd Sportowy”, albo gdy się znalazłem w małopolskiej strefie „Tempa”, zawsze czułem się co najmniej nieswojo z uwagi na warszawo- lub krakowo-centryzm tamtejszych redakcji. Skądinąd, w czasach mojego dzieciństwa i dorastania górnośląska metropolia była futbolową stolicą Polski, między 79 a 89 śląskie drużyny zdobyły 7 tytułów mistrzowskich, nie było sezonu bez podium dla naszego regionu, dlatego górnośląskość „Sportu” w najmniejszej mierze nie wypaczała piłkarskiej rzeczywistości – w dzienniku po prostu pisało się o tym, co najlepszej jakości i robiło się to jakościowo.
Korzystając z faktu, że z prenumeratora i czytelnika stałem się publicystą ulubionej gazety, mogę jej i sobie zarazem osobiście życzyć następnej osiemdziesiątki, jak również tego, by także sportowo znowu futbolowe sprawy wagi najwyższej działy się u nas, z udziałem śląskich ekip i rodzimych piłkarzy. „Dobre, bo śląskie” – tak zmodyfikowane hasło reklamowe lepiej mi się w uchu układa i do „Sportu” pasuje jak ulał.
W redakcji często gościliśmy trenerów kadry. Na zdjęciu z Antonim Piechniczkiem. Po lewej selekcjonera Zbigniew Cieńciała i Bogdan Nather, po prawej Rafał Zaremba i Włodzimierz Sowiński. Mocny śląski zaciąg.
