Ból
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Przyznaję: od lat jestem entuzjastą talentu Szymona Żurkowskiego. Kiedy wiele lat temu zobaczyłem go podczas ligowego meczu Górnika - od razu mnie oszołomił. Właśnie tak w piłce często jest: nagle pojawia się chłopak, o którym wcześniej nie słyszałeś, oglądasz go w akcji i nie wierzysz, w to, co widzisz. „Żurek” już za pierwszym razem zaimponował mi kilkoma cechami. Jedną z nich jest "wszędobylskość". Żurkowski jawił mi się w Górniku jak kiedyś - zachowując oczywiście proporcje – Zbigniew Boniek w Widzewie. Oto był "wolnym elektronem": bronił, atakował, kiwał, centrował, strzelał - a uderzenie z dystansu miał świetne. Wszystko miał świetne, wszędzie było go pełno i właśnie to bardzo mnie ujęło. Na murawie był aktywny, zadziorny, nigdy nie uciekał od gry, nie kalkulował, walczył do ostatniego tchu. Po prostu – uwielbiał grać w piłkę. Kiedy na niego patrzyłem, miałem głębokie przekonanie, że to uwielbia. Tak jak uwielbiają bajtle na placu.
Paradoksalnie właśnie to branie życia za rogi, zachłystywanie się grą, pójście na całość mogło - taką mam teorię - stać się przyczyną jego późniejszych kłopotów i – nie ma co ukrywać – wyhamowania kariery. Martwiło mnie z kolei, że często holował piłkę zbyt długo, w efekcie często leżał na boisku. Myślałem sobie, że ten efektowny, tak chłopięcy styl gry może narazić go na kontuzje. Stało się: szczęście i zdrowie opuściły chłopaka. Wierzę, że nie na zawsze, bo jego talent był, wierzę, że ciągle jest, wspaniały.
Żurkowski ma tego pecha, że urazy go nie opuszczają. Od sześciu lat jest we Włoszech, zdążył wystąpić w trzech klubach, choć pewnie nie tak wymarzył sobie ten pobyt. Tylko raz zagrał powyżej trzydziestu meczów w sezonie i tylko raz – powyżej dwudziestu (oba w Empoli). Rundę jesienną stracił przez uraz, wiosną zagrał pięć razy, teraz znów się leczy.
Zachwycił mnie jako dwudziestolatek, wyszkolony został w Gwarku, a w Górniku zaczynał w III-ligowych rezerwach. A potem, w ekstraklasie, pojawił się nagle i wyrwał drzwi razem z futryną. Przez dwa sezony oszałamiał swą wszędobylskością i wyjątkowo dojrzałą grą.
Marek Kasprzyk, były asystent Marcina Brosza w Górniku Zabrze, pracujący wtedy z Szymonem Żurkowskim, opowiadał mi kiedyś, że w Górniku sztab zwrócił uwagę na jego styl. - Był nieprzewidywalny: trochę w systemie, a trochę poza nim. To był zawodnik, który zawsze potrafił rywala zaskoczyć – mówił Kasprzyk.
Dziś Szymon Żurkowski ma 27 lat, Myślałem, że w tym wieku będzie miał jakieś 70 występów w reprezentacji Polski, tymczasem zaliczył ich... 7 i teraz o „Żurku” w kontekście kadry nikt nie myśli. O perypetiach Szymona pisze w dzisiejszym numerze Michał Zichlarz, piłkarz przebywa w Polsce, leczy się, także w Zabrzu.
Szczęście i zdrowie opuściły chłopaka, przepraszam, już przecież dojrzałego mężczyznę. Boli go, boli mnie. Wierzę, że przestanie, bo jego talent warto ratować. Tego uratowania - Państwu, sobie, a przede wszystkim Szymonowi Żurkowskiemu - życzę.