Czytanie „Sportu” to rytuał
Rozmowa z profesorem Janem Miodkiem
Jan Miodek ze "Sportem" ma związanych mnóstwo wspomnień. Fot. PAP/ Małgorzata Sawoch
Panie profesorze: co pan na to, że „Sport” świętuje 80-lecie?
- Piękny wiek (uśmiech)! Mamy rozmawiać o sporcie i „Sporcie”. Muszę panu powiedzieć, że po tym jak umówiliśmy się na rozmowę o sporcie i „Sporcie”, nie mogłem wieczorem zasnąć Przypominały mi się wszystkie piękne chwile, które mogłem przeżyć dzięki waszej gazecie… Zarówno sport, jak i „Sport”, poznałem dzięki ojcu, który był zagorzałym kibicem , towarzyszyły mi więc od maleńkości. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że na „Sporcie” uczyłem się czytać (uśmiech).
Naprawdę?!
- Tak. Najpierw przynosił waszą gazetę do domu właśnie ojciec. Wiedział o moim umiłowaniu Ruchu. Stary piłkarz i wielki kibic i stary piłkarz – powtarzał mi do śmierci: „Nie odbieram ci miłości do Cieślika, bo sam go bardzo lubię, ale pamiętaj: piłkarskim geniuszem był Wilimowski” (uśmiech).
To były jeszcze czasy, gdy „Sport” wychodził w poniedziałki, środy i piątki. Najważniejszy był zawsze numer poniedziałkowy, gdzie były noty z ligowej kolejki. Uwielbiałem wręcz analizować, który mecz zasłużył na ile gwiazdek i jakie noty dostawali poszczególni piłkarze. Ileż przy tym było emocji! Mało tego: wycinałem wszystkie zdjęcia piłkarskie, które w „Sporcie” były fantastyczne. Dobrze pamiętam choćby te robione przez Jerzego Bydlińskiego, prawdziwego mistrza w swoim fachu. Jako dziecko miałem taką zabawę, że te wycięte ze „Sportu” zdjęcia układałem pieczołowicie w stosik, fotki z meczów najlepszej drużyny, lidera ligowej tabeli, musiały być zawsze na górze, wicelidera pod nią itd. Cieszyłem się, kiedy liderem był Ruch, ale gdy po porażce spadał na przykład na trzecie miejsce, to pieczołowicie przekładałem te zdjęcia niżej, a na górze pojawiał się na przykład ŁKS Łódź (uśmiech). I tak do następnej kolejki. To było coś cudownego… (rozmarzenie).
Kiedy byłem uczniem, był okres, kiedy na początku szkoły średniej odpowiadałem za gazetkę szkolną, której numery były wywieszane na ścianie. Kiedy z Ruchu Chorzów w 1959 roku odchodził Gerard Cieślik, który kończył karierę – bardzo to przeżywałem. Dlatego przygotowałem numer, w którym znalazł się artykuł ze „Sportu” o wymownym tytule „Żegnaj, Gerardzie”. Na czele naszej szkoły stał bardzo surowy dyrektor. Uczniowie odczuwali respekt, niektórzy się go wręcz bali. Dyrektor zatrzymał się przed gazetką, którą przygotowałem z okazji zakończenia kariery przez Gerarda Cieślika i zaczął czytać. Zapadła cisza… A potem się uśmiechnął i odtąd, kiedy wzywał mnie do odpowiedzi, nie wywoływał po nazwisku. Mówił odtąd na mnie „Pele” (uśmiech).
A kiedy przestał pan być dzieckiem?
- Zacząłem doceniać publicystykę w „Sporcie”. Uwielbiałem teksty wielu autorów, choćby Tadeusza Maliszewskiego czy Mieczysława Szymkowiaka, korespondentów „Sportu” z Warszawy, czy Wiesława Kaczmarka, korespondenta z Łodzi. Muszę powiedzieć, że w „Sporcie” pracowało wielu wspaniałych fachowców. Przypominam sobie, jakie wzruszenie ogarnęło mnie, gdy podczas wizyty na cmentarzu przy ul. Francuskiej w Katowicach natrafiłem przypadkowo na grób Tadeusza Bagiera, pierwszego redaktora naczelnego „Sportu” (w latach 1945-69, przyp. aut.). Tu leży Kilar, tam Korfanty, a tu… Tadeusz Bagier.
Wrócę jeszcze na chwilę do wspomnianego już tekstu o tytule „Żegnaj, Gerardzie”. Do dziś przywołuję ten tytuł ze „Sportu” na wykładach! Proszę zwrócić uwagę, jak pięknie użyto tu formy wołacza. Dziś już to zanika, dziś napisano by prędzej, „żegnaj, Gerard”, „żegnaj, Basia, Kasia, Krzysia, co jest oczywiście poprawne, ale już nie tak piękne…
A Gerard Cieślik? Zawsze był dla mnie piłkarzem wyjątkowym. Dlatego kiedy Rafał Zaremba, który również przecież był redaktorem „Sportu”, pisał jego biografię i zaproponował mi napisanie wstępu – uczyniłem to z największą radością… A Ruch? Zawsze będzie dla mnie ważny! Wie pan, od 70 lat, przejeżdżając pociągiem przez Batory, zawsze podchodziłem do okna, żeby dojrzeć stary stadion na Cichej. Teraz już o tyle trudniej, że masztów oświetleniowych nie ma…
Sport wymaga również specyficznego języka…
- Pamiętam, gdy w latach 70. „Sport” szukał nowego sformułowania dla „bramki samobójczej”. Niektórym źle to się kojarzyło, postanowiono znaleźć więc słowo zastępcze. Były różne propozycje. „Samobój”, „autobramka”, „samobramka”. Napisałem wtedy do „Sportu” list z sugestią, że przecież mocne metafory są elementem żywego języka. To samo życie! Po paru tygodniach zastanawiania się - wszystko wróciło do pierwotnego stanu. Sformułowanie „bramka samobójcza” nie dało się wyrugować. Tak – czy inaczej „Sport” traktowałem i będę traktował z ogromnym sentymentem. Czytanie tej gazety było dla mnie zawsze rodzajem rytuału.
Rozmawiał: Paweł Czado
Prof. dr hab. Jan Miodek
Ur. 7 czerwca 1946 roku w Tarnowskich Górach. Językoznawca i gramatyk normatywny, profesor nauk humanistycznych, były dyrektor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, członek Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk. Jako członek Rady Języka Polskiego przy prezydium PAN od 1996 roku, czyli od początku jej istnienia, jest współodpowiedzialny m.in. za wszystkie uchwały ortograficzne. Popularyzator wiedzy o języku. Twórca i prezenter programów telewizyjnych Ojczyzna polszczyzna i Słownik polsko@polski. Kibic Ruchu Chorzów.
Perełka z Ruchu
U profesora Jana Miodka piłka nożna występuje na zajęciach i egzaminach z gramatyki historycznej. Przykład? Jako historyk języka podaje sięga po… Waltera Panchyrza, pomocnika przedwojennego Ruchu, zdobywcy pięciu tytułów mistrzowskich. Okazuje się, że to ważny bohater egzaminów, bo na jego nazwisku profesor pokazuje, jak rozdwajały się samogłoski nosowe. Gdy więc chodzi o rozwój samogłosek nosowych w polszczyźnie, zawsze pojawia się Walter Panchyrz. To perełka nie tylko piłkarska, ale i językowa.
