Sport

Czekają na kroplówkę

Drugoligowiec z Jastrzębia Zdroju stoi nad przepaścią i ma marne widoki na uniknięcie najgorszego.

Żeby przetrwać najgorsze chwile, Farid Ali zatrudnił się w firmie kurierskiej. Fot. Arkadiusz Kogut/gksjastrzebie.com

GKS JASTRZĘBIE

Kiedy redakcyjny kolega poprosił mnie, bym napisał artykuł na temat kryzysu organizacyjno-finansowego drążącego drugoligowca z Jastrzębia Zdroju, potraktowałem jego prośbę jako propozycję nie do odrzucenia, ale zarazem jako... wyzwanie. W pierwszej chwili nie wiedziałem bowiem, od czego zacząć.

Miasto kołem ratunkowym

Ogromne długi GKS-u Jastrzębie były (są) tajemnicą poliszynela, lecz bardzo długo działacze klubu z Harcerskiej chowali głowę w piasek, udając, że nic złego się nie dzieje i dopiero gdy grunt zaczął im się palić pod nogami, zaczęli bić na alarm, oczekując, że to pieniądze z budżetu miasta pokryją ich długi. Powiedziała to jasno i wyraźnie prezes Marta Goik podczas majowej sesji rady miasta, na której stawili się władze, piłkarze i kibice.

To były tylko pobożne życzenia, bo ów dług już wtedy wynosił 4 miliony 200 tysięcy złotych! Pracownicy klubu, nie tylko piłkarze, po raz ostatni otrzymali wypłaty w marcu, przy czym koniecznie trzeba zaznaczyć, że były to wynagrodzenia za... luty. W następnych tygodniach zawodnicy grali za darmo, co zresztą dotyczyło innych pracowników, którzy pracowali za darmo, klubowego lekarza nie wyłączając. 33-letni pomocnik Farid Ali, by nie pozostać bez środków do życia, zatrudnił się w Żorach w hiszpańskiej firmie kurierskiej „Glovo” , która dostarcza klientom różnorodne produkty, od jedzenia poczynając, na lekach kończąc.

Dwa haczyki

Prezes Goik zaproponowała, by to władze Jastrzębia Zdroju wzięły GKS na swój „garnuszek”, lecz ten pomysł prezydent Michał Urgoł zdusił w zarodku. Stwierdził, że w takim przypadku miasto zmuszone byłoby do poniesienia ogromnych kosztów (kilka „baniek” to nie pryszcz), na co nie będzie zgody radnych i większości mieszkańców miasta. W tym miejscu drobna dygresja - dosyć często byłem indagowany przez sąsiadów i znajomych, dlaczego musimy płacić za niekompetencję i „radosną twórczość” działaczy GKS-u? Nie potrafiłem znaleźć sensownego wytłumaczenia. I piszę to nie jako dziennikarz, ale przede wszystkim jako mieszkaniec miasta. To przykre, że problemy na taką ogromną skalę wracają do GKS-u Jastrzębie co kilka lat niczym bumerang.

Jednym ze sposobów ratowania klubu jest rozpisanie przetargu na promocję miasta przez sport. W tym swoistym konkursie uczestniczą Jastrzębski Węgiel (siatkówka, zdobywca Pucharu Polski), JKH GKS Jastrzębie (hokej na lodzie, brązowy medalista ostatnich mistrzostw Polski) i GKS Jastrzębie właśnie. Do podziału jest 2,5 miliona złotych. Według pierwszej wersji piłkarze mieli dostać dwie „bańki”, pozostali - do podziału - 500 tysięcy. Potem ów projekt skorygowano i GKS ma otrzymać tylko 1,4-1,5 mln. Ale są tutaj dwa haczyki. Po pierwsze - w grę wchodzi kwota brutto, nie netto, a poza tym - to drugi haczyk - warunkiem otrzymania dotacji są występy w 2. lidze w następnym sezonie, co wcale nie jest takie pewne.

Trochę przypomina mi to historię ze studiów. Podczas egzaminu z doktryn politycznych u profesora Andrzeja Wójtowicza (wybitny naukowiec), który zdawałem w towarzystwie czterech koleżanek. W pewnym momencie egzaminator zwrócił się do jednej z nich: „Rzucę pani koło ratunkowe w postaci dodatkowego pytania”. Po minucie milczenia egzaminowanej powiedział trochę zirytowany: „Tonie pani, już widzę tylko jedną rękę”.

Ruszyła lawina

W piątek lawina ruszyła, bo tego dnia 32-letni bramkarz Grzegorz Drazik odszedł z GKS-u Jastrzębie, rozwiązując kontrakt za porozumieniem stron. Według nieoficjalnych informacji na podobny krok zdecydowało się już dziesięciu zawodników, a być może nawet więcej. Tego samego dnia rezygnację z pracy w klubie złożyła pani doktor, sprawująca funkcję lekarza klubowego. Miała już dosyć niezdrowej zabawy w ciuciubabkę, ignorowania jej maili do klubu, więc sięgnęła po środek ostateczny. Na ile ją znam, na tym się sprawa nie zakończy i wcale bym się nie zdziwił, gdyby doszło z tego powodu do rozprawy sądowej. O ile oczywiście dług nie zostanie uregulowany.

Znany w Jastrzębiu lekarz, z którym przyjaźnię się od czasów licealnych otworzył mi oczy: „Nie znam w naszym mieście lekarza, któremu GKS Jastrzębie uregulowałby wszystkie należności”. Koniec lekcji.

Wspomniany wcześniej Grzegorz Drazik nie był pierwszą osobą, która salwowała się ucieczką z Harcerskiej. Znacznie wcześniej „zwinął żagle” i wrócił do Wrocławia, gdzie mieszka, Adam Lechowski. Jego błędów transferowych było od groma i trochę, a jednym z nielicznych sukcesów był angaż słowackiego trenera Petera Struhara. Na zakończenie jedno pytanie -po kiego diabła w rundzie wiosennej było w kadrze aż 29 zawodników? Proszę nie wysyłać do redakcji maili z odpowiedziami, a tym bardziej kartek pocztowych, bo nasza poczta i tak ma od cholery roboty.

Bogdan Nather