Czarnoziem
REMANENT - Jerzy Chromik
Kiedyś gwizdano w czarnych strojach. Prawie jak w garniturach na stypę. Stąd taki zagadkowy tytuł tekstu w „Expressie Wieczornym”, w którym odsunięty od sędziowania arbiter boczny, nienazywany jeszcze wtedy szumnie asystentem, żalił mi się, że jego chorągiewka przestała być potrzebna szefowi „trójki”. Nie mylić z tą klasową, choć pewne analogie dałoby się między nimi znaleźć. Ot, choćby oceny ze sprawowania.
O sędziach piłkarskich pisałem zawsze chętnie, bo ci jeszcze na długo przed erą „Fryzjera” to byli fajni panowie trzej. Z brzuszkami lub bez, wyłysiali bądź zadbani, z przedziałkami na głowach. I z grzebieniem w tylnej kieszeni jak Wit, który dostawał ekwiwalent na szampon do włosów, choć był szczery jak... kolano.
Zacząłem swe opisywanie środowiska od głośnego wywiadu z Krzysztofem Czemarmazowiczem ze Szczecina. To on pierwszy naraził się w 1985 środowisku, odpowiadając na moje konkretne pytanie – ile kosztuje mecz w I lidze, nienazywanej jeszcze wtedy szumnie Ekstraklasą z o.o. ani S.A.
Jak zdradził, było to 1000 dolarów amerykańskich zaoferowanych w środku nocy po cichym pukaniu do drzwi hotelowego pokoju. Wtedy takim naszym eksportowym arbitrem był Alojzy z Mazur, który miał tyle węgorzy, że mógł zostać nawet arbitrem międzynarodowym wysłanym przez PKS (nie mylić z autobusami Państwowej Komunikacji Samochodowej) na finały MŚ 1986 do Meksyku.
Może poleciałby tam zamiast niego Czemarmazowicz, ale nie miał węgorzy. A poza tym miał za długi język. Tak zniknął z Polski na dziesięciolecia. Miałem wyrzuty sumienia, że namówiłem go na szczerość i zwierzenia, ale okazało się, że choć wyrzucony przez PKS, to jednak wybrał RFN nie z tego powodu, a za namową pierwszej ślubnej.
Gdy ustaliłem wreszcie jego miejsce pobytu w wolnej Polsce, w Lubuskiem, łzom nie było końca. Były liczne sesje fotograficzne i mam nawet takie zdjęcie z „Kryształowym Gwizdkiem” – coroczną nagrodą redakcji „Sportu”. To była moim zdaniem w stu procentach zasłużona, bo do tej pory nie poznałem uczciwszego arbitra piłkarskiego, a tych nieuczciwych to nawet znam na pęczki.
Był oto bowiem taki na ławie oskarżonych – dusza nie sędzia. Nie doczekał prawomocnego wyroku. Był też taki z Gdańska, któremu po meczu w Białymstoku nie domykał się bagażnik fiata 125p od nadmiaru podlaskich wędlin i „księżycówki”. Był też taki z Poznania, który szył po nocach koszule i bardzo przejął się po spotkaniu w Zabrzu, że chodzę w t-shirtach i nie chce mi się prasować takich z mankietami.
Bodaj najbarwniejszą postacią w PRL pozostawał jednak milicjant z Bydgoszczy, który wpadał do redakcji „Sportowca” i opowiadał o mrożących krew w żyłach scenach obławy w środku nocy na kierowników sklepów mięsnych, którzy sprzedawali kiełbasę po cenach zawyżonych i rąbankę bez kartek na mięso!
Był to pewien wesoły Romek, który miał nie na przedmieściu domek, a komisariat nad Brdą. Po co to wszystko przywołuję ze swej nadwyrężonej pamięci? Oto mam bowiem najnowszy przeciek z mego ukochanego środowiska. Zaraz po nagłej rezygnacji lekarza z Lublina, który przejął środowisko rozjemców z gwizdkami i po ludzku nie dał rady, choć po narastającej krytyce zaczął stawiać na gości ulizanych. Ci jeden w jednego wyglądają teraz jak filmowi amanci prosto z zakładu fryzjerskiego. Mamy nawet bliźniaków pięknych jak Ken, znajomy Barbie!
Kulesza przegrał wiceprezesów w nowym rozdaniu wyborczym, ale władzy nie stracił. Może wszak jeszcze mianować sobie nowego szefa sędziów. Jest nawet taki, który by się nadawał, ale nie ma pleców, więc robi arkusze Excela. W tym stanie spraw poufnych rozważany jest wariant tymczasowy. Odda się towarzystwo pod nadzór przejściowy i poczeka, aż pewien znany policjant osiągnie wiek emerytalny i weźmie całe bractwo za twarz. A właściwie to za twarze z gwizdkami.
To jest powrót do słusznej koncepcji z PRL. Czy to milicjant, czy policjant, to zawsze przyda się ktoś z twardą ręką. Nie bądźmy wszak małostkowi. Porządek musi być, a jeden Marciniak go nie czyni. Podobnie jak jaskółka – siostra burzy.
Cudownie odnaleziony laureat Kryształowego Gwizdka – Krzysztof Czemarmazowicz ze Szczecina. Fot. Jerzy Chromik