Sport

Baba w „Sporcie”

MÓJ SPORT

Lidia Nowakowa

Tak się jakoś złożyło, że postanowiłam pisać o sporcie. W dawnych latach był to dziw natury. Kobiet pracujących w tym fachu można było ze świecą szukać. Ale ja, wychowana w Krynicy, w domu, w którym na co dzień rozważano hokejowe możliwości KTH, mieszkająca 100 metrów od toru saneczkowego i dzięki temu mogąca - przez otwarte okno - wysłuchiwać doniesień z rozgrywanych na nim zawodów, miałam na ten temat inne zdanie.

Wielu ludzi to dziwiło. Kiedy jechałam na igrzyska do Calgary, jeden z takich „zdziwionych” nie mógł zrozumieć, że „baba” będzie stamtąd sprawozdawać. Nie przeszkadzało mu, że kobiety mogą zdobywać medale, ale pisanie o tym przez „babę” to było za wiele.

Bo dla wielu sport to męska rzecz. Im „baba” kojarzy się wyłącznie z garami, a niektórzy z tych „maczo” uważają, że najlepiej by było, gdyby te gary stały obok łóżka.

Ale na szczęście nie wszyscy. Jednym z nich był przyjmujący mnie do pracy ówczesny naczelny „Sportu” Andrzej Konieczny. Ostatecznym argumentem „za” było to, że byłam... „babą” właśnie. - Chyba ją przyjmiemy – oświadczył. - Nie będziemy tu przecież siedzieć, jak banda p... - tu padło określenie bardzo dziś niepoprawne politycznie.

Lidia Nowakowa