Sport

Czas na „sprawdzam”

BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk

Przez miesiące mówiło się o dwóch poważnych oferentach na zakup z zasobów Zabrza akcji Górnika – Konsorcjum Zarys-Tabapol oraz LP Holding Gmbh. I gdy wydawało się, że dojdzie do ostrej licytacyjnej walki, podbijania ceny, podchodów w celu przechytrzenia przeciwnika, szerokich uśmiechów do opinii publicznej celem zyskania (większej) sympatii, na ostatniej prostej wycofał się jeden z uczestników wyścigu, Zarys-Tabapol konkretnie.

Co się stało? W firmie tej przeczuwano, że w konfrontacji z LP Holding nie mają szans, bo po tamtej stronie jest większość atutów, na czele z nazwiskiem Podolski? Że pojedynkowanie się z mistrzem świata na wiedzę o piłce nożnej i na wszechstronną znajomość futbolowych salonów i klimatów nie ma większego sensu, bo z góry stoi się na przegranej pozycji? Swoją drogą, jak mogłoby być inaczej, skoro po drugiej stronie stołu siedzi mistrz świata, przez wiele lat czołowa postać (snajper) jednej z najlepszej lig świata – Bundesligi, facet będący ulubieńcem tłumów nie tylko w Kolonii i nie tylko w Zabrzu. No i chyba z większym potencjałem do zarabiania pieniędzy.

A może poszło o te mityczne księgi zawierające wszelkie tajemnice Górnika? O to, o czym gada się już od wielu lat; czyli o tych deficytach, o tych długach i innych przedpotopowych zaszłościach, które w innych okolicznościach byłyby nazywane trupami wypadającymi z szafy, a dzisiaj zwie się je niedogodnościami? Słowem o to, co mierzy się i waży w milionach złotych, a tym bardziej się mierzy i waży, im więcej się mówi o zabrzańskiej samorządowej biedzie. Też zresztą od lat, przy czym kontekst Górnika zawsze na tę okoliczność się pojawiał. No więc czy przy okazji próby sprzedaży klubu odkryte zostały tajemnice zdolne odstraszyć najbardziej odważnych? A może niedostatecznie bogatych?

Stało się, jak się stało – na placu boju został samotny gladiator i być może on sam zastanawia się: Czy jam zwycięski? ; i być może zastanawiają się też wiwatujące (na razie) tłumy, czy on istotnie zwycięski, czy też nie.

Bo kto z całą pewnością może przyjąć, że triumfator jest zadowolony, że ubył mu konkurent i że już nie czas na rozmaite gry i gierki; i że nadszedł ten moment, w którym pada hasło „sprawdzam”. Sprawdzam chęci, sprawdzam intencje, poniekąd też sprawdzam stan konta.

Bez wątpienia wchodzimy w bardzo ciekawą fazę domniemanej – niekoniecznie pewnej – transakcji. Faza jest (będzie) ciekawa dlatego, że rozpoczną się rozmowy o szczegółach, czyli o tym, kto przy czym chce pozostać, czego chciałby od drugiej strony, jakie w związku z tym musi ponieść ofiary, a w sumie co, ile i kogo będzie kosztować. Innymi słowy, zacznie się jedno wielkie liczenie, być może kojarzące się z przeciąganiem liny. I na końcu okaże się, że nie, jednak nie, nie tak miało być, nie na to się umawialiśmy. No to może wrócimy na z góry upatrzone pozycje... Czyli miasto pozostanie z Górnikiem na utrzymaniu, a LP Holding jako... No – jako kto? Cenzor poczynań miasta? Szara eminencja?

To taka czarna strona scenariusza... A może jednak wszystko się pięknie ułoży? Strony się dogadają, napiją z dzióbków, będą żyć długo, bogato i szczęśliwie, ze szczególnym uwzględnieniem Górnika, który pod światłym przywództwem wróci do dawnej chwały?

Tak bardziej na poważnie – piłka nożna to specyficzny interes. Gdyby wszystko w nim odbywało się zgodnie z regułami matematyki i ekonomii, gdyby wkład generował i gwarantował zysk (choć oczywiście w każdym biznesie istnieje zagrożenie bankructwem), gdyby nie było się skazanym na nieustanne dokładanie itd., zapewne o kandydatów na właścicieli klubów byłoby bez liku, bo pieniądz pewny i chwała również. Może tymi kandydatami byłyby i miasta. Aczkolwiek w tym miejscu musi się pojawić zastrzeżenie, że w wielu europejskich krajach samorządy nie mają prawa do finansowania zawodowego sportu i że – podobno – zaczyna się o tym mówić również w odniesieniu do kompetencji polskich samorządów, choć na razie nieoficjalnie. Wyobraźcie sobie, że nagle w naszym pięknym kraju nad Wisłą wprowadza się takie ustawowe obostrzenia... Że won miastom i gminom od profesjonalnego sportu; że kasa ma płynąć co najwyżej na sport młodzieżowy i dziecięcy; że kluby, jeśli chcą egzystować, mają sobie poszukać sponsorów...

Być może w takich okolicznościach operacja sprzedaży Górnika – choć nie tylko jego – nie byłaby niekończącą się historią. I nie byłoby miejsca na pytania, w co grają miasta i w co grają oferenci.