Człowiek pogranicza
Rozmowa z Maciejem Sadlokiem, byłym już obrońcą Ruchu Chorzów, ale też Wisły Kraków i Polonii Warszawa, 15-krotnym reprezentantem Polski
Maciej Sadlok jest na 24. miejscu w liczbie występów w ekstraklasie. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
Pytania o przyszłość zazwyczaj pojawiają się na końcu, ale w tym wypadku należy od tego zacząć. Twój kontrakt z Ruchem nie został przedłużony – co dalej?
– Teraz jest trochę odpoczynku, natomiast cały czas trenuję, żeby być „pod prądem”. Raczej będę jeszcze grał, odzywają się telefony, ale na razie nie chciałbym zdradzać za wiele. Coś się powoli klaruje na szczeblu centralnym.
Czyli na Pasjonata Dankowice jeszcze za wcześnie.
– Był taki pomysł, ale stwierdziłem, że trzeba coś jeszcze pograć (śmiech).
Wkrótce skończysz 36 lat, więc koniec profesjonalnej kariery już za rogiem. Masz na siebie jakiś pomysł?
– Powoli myślę w tym kierunku. Na razie będę chciał się skupić na graniu, aczkolwiek już coś planuję. Brat dość długo prowadzi szkółkę pod moim patronatem, gdzie czasami również pomagam prowadzić zajęcia dla dzieciaków. Wdrażam się w to i sam również zacząłem zajęcia indywidualne z dziećmi, można powiedzieć takie korepetycje piłkarskie. Pójdę w tę stronę, raczej nie będzie to trenerka z dorosłymi.
Jakie były kulisy odejścia z Ruchu?
– Początkowo byłem dość blisko przedłużenia kontraktu, były rozmowy, ale w pewnym momencie zostały zawieszone. Później nasza runda potoczyła się tak, jak się potoczyła. Była w naszym wykonaniu... nie najlepsza i klub zmienił plan na przebudowę drużyny. Obrał inny kierunek, stąd pożegnanie z niektórymi zawodnikami.
Zabolało cię to? Łukasz Moneta mówił wprost, że liczył na pozostanie w Chorzowie.
– Łukasz jest młodszym zawodnikiem, w tym roku kończy 31 lat, ja mam 36. Jesteśmy na trochę innym etapie przygody z piłką. Powiem szczerze, że nie czułem aż takiego rozczarowania. Przyjąłem to normalnie. Może wzięło się to stąd, że przez ostatnie trzy lata codziennie dojeżdżałem do Chorzowa przez ponad godzinę, bo mam dom w Wilamowicach, w moich stronach. W pewnym momencie to już nie jest takie łatwe, dzień w dzień wsiadać do auta, trenować, zmęczony wracać kolejną godzinę...
Chciałem podsumować twój ostatni, trzeci pobyt w Ruchu. O pierwszy sezon, czyli 2022/23, nie ma co pytać, bo był to niespodziewany awans do ekstraklasy, więc super. Potem jednak spadliście. Od początku mówiło się, że Ruch jest biedny, że nie ma na transfery, że w ogóle powinien się cieszyć, że wrócił na najwyższy szczebel. Można powiedzieć, że automatycznie skazywało się go na spadek od razu po awansie. Czy zgodzisz się z tym, że sezon w ekstraklasie został poniekąd zmarnowany?
– Czy ja wiem? Myślę, że nie. Jednak zrobiliśmy awans, byliśmy w ekstraklasie i każdy z zawodników i trenerów zyskał nowe doświadczenie. Zobaczył, że utrzymanie tam nie jest takie łatwe. W klubie nie było przeświadczenia, że jesteśmy skazani na porażkę, w drużynie również. W wielu meczach walczyliśmy jak równy z równym, bo to nie było też tak, że ciągle ktoś nas lał po 3:0 czy 4:0. Faktem jest, że odnotowaliśmy dużo remisów, a przegrywaliśmy często jedną bramką. Wiadomo, że czegoś zabrakło, może kadra nie była tak silna, by poradzić sobie w ekstraklasie? Uważam jednak, że aż tak źle się nie prezentowaliśmy. Brakowało przede wszystkim zwycięstw. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc wiadomo, że każdy chciał zostać w ekstraklasie i to był nadrzędny cel. Dlaczego mieliśmy tam nie zostać? Nic nie szkodziło, by po prostu powalczyć. Niestety nie udało się, trochę to nas przerosło. W kolejnym sezonie wydawało się, że od razu wrócimy, ale życie pokazuje, że to nie jest takie łatwe. Przykład chociażby Wisły Kraków. W pierwszej rundzie udowodniliśmy, że fajnie gramy i każdy myślał, że awans jest pewny. W piłce jednak tak to nie działa. Druga runda pokazała, że poszło to w złą stronę. Sezon się skończył i klub będzie teraz robił wszystko, by ponownie zaatakować ekstraklasę. Mam nadzieję, że Ruch jak najszybciej tam wróci, ale – jak mówię – to nie jest takie łatwe.
Myślisz, że główny czynnik rzutujący na ten sezon to okres od momentu, gdy spadek z ekstraklasy był już pewny, do pierwszych meczów w I lidze? Dało się słyszeć, że gdy szanse na utrzymanie wynosiły 0,1 procenta, to w klubie wciąż mówiło się o ekstraklasie, a potem na pierwszym treningu było bardzo mało piłkarzy, kadra kompletowała się jeszcze przez wiele tygodni, zmienił się trener... Harmider i chaos miały wpływ na fundament tego sezonu?
– W jakiś sposób na pewno i tego nie da się ukryć. Nie było ciągłości, było dużo zmian, czy to trenerów, czy zawodników. Skończyło się, jak się skończyło. Pamiętam, że jak awansowaliśmy w pierwszym sezonie po moim powrocie, to nie było zbyt wielu zmian. Zespół nie przechodził rewolucji i cały sezon trzymaliśmy dobry poziom. Prawie nie schodziliśmy z pierwszych trzech miejsc. Ciągłość była zachowana, a tutaj dużo działo się rzeczy pozaboiskowych, podczas gdy wszystko musi ze sobą współgrać.
Ruch miał w poprzednim sezonie specyficzny terminarz. Zaczął od prawie samych meczów z topowymi drużynami, po których nastąpił okres gry z tymi, które kończyły za jego plecami. Trener Janusz Niedźwiedź został zwolniony pod koniec tego „trudnego okresu”, a sam twierdził, że powinien dostać więcej czasu. Czy też tak uważasz, abstrahując już zupełnie od postaci Dawida Szulczka?
– Tego się już nie dowiemy. Trener został zwolniony, klub chciał zareagować na słaby start i to już nie mnie oceniać. Być może trener by odpalił, ale nie chciałbym się wypowiadać. Trener Szulczek przyszedł i – jak to się mówi – zażarło. Zaczęliśmy seryjnie wygrywać. W tym momencie ta decyzja się obroniła, ale nie wiemy, czy trener Niedźwiedź też by tego nie dokonał.
Potrafisz na chłodno ocenić, co poszło nie tak na wiosnę?
– Trudno to sprecyzować. My sami również nie do końca wiemy, czemu się tak stało. Wydawało się nam, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Skończyliśmy rundę na 4. miejscu, ale wiosną zaczęliśmy punktować tak samo fatalnie, jak na początku jesieni. Poszło to w odwrotną stronę, zaczęliśmy spadać, z tygodnia na tydzień robiło się coraz gorzej. Jak nie było recepty, tak nadal jej nie ma. Również ciężko mi na to odpowiedzieć.
Może zabrakło jakości? Nie mówię, że Ruch miał słaby skład, ale po prostu sześć czy siedem drużyn miało lepszy.
– Mogło tak być. Trzeba to brać pod uwagę. Uważam, że każdy za bardzo już myślał, że mamy ekstraklasę, że gramy w finale Pucharu Polski. Życie to boleśnie zweryfikowało.
Byłeś w kilku chorzowskich szatniach, byłeś w mocnej szatni Wisły Kraków. Czy teraz w szatni Ruchu leżał problem? Chwilę temu sam powiedziałeś, że w klubie wszystko musi ze sobą współgrać.
– Problemu stricte szatniowego nie było.
Może zabrakło liderów?
– Może wszystkiego po trochu. Kadra się zmieniała, zmieniła się specyfika drużyny, bo przyszło więcej piłkarzy z zagranicy. Nie mówię, że w tym leżał problem, broń Boże, ale patrząc na naszą szatnię z poprzedniej I ligi, to w momencie awansu był tylko jeden Czech. Atmosfera była dużo lepsza, ale budują ją przede wszystkim wyniki. Wtedy byliśmy rozpędzeni i gdy jechaliśmy na mecz, wierzyliśmy, że damy radę, choćby przeciskając jedną bramką. Teraz tych meczów nie przeciskaliśmy. To też był problem.
Byłeś w Ruchu trzy razy – Sadlok młody, Sadlok ograny, Sadlok doświadczony. Układasz sobie hierarchię tych pobytów?
– Każdy pobyt w Chorzowie miał swoją historię. Pierwszy był najbardziej obfity w sukcesy, bo dostałem powołanie do reprezentacji, regularnie grałem w ekstraklasie, gdzie zajęliśmy 3. miejsce. To chyba mój najlepszy pobyt. Ten drugi był z kolei okraszony nieprzyjemną kontuzją, gdzie przez bardzo długi czas nie mogłem wrócić do zdrowia, ale końcówkę wspominam dobrze, bo znowu zajęliśmy 3. miejsce i urodziła się moja córka. Były więc dobre i złe chwile. W tym ostatnim pobycie też były fajne momenty, jak niespodziewany awans do ekstraklasy, który zawsze będę mile wspominał. Chociaż był też niestety spadek. Każdy z tych okresów był różny, ale najbardziej obfity był ten pierwszy.
Przez długi czas Maciej Sadlok należał do grona liderów Niebieskich. Fot. Marcin Bulanda / Press Focus
Czy z perspektywy czasu uważasz, że transfer do Polonii Warszawa, gdzie spędziłeś 1,5 roku, był błędem?
– Nie, bo zyskałem nowe doświadczenia, zmieniłem środowisko, zobaczyłem, jak to jest gdzie indziej. Nie jestem przecież zawodnikiem, który często zmienia kluby i wyrusza w odległe podróże po Polsce. Ruch zyskał na tym spore pieniądze, więc w ten sposób też odwdzięczyłem się za to, co osiągnąłem w Chorzowie, bo to tam zacząłem przygodę z wielką piłką. To było pewne podziękowanie. Uważam więc, że to był dobry ruch, choć nie był nie wiadomo jak udany sportowo. Gdybym jednak miał możliwość, zrobiłbym to jeszcze raz, chociaż... w tamtym momencie nie byłem do końca przekonany. Bardziej skłaniałem się ku temu, że nie chciałem transferu, ale po czasie wydaje mi się, że było to z korzyścią dla wszystkich.
Czy w Polonii nie wyszło ci dlatego, że ekscentryczny właściciel klubu Józef Wojciechowski stwierdził... że go oszukałeś w sprawie swojego zdrowia? Twierdził, że zataiłeś dyskopatię.
– To był okres, w którym byłem młodym zawodnikiem, a obciążenia jak na mój wiek były duże. Jeździłem na reprezentację, grałem w klubie, a mój organizm nie był na tyle silny i ukształtowany, żeby radzić sobie z takimi obciążeniami. A umówmy się, że świadomość zawodników w sprawie dbania o zdrowie wtedy a dzisiaj trochę się różni. Nie wiedziałem wtedy o wielu sprawach. Miałem problemy z plecami, ale nic nie było ukrywane (śmiech). Organizm po prostu tak zareagował na obciążenia – i tyle.
W 2012 roku wróciłeś do Chorzowa, a po dwóch sezonach przeniosłeś się do Wisły Kraków, gdzie załapałeś się na końcówkę ery Bogusława Cupiała. Z gry przy Reymonta mógłbyś napisać niezłą kronikę, bo byłeś świadkiem wielu głośnych wydarzeń, które zakończyły się spadkiem. Co możesz powiedzieć o tym okresie?
– W klubie działo się dużo, nie da się ukryć. Spędziłem tam osiem lat, więc trudno o wszystkim naraz opowiedzieć. Dla Wisły to nie był łatwy okres. Było wiele różnych zawirowań, czy z właścicielami, czy z kibicami, którzy przejmowali klub.
Wisłą zarządzali też gangsterzy.
– Aż tak bardzo się tymi tematami nie interesowałem, po prostu starałem się robić swoje, ale faktycznie momenty były różne. Nie było łatwo, ale zostawiłem tam sporą część życia. Reprezentowałem wielki klub i zawsze będę z tego dumny. Rozegrałem tam mnóstwo meczów i myślę, że to był dobry okres mojej kariery, mimo że nieokraszony żadnymi sukcesami. Żałuję tylko, że skończył się spadkiem. To zawsze będzie zadra na moim sercu.
Czułeś, że to idzie w takim kierunku? Pamiętamy chociażby głośną akcję przejęcia klubu ze słynnym Vanną Ly z przełomu 2018 i 2019 roku.
– W tamtym momencie to była jedna wielka niewiadoma. Panował duży chaos związany z tym panem, który chciał wszystkich oszukać i do pewnego momentu mu to dobrze wychodziło. Wiele osób wierzyło, że to się uda, natomiast wyszło, jak wyszło. Na szczęście nie przejął Wisły, a wszystko uratowała trójka Jarosław Królewski, Tomasz Jażdżyński, Jakub Błaszczykowski. Dobrze, że tak się skończyło.
Wiesz, ile masz meczów w ekstraklasie?
– Chyba 364.
Zgadza się. Czujesz, że osiągnąłeś coś wyjątkowego? Jesteś na 24. miejscu w klasyfikacji wszech czasów razem z Markiem Dziubą, który grał w łódzkich klubach. Parę spotkań i byłbyś jeszcze wyżej.
– Zaczynając grać w piłkę i wchodząc do pierwszej drużyny w Chorzowie, w życiu nie przypuszczałem, że to się tak potoczy. Zawsze marzyłem o grze w ekstraklasie oraz w reprezentacji i spełniłem oba marzenia z dzieciństwa. Uważam, że to nie jest mała liczba. Więc tak – jestem z tego dumny. Nie spodziewałem się tego. Cieszę się, nikt mi nie zabierze ani tego, ani 15 meczów w reprezentacji. To zawsze zostanie ze mną. Zdaję sobie sprawę, że mogło być inaczej, w tamtych czasach też było trudno, bo nie było tylu wyjazdów zagranicznych. Teraz często jest tak, że młodzi zawodnicy rozegrają parę dobrych spotkań i zainteresowanie nimi jest znacznie większe. Pamiętam, że po pierwszym sezonie, który rozegrałem praktycznie od dechy do dechy, czyli 2009/10, nie było nie wiadomo jakich ofert. Uważam, że gdybym w obecnych czasach rozegrał taki sezon, ofert byłoby bardzo dużo, ale nie mam z tym problemu. Nie rozpatruję tego, po prostu cieszę się z tego, co osiągnąłem. Zdaję sobie sprawę, że mogłem osiągnąć więcej, ale mogło to też pójść w drugą stronę. Często zawodnicy naprawdę utalentowani odbijają się od ekstraklasy, bo po kilkunastu meczach mocno idą w dół.
Jakie kluby zagraniczne się do ciebie zgłaszały?
– Gdy miałem 19 lat i grałem z kadrą na towarzyskim turnieju w Katarze, gdzie fajnie się zaprezentowaliśmy, byłem bardzo blisko przejścia do angielskiego Fulham. Spędziłem tam dwa dni na testach medycznych, rezonansach, byłem obejrzeć mecz Premier League. Fulham było jednak wtedy na krawędzi i w pewnym momencie wszystko się posypało, zmieniły się władze i do transferu nie doszło. Nie wiem, jakby to się potoczyło, bo miałem już trenować z pierwszym zespołem. W Chorzowie pojawiło się jeszcze coś z Włoch, a drugi taki najkonkretniejszy temat to w czasie Wisły, kiedy miałem propozycję z Turcji, ale nie puścił mnie klub, żądając za mnie większych pieniędzy. Pozostałem w Krakowie, ale nie rozpaczałem z tego powodu. Dalej robiłem swoje. Z polskiego rynku, gdy grałem w Wiśle, dwukrotnie próbowała mnie ściągnąć Legia, ale finalnie nigdy do niczego nie dochodziło (śmiech). Można więc powiedzieć, że miałem bardzo ustabilizowaną karierę, a jak się gdzieś osadzałem, to na dłużej.
W reprezentacji zagrałeś 15 meczów, wszystkie towarzyskie, bo spora część tych spotkań przypadła na okres przygotowań do Euro 2012, gdzie siłą rzeczy kadra nie grała o punkty. Jak to oceniasz, mogło być ich więcej?
– Zdecydowanie. To było bardziej z mojej winy i moich obaw, które wtedy miałem w związku z lataniem samolotem. To mnie w kadrze mocno przekreśliło, także jeśli chodzi o grę na Euro. To był dla mnie nieprzyjemny okres.
Czyli to wyglądało tak, że chciano cię powołać, a ty odmawiałeś, bo trzeba było gdzieś polecieć?
– Mniej więcej tak. Świętej pamięci trener Franciszek Smuda nie był wtedy zadowolony z takiej sytuacji. Mocno mnie przekonywał, żebym przełamał swoje obawy, ale wówczas to była taka skala, że człowiek sobie z tym nie poradził i wyszło, jak wyszło. Uważam więc, że w reprezentacji mogłem osiągnąć więcej.
Ostatnio głośno było o Kamilu Grosickim, który żegnał się z kadrą. Jego pamiętny gol to rajd na wyjeździe z Rumunią w 2016 roku, gdzie Polska wygrała w eliminacjach MŚ 3:0. A ty... byłeś tego świadkiem! Sześć lat po poprzednim występie w kadrze siedziałeś wtedy na ławce.
– A to nawet nie wiedziałem (śmiech). To był mój dobry okres, ale nawet nie pamiętam, na ilu zgrupowaniach u trenera Adama Nawałki byłem. Wróciłem do reprezentacji, ale szkoda, że nie udało się wtedy zagrać, bo byłem w wysokiej formie. Wydaje mi się, że w tamtym momencie byłem lepszym zawodnikiem niż podczas pierwszych meczów w reprezentacji. Miałem większy bagaż doświadczeń, fajnie się na tę kadrę przyjeżdżało, bez żadnych obaw, jechałem jak po swoje – ale niestety takie były wybory trenera. Mimo wszystko pozytywnie to wspominam.
Teraz pół żartem, pół serio. Prawie cała twoja kariera to typowo górnośląski Ruch i małopolska Wisła. Pochodzisz z Dankowic – w województwie śląskim, ale leżących w Małopolsce. Jesteś człowiekiem pogranicza. Bardziej czujesz się hanysem czy gorolem?
– Chyba pół na pół (śmiech). Ciężko powiedzieć, bo gdy jestem w Chorzowie, możemy pogodać po śląsku. Mam żonę ze Śląska, więc jakaś część mnie jest mocno związana z tym regionem. Ale osiem lat w Krakowie to też kawał czasu. Mieszkam na rozdrożu, bo w jedną stronę jedzie się na Śląsk, w drugą do Krakowa, w obu kierunkach po godzinie.
Mieszkasz w Wilamowicach, które słyną ze swojego wyjątkowego języka wilamowskiego, więc jest dodatkowy smaczek.
– Zgadza się, mamy nawet muzeum wilamowskie, aczkolwiek nie znam ani jednego słowa w tym języku (śmiech). Nie wiem nawet, czy ktoś się nim posługuje (w spisie powszechnym z 2021 roku tylko 10 osób zadeklarowało używanie języka wilamowskiego – przyp. red.). Dobrze nam się tutaj żyje i najważniejsze jest to, że razem z rodziną jesteśmy szczęśliwi w miejscu, w którym chcieliśmy być.
Czego ci życzyć w... chyba jeszcze nie końcówce kariery? Cristiano Ronaldo w wieku 40 lat nadal zdobywa z Portugalią puchary...
– To są ludzie-ewenementy (śmiech). Ja nie widzę siebie, żeby grać w takim wieku i nie wiem, czy bym tego chciał. Gdybym się dobrze czuł, to może, ale nie wiem, czy chciałbym aż tak bardzo żyłować organizm. Zobaczymy, co życie przyniesie.
Rozmawiał Piotr Tubacki