Bij!
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Czy jestem zwolennikiem przemocy na stadionach? Ależ... oczywiście.
Na stadionie można przeżyć dosłownie wszystko. W tym wypadku było tak: kiedyś siedziałem podczas ligowego meczu w otoczeniu kibiców niecodziennych - znaczy przychodzących na stadion nie codziennie, a nawet nie co miesięcznie - i bardziej starszych niż młodszych. Mój sąsiad po prawej mówił zaaferowany do kolegi, że "mecz na stadionie to jednak zupełnie co innego niż w telewizji", więc czujecie klimat.
Kiedy rozpoczęło się spotkanie dwa-trzy rzędy niżej - doszło do sytuacji zdumiewającej. Po odśpiewaniu klubowego hymnu stateczni kibice wokół mnie usiedli. Wyjątkiem był pewien łysy wyrostek w dresie, który siadać nie miał zamiaru. Zaraz za nim zajął miejsce starszy mężczyzna, który był... naprawdę starszy. Staruszek poprosił grzecznie młodziana, żeby usiadł. Ten odpalił, że to jego miejsce i może robić co chce, po czym z drwiącą miną odwrócił się lekceważąco. W efekcie kibic zamiast akcji piłkarskich miał przed oczami plecy i pośladki młodzieńca. Starszy pan prosił dresa jeszcze kilkakrotnie, podobnie jak jego sąsiedzi. Młodzian miał to jednak gdzieś. Stał. Stał. Stał. Było w tej scenie coś wyjątkowo odpychającego. To było chamstwo, które wręcz zapierało dech w piersiach, chyba wszyscy wokół czuli się zażenowani, zawstydzeni, zniesmaczeni... To był taki moment, że nawet zwykły człowiek, który o przemocy zazwyczaj słyszał jedynie w telewizji, ma ochotę dać w gębę. I zwykli ludzie na trybunach właśnie to poczuli. Daremne prośby w kosmos trwały jeszcze jakiś czas, ale potem zdarzyło się coś naprawdę niespodziewanego. Zatkało mnie! Nagle czyjeś rozczapierzone palce chwyciły dresa za kark i… wciągnęły w otchłań między rzędami.
Młodzian został przez pikników stłamszony, przeżuty, strawiony i ostatecznie wypluty. Opuszczał chyłkiem trybunę w niesławie, ale jednak w całości. Odgrażał się jeszcze; straszył kolegami i demonstracyjnie wystukiwał numer na komórce. Był żałosny, tym bardziej że ludzie przestali na niego zwracać uwagę. Kibiców obchodził już tylko mecz, wreszcie mogli się na nim skupić. Ośmieszony kark zrozumiał, że to koniec. Już nie wrócił.
To zdarzenie utwierdza mnie w przekonaniu, że zawsze warto znać stadionową topografię swojego ulubionego klubu. Uważam, że na trybunach powinno być miejsce dla wszystkich; dla ultrasów krzyczących bez opamiętania przez cały mecz; dla kobiet, które nie chcą narażać swoich synków na wywrzaskiwane zewsząd przekleństwa; dla nieprzepadających za ciągłym dopingowaniem kibiców, którzy wolą oglądać w skupieniu wydarzenia na boisku; nawet dla ziewających menedżerów pod krawatem, którzy wychodzą kwadrans przed końcem, żeby potem nie stać w korku pod stadionem. Miłość do klubu powinna łączyć ludzi różnego temperamentu, usposobienia i charakteru, ale miejsce na trybunach wręcz przeciwnie - niech ich dzieli. Niech na stadionie są miejsca, gdzie cały czas się wrzeszczy, podskakuje i nie wypada inaczej oraz miejsca gdzie siedzenie odrywa się od siedziska dopiero po ostatnim gwizdku. Tak jak flegmatyk nie pasuje do młyna, tak bezczelny dresiarz nie pasuje do sektora pikników. Nie ma rady: trzeba się dostosować. Jeśli wchodzisz między wrony musisz krakać tak jak one.
Fajnie, że kark mógł się o tym przekonać.