Chłopaki też płaczą
Miało być jubileuszowo, więc i radośnie. A będzie łzawo.
Co prawda to nie Real, a Bayern - ale też wielki klub, w meczu z wielkim Górnikiem na wielkim Stadionie Śląskim. Tyle że trzy lata wcześniej. Fot. Jerzy Bydliński / archiwum „Sportu”
Ze względu na rocznik, pierwsze moje świadome wzmożenia piłkarskie to genialny dla nas turniej España '82, na który kadra Pana Trenera (zabieg z wielkimi literami celowy – korekta nie poprawia!) Antoniego Piechniczka przebijała się przez pamiętną (dla mojego pokolenia) główkę „Krupnioka” w meczu z NRD na Stadionie Śląskim. Nie byłem na nim, bo... nie było komu zabrać nań dziewięciolatka; sąsiadowi z tej strony zazdroszczę futbolowej inicjacji z inicjatywy taty. Mój codzienną lekturę „Trybuny Robotniczej” kończył na przedostatniej stronie i nie mógł pojąć, co ciekawego można wyczytać na kolejnej, gdzie zamieszczano piłkarskie wyniki.
Dopiero parę lat później rodzice uznali, że dorosłem do momentu, by banką – z przesiadkami – samodzielnie wybrać się na chorzowski gigant. Tyle że w międzyczasie skończyła się nam era międzynarodowych sukcesów, której ostatnim świadectwem był awans na mundial w Meksyku, też wywalczony w Chorzowie. Mecz z Belgią widziałem, popłakałem się – nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Muniek Staszczyk 12 lat potem zaordynuje „Chłopaki nie płaczą” - z radości. Nie wiedziałem, że wkrótce na tych samych trybunach, z tymi samymi łzami (tyle że już goryczy) w oczach, bezsilnie obgryzać będę paznokcie...
„Baran, kompletny baran” - darł się obok mnie na trybunie Śląskiego gościu, wygrażając piłkarzowi Górnika. Może nawet nie wiedział, że tenże Baran się nazywa; w tamtym momencie liczyło się tylko to, że zabrzański napastnik od połowy biegł sam z piłką na bramkę wielkiego Realu i... zbaraniał w ostatniej chwili. Wandzik, Dankowski, Komornicki, Urban – jak równy z równym grali z mitycznym (nie było cyfrowej telewizji i youtube'a z highlightsami z meczów) rywalem, ale przegrali. Wyć się chciało...
Dariusz Leśnikowski
