Cuda, cuda, cuda na Cichej!
Odchodzący w niebyt stadion Ruchu Chorzów to matecznik emocji z wielu dekad, z czasów Gerarda Cieślika, Antoniego Piechniczka, Joachima Marxa czy Krzysztofa Warzychy.
Charakterystyczna trybuna Ruchu dawała chorzowskim piłkarzom wsparcie od kilkudziesięciu lat. Już nie da... Fot. Marcin Bulanda/PressFocus
16 czerwca 1946: Górny Śląsk - Armia Renu 3:2
Na Śląsk przyjechała drużyna angielskich sił okupacyjnych stacjonujących w Niemczech, złożona z piłkarzy, którzy przed powołaniem do wojska grali w tamtejszej ekstraklasie. Wszyscy członkowie teamu byli zawodowymi piłkarzami, grającymi w najsławniejszych angielskich klubach. Na stadionie Ruchu naprzeciw piłkarzy Manchesteru City, Tottenhamu, Arsenalu czy Leeds United stanęli zawodnicy m.in. z... Ruchu, ale i Polonii Piekary, Ligocianki czy Kresów Chorzów. No i… wygrali, choć początkowo nic na to nie wskazywało. Gerard Cieślik właśnie to spotkanie uważał za najlepsze we własnej karierze!W ścisku na trybunach miejsce znaleźli m.in. ówczesny wicewojewoda płk Jerzy Ziętek, a także ówczesny angielski konsul w Polsce. Przed meczem wszyscy zastanawiali się, „ile Anglicy strzelą bramek, i jak długo nasi będą stawiać opór”. Obawy były o tyle zasadne, że wcześniej Armia Renu zagrała z reprezentacją Warszawy i rozbiła ją aż 12:0. Do przerwy Anglicy cisnęli ile wlezie, ale byli nieskuteczni: prowadzili ledwie 1:0 po fantastycznym uderzeniu z woleja. W przerwie Ślązacy dokonali jednak kilku zmian, rewelacyjnym pociągnięciem było przesunięcie 19-letniego wówczas Cieślika z lewego łącznika na środek ataku. W ciągu niespełna 10 minut wszystko się zmieniło - gospodarze strzelili aż trzy gole! Goście kontaktową bramkę uzyskali dopiero 5 minut przed końcem, a na wyrównanie nie starczyło czasu. „Cieślik pokazał formę i klasę, jakiej nie oglądaliśmy po wojnie u żadnego jeszcze piłkarza w Polsce (...). W tym dniu napastnik Ruchu przechodził sam siebie, klasa tego piłkarza stawia go już dzisiaj na pierwszym miejscu wśród wszystkich napastników polskich” - pisał z zachwytem „Sport”.
25 kwietnia 1948: Unia Chorzów - ZZK Poznań 2:0
Wszyscy pewnie kojarzą, że w czasach stalinowskich Ruchowi przymusowo zmieniono miano na Unię, ale warto też pamiętać, że przez chwilę, trochę wcześniej był też… Chemikiem. Właśnie pod koniec kwietnia Chemik, Drzewiarz i Leśnik połączyły się w Unię. Trudno mi więc rozstrzygnąć czy pierwszą ligową bramkę na Cichej Gerard Cieślik zdobył już dla Unii, czy jeszcze dla Chemika? A już poważnie - oczywiście, że dla Ruchu! Przy okazji symboliczny mecz pokoleń: dla gospodarzy oprócz młodej gwiazdy gola strzeliła też jeszcze ta przedwojenna, Teodor Peterek.
13 listopada 1952: Unia Chorzów - Ogniwo Bytom 7:0
Baraż o mistrzostwo Polski. Dla nieobznajomionych - Ruch grał z Polonią. To był hit, bo mecz pierwotnie miał odbyć się 9 listopada. Sędzia zarządził rozpoczęcie, mimo że śniegu było prawie po kolana i dziś piłkarze pewnie odmówiliby gry. Drużyny wiedziały jednak, że to ostatecznie sparing, ale kibice na trybunach nie. Dopiero gdy Kazimierz Trampisz schodził kontuzjowany z boiska krzyknął do kibiców Polonii, że to mecz towarzyski. Do powtórki doszło w czwartek o godz. 13.30 (kto dziś o tej porze rozgrywa najważniejszy mecz sezonu. Tak czy inaczej - spotkanie było jednostronne. „Chorzowianie zdobyli się niespotykane na naszych boiskach wyżyny kunsztu piłkarskiego”. Dla wielu to najlepszy mecz w wykonaniu Ruchu w latach 50. Cztery gole Cieślika, po jednym Alszera, Przecherki i Bochenka. A grało się wtedy w systemie 2-3-5! W rewanżu finału padł bezbramkowy remis. To był siódme mistrzostwo chorzowian.
26 lipca 1953: Unia Chorzów - Budowlani Chorzów 7:0
Ruch vs. AKS - ta rywalizacja rozpalała Śląsk jeszcze w latach 30. AKS stał władzy ością w gardle i staczał się po równi pochyłej. Nieszczęścia waliły się mu na głowę - rok później spadnie, w niewyjaśnionych okolicznościach spłonie przedwojenna trybuna na stadionie, gdzie dziś stoi centrum handlowe. Niemniej mecze z Ruchem najczęściej były zażarte i wyrównane. Nie tym razem. W upale „Niebiescy” roznieśli rywala. Cieślik zdobył hat trick, resztą bramek podzielili się: Pala, Mateja, Pohl (oczywiście nie Ernest) i Suszczyk. Ruch w tamtym sezonie zdobywał mistrzostwo po raz ósmy.
30 października 1960: Ruch Chorzów - Wisła Kraków 2:1
Stalinizm szczęśliwie minął, normalne nazwy wróciły. Trenerem w tym czasie był Węgier Janos Steiner, który ożenił się z sekretarką Ruchu i był mistrzem Polski z trzema klubami. Niestety, w trakcie sezonu - w wyniku komplikacji po operacji wyrostka robaczkowego - zmarł. Tłumy przyszły na pogrzeb. O dziewiątym tytule zdecydował mecz z Wisłą na koniec sezonu. Na trybunach zasiadło ponad 30 tysięcy widzów. Kiedy Wisła nieoczekiwanie objęła prowadzenie, a jednocześnie Legia strzeliła gola Polonii w Bytomiu, to w tym momencie mistrzem Polski byli stołeczni. Po przerwie wszystko się zmieniło. Niebiescy grali z wiatrem, wbili dwa gole (przy drugim rozbiły się soczewki bramkarza Wisły Leśniaka, na co dzień krótkowidza) i po raz dziewiąty zdobyli mistrzostwo. Asem tamtej drużyny, już bez Cieślika, był Eugeniusz Lerch. Mimo obecności milicji na boisko wbiegli kibice z transparentami i znieśli piłkarzy na rękach.
11 maja 1966: Ruch Chorzów - Górnik Zabrze 5:1
Nawet gdy Górnik przeżywał największe chwile świetności - na Cichej musiał uważać. W rundzie wiosennej sezonu 1965/66 niepokonany, pewny mistrzostwa, przyjechał do Chorzowa i zebrał straszne baty. Zwycięstwo chorzowian mogło wypaść jeszcze bardziej efektownie, gdyż od utraty następnych bramek uratował gości rezerwowy bramkarz Hubert Kostka, który w przerwie zmienił Jana Gomolę. „Sport” napisał, że było to… szczęśliwe 1:5 mistrza Polski. Wynik ten nie oddawał bowiem tego, co działo się na stadionie Ruchu w drugiej połowie! Od momentu zdobycia czwartej bramki, Górnicy przestali się liczyć jako przeciwnik. Istnieli tylko chorzowianie i mogli wygrać jeszcze wyżej. Jedyną bramkę dla gości zdobył Włodzimierz Lubański.
27 kwietnia 1968: Ruch Chorzów - Gwardia Warszawa 6:2
Decydujący o dziesiątym tytule mecz z Górnikiem został rozegrany na Stadionie Śląskim. Pierwotnie miał odbyć się przy Cichej, ale w ciągu zaledwie kilku dni sprzedano 40 tysięcy biletów, więc działacze zdecydowali się przenieść go na większy obiekt. Przy Cichej w tamtym sezonie też odbyło się jednak kilka niezapomnianych meczów, jak choćby ten z Gwardią. Cztery z sześciu goli Ruchu padły po uderzeniach głową, jednak ludziom utkwił w głowach fantastyczny lob Bronisława Buli. Brasil, Brasil!
26 listopada 1969: Ruch Chorzów - Ajax Amsterdam 1:2
W Pucharze Miast Targowych Ruch trafił na Ajax. Jeszcze nie wielki, wielki będzie za chwilę, ale z pewnością już bardzo silny. W Amsterdamie było 0:7, w rewanżu Niebiescy walczyli o honorowy rezultat. Jedynego gola strzelił Antoni Piechniczek. Mecz pamiętny dla Johanna Cruyffa. Holender nie do końca potrafił poradzić sobie z Jerzym Wyrobkiem. Kopał go bez piłki i wyleciał z boiska.
12 grudnia 1973: Ruch Chorzów - Honved Budapeszt 5:0
Nadeszła wspaniała era słowackiego Michala Vicana i dwa tytuły z rzędu. Niebiescy zaczęli rozbijać się w europejskich pucharach. Symbolem była miazga jednej z najlepszych węgierskich drużyn, Honvedu. Po zwycięstwie u siebie Węgrzy jeszcze przed meczem prosili gospodarzy, żeby wpakować im do samolotu kawior i szampana. Tak? Ruch strzelił gościom gola nawet z rzutu rożnego (Kopicera), a po meczu dostali od Ruchu… lemoniadę.
5 marca 1975: Ruch Chorzów – AS St.Etienne 3:2
Tego meczu w historii Ruchu szkoda chyba najbardziej. W ćwierćfinale Pucharu Mistrzów grał rewelacyjnie, prowadził z Francuzami 3:0, po bramkach Zygmunta Maszczyka, Jana Benigiera i Buli, ale końcówka im nie wyszła. Stracone gole zdecydowały, że w rewanżu chorzowianie odpadli.
12 maja 1979: Ruch Chorzów – Legia Warszawa 3:0
Niewiele wcześniej Ruch ledwo uratował się przed spadkiem. Trener Leszek Jezierski nie obiecywał cudów, ale jednak cud się zdarzył. Może cud nie o tyle, że niespodziewany trzynasty tytuł był zasłużony. Niebiescy w efektownym stylu - akurat na urodziny szkoleniowa - rozbili Legię, a potem wyprzedzili marzącą o pierwszym tytule nową siłę ligi - Widzew, z Bońkiem na czele.
28 czerwca 1987: Ruch Chorzów – Lechia Gdańsk 1:2
O tym meczu wszyscy w Chorzowie chcieliby zapomnieć, ale jednak się zdarzył… W barażach o utrzymanie bramkarz Janusz Jojko w 13 minucie wrzucił sobie sam piłkę do bramki. Ruch dwumecz z Lechią przegrał i pierwszy raz w dziejach spadł z ekstraklasy.
21 czerwca 1989: Ruch Chorzów – Górnik Wałbrzych 4:1
Triumfalny powrót Niebieskich i czternasty tytuł, ostatni, zdobyty przez beniaminka. Wspaniały, zdumiewający sezon, wystrzałowa forma Krzysztofa „Gucia” Warzychy. O tytule decydował ostatni mecz, z pogodzonym już ze spadkiem Górnikiem Wałbrzych. Nadkomplet na trybunach. Ruch nie wypuścił tej szansy, już do przerwy prowadził 3:0. Ludzie pamiętają jednak przede wszystkim o tym, co zdarzyło się po. Rozentuzjazmowani kibice wbiegli na murawę, interweniowała Milicja Obywatelska. Doszło do regularnej bitwy między kibicami, których bronią były rury do nawadniania murawy, a jednostkami ZOMO. Tak w Chorzowie skończył się komunizm.
A potem? Potem rozpoczęła się już epoka, którą dobrze znacie.
Paweł Czado