Sport

Czy idziemy na rekord?

CZADOBLOG - Paweł Czado

Jeszcze chwilę, a przerwa między odejściem jednego selekcjonera reprezentacji Polski i ogłoszeniem następnego będzie... najdłuższa w XXI wieku!

Na pewno Państwo zwrócili na to uwagę: przejęcie selekcjonerskiej schedy przyciąga opinię publiczną w niewyobrażalnych wręcz rozmiarach. Każdy dzień niewiadomej sprawia, że zainteresowanie tym tematem puchnie, przedostaje się nawet do codziennych rozmów na targu warzywnym, gdzie w kolejce klientki wkładają to zagadnienie między temat kupna selera a temat kupna szałwi.

Naród zastyga w oczekiwaniu

Przedstawienie trwa. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, czy to przypadek, czy celowe działanie spowodowane uważną analizą przez czynniki sprawcze PZPN-u, czy może chęć przyciągania tychże czynników uwagi społecznej, co wydaje się o tyle błędnym rozumowaniem, że przecież naród jedynie w trzech przypadkach zastyga aż tak: w momencie wyboru nowego papieża, wyboru nowego prezydenta i wyboru nowego selekcjonera reprezentacji w piłce nożnej. W tym ostatnim przypadku, bo na nim przecież się skupiamy, jeszcze w zeszłym wieku nie budziło to aż takich emocji. Być może powodem był fakt, że Internet dopiero raczkował i nawet nie myślano o informacji tu i teraz. Spokojnie czekaliśmy na nominację. Z drugiej strony nie udało się stworzyć zasady obecnej choćby w Niemczech, gdzie miejsce po selekcjonerze zajmował jego asystent i obaj wiedzieli, że tak się stanie. Obowiązywała ona nieprzerwanie od 1932 roku, kiedy Sepp Herberger został asystentem Otto Nerza, do 1984, kiedy po Juppie Derwalu schedę przejął Franz Beckenbauer, który nie był jego asystentem. Ogółem w Niemczech pracowało dotąd... 12 selekcjonerów, podczas gdy u nas tyle prowadziło reprezentację od... 2002 roku!

Najkrócej dowodził Boniek

Polska piłka reprezentacyjna wkroczyła XXI wiek pod wodzą Jerzego Engela, który przejął kadrę po kuriozalnym okresie rządów Janusza Wójcika i wprowadził nasz kraj na mistrzostwa świata po raz pierwszy od czasów Antoniego Piechniczka. Lata 90. – mimo tylu interesujących piłkarzy – były jedną wielką smutą.

Engel zrezygnował po powrocie z nieudanego mundialu w Korei. Miał zasługi dla polskiej piłki, ale i… pecha. To właśnie jego reprezentacja wprowadziła przecież do powszechnego obiegu powiedzonko, które na lata przylgnęło do polskiej piłki, tak trafnie charakteryzujący potem udział Polski w wielkich turniejach: mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor… Zauważcie, jakież jest aktualne!

Engela zastąpił Zbigniew Boniek, który uwierzył, że może być takim samym znakomitym trenerem, jakim był piłkarzem. Funkcję objął 8 lipca 2002. To chyba jedyny przypadek w dziejach światowego futbolu, że urzędujący wiceprezes związku ds. marketingowych został selekcjonerem narodowej reprezentacji! To była najkrótsza przygoda selekcjonerska w XXI wieku: po pięciu meczach, w tym przegranym u siebie z Łotwą w eliminacjach Euro, Boniek złożył pisemną rezygnację i szybciutko przestał być selekcjonerem. Wytrwał jedynie niespełna pół roku.

Zgliszcza po niespełna trzech tygodniach przejął kolega Bońka z reprezentacji, która zdobywała trzecie miejsce na świecie – Paweł Janas. Szczytowy moment jego kadencji to awans na kolejne mistrzostwa w Niemczech. Siedziałem wśród kostarykańskich kibiców na stadionie w Hanowerze i oglądałem mecz o honor... Kiedy w 2006 roku Polska odpadła w grupie ludzie zastanawiali się od razu: kto po Janasie? Na pierwszym miejscu wymieniało się wtedy Henryka Kasperczaka, który miał ofertę z Senegalu i ostatecznie ją przyjął. Związek rozpatrywał też kandydaturę Stefana Majewskiego, który akurat z Widzewem Łódź zrobił awans do ekstraklasy, a który był już asystentem Bońka w 2002 roku. PZPN miał wtedy jednak jasną koncepcję. Właściwie od razu selekcjonerem został uznany Holender Leo Beenhakker, który jako pierwszy potrafił wywalczyć awans do finałów mistrzostw Europy.

Klapa u siebie

Kiedy straniero został bezpardonowo zwolniony po klęsce w ważnym meczu eliminacji mundialu ze Słowenią, stery od razu przejął wspomniany już Majewski. Od początku mówiło się, że to trener tymczasowy, ale przecież gdyby reprezentacja pod jego wodzą zaskoczyła, nikt nie byłby zaskoczony, gdyby „Doktor” pozostał. Poprowadził reprezentację w dwóch końcowych meczach eliminacji do mundialu – niestety, nie wyszło. To był okres, kiedy część środowiska kibiców splamiła się nawoływaniem do bojkotu reprezentacji Polski, trudno wyobrazić sobie coś bardziej spsiałego.

Majewskiemu nie wyszło, schedę przejął oczekiwany przez kibiców Franciszek Smuda, który wcześniej notował znaczne sukcesy w futbolu klubowym z Widzewem i Wisłą. Niemniej i jego kadencja zakończyła się kompletną klapą. Mimo że mógł spokojnie przygotowywać drużynę do imprezy, w której Polska jedyny raz jako występowała współgospodarz, czyli do mistrzostw Europy w 2012 roku, ta kompletnie zawiodła i nawet nie potrafiła przejść do kolejnej fazy rozgrywek, nie odnosząc choćby jednego zwycięstwa i zajmując ostatnie miejsce w grupie. Wyszło więc na to, że nie warto wsłuchiwać się w głos tłumu – oczywiście, jeśli nie chodzi jedynie o spokojne piastowanie urzędów…

Związkowi wystarczyło ledwie kilka dni, żeby dać szansę kolejnemu szkoleniowcowi wyróżniającemu się w polskiej lidze. Waldemar Fornalik zdobył właśnie z Ruchem wicemistrzostwo Polski i doprowadził go do finału krajowego pucharu. Wśród kibiców chorzowskiej drużyny zyskał ksywkę „Waldek King”, niedługo przed nominacją otrzymał nagrodę trenera sezonu ekstraklasy. Na stanowisku był przez rok, PZPN zdymisjonował go po porażce z Anglią, choć tam przecież jeszcze nikt z naszych nie wygrał…

Kolejną szansę znów po dwóch tygodniach dostał Polak i tym razem był to strzał, jeśli nie w dziesiątkę, to przynajmniej w ósemkę. Adam Nawałka do dziś jest pieszczony we wdzięcznej kibicowskiej pamięci jako ten, który potrafił wyjść nie tylko z grupy na wielkiej imprezie, ale w dodatku awansować nawet do ćwierćfinału i dopiero tam odpaść z późniejszym mistrzem Europy po karnych. Dla młodszego pokolenia kibiców ma to symboliczny wymiar, ale uznawanie tego rezultatu za wybitny może budzić jedynie śmiech na sali. Godny uznania – owszem, ale wybitny? Szanujmy się…

Nawałce nie wyszedł za to kompletnie mundial w Rosji – po senegalskim prysznicu, kolumbijskim laniu i japońskim wstydzie odszedł zaraz po imprezie, a PZPN natychmiast dał szansę Jerzemu Brzęczkowi, przedstawicielowi młodego pokolenia. W debiucie Polacy zremisowali w Bolonii w Lidze Narodów z Włochami, potrafili awansować na mistrzostwa Europy, ale nie ma co ukrywać – grali taką kaszanę, że zniecierpliwiony ówczesny prezes Zbigniew Boniek pożegnał ambitnego szkoleniowca, żeby właściwie od razu, po trzech dniach, dać szansę Paulo Sousie. Portugalczykowi nie wyszło na Euro, Polska odpadła w grupie, a szkoleniowiec uczynił nam wszystkim afront, rezygnując z pracy, żeby dostać zatrudnienie w brazylijskim klubie Flamengo Rio de Janeiro. Otrzymał stamtąd lukratywną ofertę, ale przegrał wszystko, co się da i… po niespełna pięciu miesiącach go wywalili . Tak czy inaczej, zrobił złe publicity zagranicznym szkoleniowcom.

Medialna karuzela

Zawiedziony w swoich nadziejach i ambicjach PZPN tym razem szukał szkoleniowca wyjątkowo długo. Miesiąc z malutkim okładem to niepobity rekord. To było szaleństwo! Prawie z każdym dniem pojawiało się nowe nazwisko kandydata na następcę Sousy. Nawałka, Piotr Nowak, Fabio Cannavaro, Juergen Klinsmann, Dick Advocaat… Według serwisu „Meczyki” nowym selekcjonerem miał zostać Cesare Prandelli. Tymczasem pojawił się uśmiechnięty Czesław Michniewicz. Można powiedzieć, że dotknął go syndrom Brzęczka: wyszedł z grupy podczas ostatniego mundialu, ale w takim stylu, że zęby bolały, to było jedynie jak przedłużanie egzekucji, przedłużanie dekapitacji… Mundial w Katarze pokazał, że z takim trenerem jak Michniewicz świata nie uda się zawojować, pytanie tylko czy jakikolwiek inny szkoleniowiec by podołał… PZPN nie przedłużył z nim wygasającej z końcem roku umowy i znów zaczął się cyrk. Także medialny – trochę podsycali go również niecierpliwi dziennikarze, bo przecież skoro kontent oczekuje treści, to trzeba mu ją podać. Umarł król, niech żyje król! To było wielkie nazwisko: Fernando Santos z Portugalią zdobył przecież mistrzostwo Europy, eliminując po drodze właśnie Polskę Nawałki. Wcześniej, w 2012 roku, wyszedł z grupy w naszym kraju… Z Polską jednak niewiele zdziałał, jego kadencja trwała niespełna dziewięć miesięcy, w tym czasie Biało-czerwoni przegrali z Mołdawią i Albanią. PZPN miał dość, zapłacił ponoć sporą odprawę, ale… na biednego nie trafiło. Już po tygodniu dowiedzieliśmy się, że stanowisko przejmie Michał Probierz, wcześniej prowadzący reprezentację młodzieżową, a prezesowi Cezaremu Kuleszy dobrze znany z pracy w Jagiellonii Białystok.

Kto teraz? Nadal nie wiemy, niedługo minie miesiąc od odejścia ostatniego selekcjonera. Zegar tyka. Do najbliższego meczu eliminacyjnego, wyjazdowego z Holandią, zostały niespełna dwa miesiące. Więc kto: Polak czy obcokrajowiec?

Paweł Czado

TYLE TRWAŁY PRZERWY

◾  Engel – Boniek: 14 dni (24 czerwca – 8 lipca 2002)
◾  Boniek – Janas: 17 dni (3 grudnia – 20 grudnia 2002)
◾  Janas – Beenhakker: 1 dzień (10 – 11 lipca 2006)
◾  Beenhakker – Majewski: 0 dni (17 września 2009)
◾  Majewski – Smuda: 0 dni (29 października 2009)
◾  Smuda – Fornalik: 10 dni (1 lipca – 10 lipca 2012)
◾  Fornalik – Nawałka: 15 dni (16 października – 1 listopada 2013)
◾  Nawałka – Brzęczek: 1 dzień (31 lipca – 1 sierpnia 2018)
◾  Brzęczek – Sousa: 3 dni (18 stycznia – 21 stycznia 2021)
◾  Sousa – Michniewicz: 34 dni (29 grudnia 2021 – 31 stycznia 2022)
◾  Michniewicz – Santos: 25 dni (31 grudnia 2022 – 24 stycznia 2023)
◾  Santos – Probierz: 7 dni (13 września – 20 września 2023)

◾  Probierz - ?: na razie 27 dni (od 12 czerwca)

Na ogłoszenie Czesława Michniewicza czekaliśmy najdłużej. Fot. Marcio Machado/SPP/SIPA USA/PressFocus