Sport

Celebryta z czarno-białych zdjęć

Był legendą Górnika i jednym z najlepszych polskich koszykarzy. Dziś w Wałbrzychu pogrzeb Mieczysława Młynarskiego.

W połowie lat 80. upolowałem ten podpis od Mieczysława Młynarskiego... Fot. pp

W sobotę 28 czerwca o godzinie 13.00 w kościele pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu w wałbrzyskiej dzielnicy Podgórze rozpoczną się uroczystości pogrzebowe Mieczysława Młynarskiego. Zaraz po mszy odbędzie się pogrzeb na pobliskim cmentarzu. „Dla wielu pokoleń kibiców Górnika Wałbrzych Pan Mieczysław był postacią legendarną. Koszykarzem, o którym dziadkowie opowiadają wnukom. Teraz niestety nadszedł czas pożegnania naszej legendy, więc w tym dniu naszym obowiązkiem jest stawić się na pogrzebie Pana Mietka. Każdy z szalikiem Górnika na szyi. Jak za dawnych czasów, gdy nasi ojcowie i dziadkowie chodzili na halę dla Mieczysława Młynarskiego, tak teraz wszyscy wspólnie pożegnajmy naszą legendę. Zbiórka kibiców Górnika o godzinie 12.50 na boisku do koszykówki (ul. Poznańska, które znajduje się naprzeciwko kościoła). Mieczysław Młynarski - legenda na zawsze!” - czytamy na profilu Wałbrzyski Kocioł, prowadzonym przez szalikowców Górnika.

Wychowanek greckiego imigranta

Młynarski za życia stał się legendą wałbrzyskiego basketu. Z Biało-niebieskimi zdobył m.in mistrzostwo Polski, czterokrotnie był królem strzelców. „Dziś wraz z Panem Mietkiem jakaś część Górnika umarła na zawsze. Cześć Twojej pamięci, Legendo!” - napisali zaraz po informacji o śmierci kibice z Wałbrzycha.

Miałem okazję obejrzeć wiele występów Młynarskiego, głównie wtedy, gdy pojawiał się w Sosnowcu czy Bytomiu. Pamiętam wielkie mecze Górnika z Zagłębiem. To była rywalizacja polskich potęg, derbowe mecze górniczych piątek. Oglądałem je jako nastolatek z trybun hali przy Żeromskiego. W połowie lat 80. zespoły te spotkały się w wielkim finale. Mistrzem zostało Zagłębie, ale sporo krwi tradycyjnie napsuł miejscowym Młynarski. Rzucał z niesamowitych pozycji i zwykle trafiał. Po jednym ze spotkań udało mi się podejść do „Młynarza”, gdy wychodził z szatni. Uśmiechnął się, dał autograf i pomknął na swoje miejsce w autokarze.

Był wychowankiem greckiego trenera Takisa Kanculisa, imigranta, który uczył w jednej z podstawówek w Zgorzelcu. Kanculis wypatrzył go w meczach międzyszkolnych i ściągnął do swojej placówki.

Rekord z brodą

Młynarski na zawsze wpisał się do koszykarskich kronik niesamowitym rekordem. 10 grudnia 1982 roku w ligowym spotkaniu Górnika z Pogonią Szczecin zdobył... 90 punktów! „Do przerwy miałem na liczniku 46 punktów. I było to dla mnie w miarę naturalne, bo w pierwszej połowie często urywałem pod 30. Ówczesny rekord należał do Edwarda Jurkiewicza z Wybrzeża (84 pkt z Baildonem Katowice, 1970 rok) i w przerwie nasz kapitan Tadek Reszke rzucił hasło: „Młynarz, idziesz na rekord”. To mi nie pomogło, bo rywale zamiast mi odpuścić przeszkadzali. Ich trener wziął czas i przekazał, że wszyscy mogą trafiać, tylko ja nie. Na 3 minuty przed końcem wyrównałem już jednak wynik Jurkiewicza. Miałem zatem 3 minuty na jego poprawę. Utrudnieniem był brak rzutów za 3 punkty, a to były moje pozycje i mógłbym uzbierać 10-15 punktów więcej" - wspominał przed laty na łamach „Gazety Wrocławskiej”, a wspomniany mecz zakończył się zwycięstwem Górnika 133:109.

Młynarski miał również wielkie zasługi dla reprezentacji. W biało-czerwonej koszulce wystąpił aż 150 razy. Był dwukrotnym królem strzelców mistrzostw Europy, wziął udział we wszystkich spotkaniach reprezentacji podczas igrzysk olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Kilkakrotnie był powoływany do składu Gwiazd Europy. Wystąpił m.in. w pokazowych meczach Gwiazd Europy FIBA w 1981 roku, mając naprzeciw team Związku Radzieckiego, Joventut Badalona i reprezentację Turcji. 

Krnąbrny, bezczelny, niesforny

Osobny rozdział historii o Młynarskim to jego charakter. Zawodnik był bezkompromisowy, często bezczelny - na parkiecie i poza nim. Swego czasu Baildon Katowice budował mocny skład i zdecydował się na ściągnięcie Młynarskiego. „Sportowiec” informował, że „Młynarz” wziął zaliczkę 50 tysięcy złotych. „Za czteroletni kontrakt miał otrzymać jeszcze czteropokojowe mieszkanie, samochód, miejsce na studiach, etat z wynagrodzeniem minimum 10 tysięcy miesięcznie, kolejnych 50 tysięcy za podpisanie umowy i 200 tysięcy na zagospodarowanie nowego miejsca zamieszkania” - czytamy w tygodniku. Młynarski przed sezonem trenował w Katowicach, a gdy rozgrywki miały się zaczynać, przepadł jak kamień w wodę. Na inauguracyjny mecz przyjechał w składzie Górnika, zdobył 32 punkty, mając udział w jego zwycięstwie. Po czterech latach Baildon na drodze sądowej wywalczył zwrot pieniędzy. Tymczasem w innym sezonie sytuacja się powtórzyła. Młynarski tym razem zapałał miłością do Wisły Kraków. Ruszyła liga, a on nie grał. Ktoś go podobno widział jak kupował samochód w Belgii. Ostatecznie wrócił i znowu grał w swoim ukochanym Górniku.

Jarosław Jechorek, jedna z legend Lecha Poznań, były reprezentant Polski, zna wiele historii związanych z Młynarskim. - Jesienią 1987 lecieliśmy z Lechem na turniej do Delhi. Ponieważ kilka miesięcy wcześniej, doszło do katastrofy samolotu w Lesie Kabackim, loty długodystansowe były obsługiwane, przez TU-154. Wymuszało to dwa międzylądowania - w Burgas i w Dubaju. W Bułgarii Mietek wyszedł z toalety z zakrwawioną prawą dłonią, którą wycierał chusteczką. 

- Co jest?

- Jakiś Angol przyskrzynił mi palce drzwiami

- Poranił palce?

- Nie, dostał w nochal, bo mnie wyzywał.

W tym momencie z toalety wyszedł osobnik z klasycznym pomidorem zamiast nosa. Charakterny był „Młynarz”.

Pan wie kto grał z tym numerem?

Młynarski po zakończeniu zawodniczej kariery pracował jako trener. Zajmował się m.in. szkoleniem juniorów Górnika, przez dwa lata był asystentem trenera w ekstraklasie. - Jeśli pamięć po człowieku jest największą wartością, to pan Mietek dotarł swoją grą, wspomnieniem o nim do tak szerokiego grona, że na zawsze zostanie absolutną legendą. To wydaje się niemożliwe, by w czasach, gdy nie było transmisji telewizyjnych, kolorowej prasy, tylko czarno-białe zdjęcia, o internecie nie wspominając, osiągnąć status celebryty, o którym każda opowiadana historia była prawdopodobna i raczej nikt nie ważył się poddawać jej prawdziwości. Bo pan Mietek mógł wszystko, na boisku i poza nim. Przekazy były głównie ustne, z czasem, koloryzowane, ale to nie miało żadnego znaczenia - wspomina Daniel Puchalski, były koszykarz m.in. Górnika Wałbrzych, potem trener, wreszcie od 2004 roku ratownik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. - Czy mógł być ktoś, kto w Wałbrzychu nie słyszał o panu Mietku? Nie mówię o kibicach, bo to oczywiste. Myślę, że nie było takiej osoby. Jak grał najlepiej wiedzą tylko koledzy, których koszulki wraz z numerami wiszą pod sufitem hali. Mecze  wyjazdowe nie były transmitowane, ale jego gra nie sprowadzała się tylko do liczb, które wręcz onieśmielają. Numerów było kiedyś tylko 12. Pierwszą koszulkę dostałem w Górniku sezon lub dwa po odejściu pana Mietka do Lecha. Długo nie zdawałem sobie sprawy z wagi tej „12”. W tamtych czasach nikt tak jeszcze nie celebrował numerów, a mimo to, gdy graliśmy jakiś okazjonalny mecz w Prudniku, koszykarskim mieście, ale nie ligowym, podszedł do mnie starszy pan i spytał, czy wiem, kto grał z tym numerem w Górniku - z wielkim szacunkiem wspomina Puchalski.

(pp)