America Latina – raj nieutracony
Dlaczego Polska nigdy nie dogoni Brazylii? Powody są oczywiste.
W 2014 roku Brazylia marzyła o wygraniu mundialu u siebie i... przeżyła szok. Fot. Frame / Press Focus
Żeby futbolowe różnice w pełni pojąć, trzeba do Brazylii pojechać i zobaczyć ten fenomen. Pojechałem więc i... zrozumiałem wszystko.
Fla, Flu i… własna drużyna
Wiadomo, że Polacy uwielbiają piłkę nożną. Uwielbiają ją jednak głównie w… telewizji, choć – doceniam to – zaczynają wracać na stadiony – wystarczy spojrzeć na frekwencję podczas pierwszej kolejki ekstraklasy nowego sezonu. Z kolei Brazylijczycy uwielbiają ją nie tylko oglądać, ale przede wszystkim – i tu jest cała tajemnica – uwielbiają w nią grać. Tam nikt nie musi własnego dziecka wyprowadzać za ucho na plac, żeby pobawiło się z kolegami. Przekonałem się o tym podczas mundialu w 2014 roku. Poziom zaangażowania Brazylijczyków w futbol wręcz mnie zdumiał.
W Brazylii uczestniczyłem w czymś tak niezwykłym, że wcześniej nawet nie wyobrażałem sobie, że to w ogóle możliwe. Brazylijska wersja „against modern futbol” nie potrzebuje żadnych definicji, żadnych instytucjonalnych form – tym bardziej że tam nikt nie jest przeciw zawodowej piłce nożnej, wręcz przeciwnie – ona jest uwielbiana (Fluminense i Flamengo mają po 10 milionów zdeklarowanych kibiców, albo i więcej). Otóż jest… mimo niej!
Podczas pobytu w Brazylii zostałem zaproszony na zupełnie amatorskie rozgrywki zespołów z Santa Cruz, jednej z satelickich miejscowości 12-milionowego Rio de Janeiro, zgrupowanych wokół tego miasta jak miot wokół matki-rodzicielki – Santa Cruz znajduje się niespełna 50 kilometrów od stolicy. Zaproszony w charakterze… piłkarza! Tam wszystko było jakby poza instytucjonalną piłką. Mecze odbywały się na oparkanionym z jednej strony boisku, wykonanym przez jego właścicieli, gospodarzy i piłkarzy w jednym. Stworzyli sobie drużyny, które można uznać za… rodzinne, niektóre istnieją nawet kilkadziesiąt lat, grają w nich kolejne zaprzyjaźnione pokolenia. Właściciel drużyny o imieniu Telmo – do tego tytułu upoważniał go fakt, że zespół założył – miał w domu osobną pralkę, w której prał tylko stroje własnej piłkarskiej drużyny i żona się do tego w ogóle nie wtrącała! Na co dzień elektryk, prowadził drużynę od 48 lat i przez ten cały czas każda sobota stała się wręcz rytuałem, niezmienianym standardem.
Piłka i żylaki
Każdego tygodnia 67-letni wówczas Telmo jechał na to wspomniane niepełnowymiarowe boisko przy Estrada Garita Veridiana, na które też miałem przyjemność wbiec. Grało się tam w dziesięciu, bo placyk był mniejszy. Murawa nierówna, ale siatki w bramkach założone bardzo starannie. Nie ma lipy. A że nawierzchnia nierówna? Brylantowy brazylijski technik także dzięki temu nim jest!
Do dziś w głowie mam obrazek, jak przed meczem Telmo z nabożeństwem układa na trawie pachnące świeżością koszulki. Wszyscy zawodnicy zbierają się w barze pełniącym jednocześnie funkcję sklepu, gdzie można kupić szwarc, mydło i powidło. Prowadził go sklepikarz, niejaki Plaza. Plaza był zapalonym kibicem Botafogo, więc w każdym kącie sali pełno było pucharów i flag z herbem tego klubu (biała gwiazda na czarnej tarczy). Plaza miał posłuch, bo w dzieciństwie był trampkarzem Botafogo, a potem kopał piłkę na lewej pomocy w Campo Grande, dużej dzielnicy Rio (jakiś milion mieszkańców). Kiedy poznałem Plazę, ten już nie grał i miał na nogach mnóstwo żylaków. Nadal jednak żył futbolem całym swym jestestwem.
Kiedy przy Estrada Garita Veridiana zobaczyłem niektórych zawodników wysypujących się ze zjeżdżających zewsząd samochodów, początkowo chciało mi się śmiać. Pojawiło się mnóstwo facetów z brzuszkami, ale jednak… nie tylko. Byli też tacy, którzy na brzuchu mogliby ścierać marchewkę na obiad. Zamiłowanie młodych Brazylijczyków do siłowni, które wtedy zauważyłem, zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Kult umięśnionego ciała w tym kraju to zjawisko godne osobnego opisu.
Sprzedawca wody kokosowej
Telmo zaproponował mi, żebym zagrał w pierwszym, towarzyskim meczu. Zgodziłem się z entuzjazmem. Gdybym wiedział… Budziłem powszechne zaciekawienie. Koleś z Europy przyjechał, ciekawe, co potrafi. Spytałem, gdzie mam się ustawić, wskazali mi oczywiście lewą obronę… U rywali chodził tam na skrzydle synek młodszy ode mnie ze dwadzieścia lat, cholernie szybki diabełek. Ruszył na Polaka z impetem, przewiózł mnie kilka razy, puścił parę razy piłkę między nogami… Potężnej plamy chyba jednak nie dałem, najwyżej plamkę, ale grałem bez przerwy z otwartymi ustami. Po pierwsze dlatego, że było 30 stopni, a po drugie, bo nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.
W przeciwnej drużynie grał nie tylko Telmo, ale także 64-letni Nivaldo, bardzo serdeczny człowiek. Wymiatał na stoperze jak ligowiec. Potem okazało się, że nigdy nie grał w piłkę na poważnie. – Od wielu lat zarabiam na życie, sprzedając w centrum Santa Cruz wodę kokosową. Mam wózeczek z jej zapasem i jakoś sobie radzę – opowiadał. Inni zawodnicy po meczu zapraszali mnie na popijawę, ale Nivaldo radził, żebym jednak nie szedł. Nie warto... Nivaldo budził moją sympatię także dlatego, że jego zdaniem mistrzem świata miała być Argentyna. Czegoś takiego w ustach Brazylijczyka nie usłyszycie codziennie. Pomylił się zresztą nieznacznie, Argentyna zdobyła wicemistrzostwo…
Wystająca kość
Po naszym towarzyskim meczu zaczęły się oficjalne rozgrywki. W nich zagrać, jako zawodnik niezgłoszony, już nie mogłem, więc na lewej obronie wystąpił ponad… 80-letni Geraldo! Bez kitu: o-siem-dzie-się-cio-let-ni! Przyszedł wprost z domu przebrany w korki i strój Flamengo, któremu kibicuje od dziecka. Miał owinięte lewe kolano. Spytałem go, czy zagra. Skrzywił się, złapał mnie za rękę i wsadził pod bandaż. Wystawała mu tam jakaś kość! Puścił mój nadgarstek, uśmiechnął się, wstał i... wbiegł na boisko.
Zmierzam powoli do puenty, bo dla niej jest ta opowieść. Otóż po tych dwóch meczach zdałem sobie sprawę, że Polska nie ma żadnych szans kiedykolwiek dogonić Brazylię w najważniejszym ze sportów. Dlatego, że technika tych wszystkich mechaników, kierowców i sprzedawców wody z kokosa była, jest i będzie wręcz niewyobrażalna! Rozwaliła mnie już sama rozgrzewka, kiedy podawali sobie piłkę na jeden kontakt, a ona nie spadała na ziemię przez dłuższy czas. To chyba wynika z faktu, że murawa, na której grają, jest naprawdę nierówna. Kępki trawy przeplatają się z gołymi plackami ziemi. Na takiej murawie trzeba nauczyć się grać – efektem jest właśnie brylantowa technika...
Grabie, łopaty, kierownice na bok
Uczestnicy tych rozgrywek bardzo przeżywają mecze. Zawodnicy gestykulują i wrzeszczą, wygrażają sędziemu. Padają na kolana i wznoszą rozczapierzone dłonie do nieba, przewracając oczami. Rzucają z wściekłością koszulkami. Graja nadzwyczaj ostro, ale i w sprytny sposób potrafią uniknąć fauli. Nie mogłem uwierzyć, że żaden z nich nigdy nie grał poważnie w piłkę. Choćby taki Apelido Lobinho... Miał w pasie ponad 100 cm, a do góry najwyżej… 160 cm. Normalnie człowiek o takiej posturze jedynie się toczy. Tymczasem on zapieprzał po boisku z niezwykłą energią. U nas w amatorskich rozgrywkach byłby z pewnością prawdziwą gwiazdą. Zapisałem sobie wtedy ksywki pozostałych graczy, którzy co tydzień rzucają grabie, łopaty czy kierownice po to, by zmienić się tutaj w artystów: Mathias, Renner, Pico, Angelo, Leo, Duca, Carinha, Deivid, Marcelinho, Ruam, Cesinha, Romulo, Mimo, Julio, Carinha, Gringo („ja też jestem gringo, tyle że stąd” – śmiał się do mnie), Rene (zdaniem Nivaldo w miarę duży talent, bo „prawdziwie dużych już nie ma”), Dula, Ruan i Fogueiro. Jakie fajne chłopaki…
Gołymbie po brazylijsku
Przy okazji: warto wspomnieć o niecodziennej... słabości Brazylijczyków, chyba równie silnej, co futbol. Naprawdę uwielbiają to równie mocno. Tę słabość dobrze zrozumieją zwłaszcza na Górnym Śląsku przede wszystkim ludzie starszej generacji. Tu przecież „kocha sie gołymbie”, a obiektem zauroczenia są zwłaszcza kanarki, ale nie tylko. Wielkim miłośnikiem ornitologii był choćby Garrincha, którego ksywka pochodzi przecież od ptaka. Usłyszałem w Brazylii, że trzymał je w klatkach. Myślałem, że to jakaś ekstrawagancja gwiazdy, ale jedyną ekstrawagancją jest myśleć, że to… ekstrawagancja! Otóż ptaki to w Brazylii hobby młodych i starych. Telmo trzymał u siebie osiem ptaków, choć klatek miał dwa razy tyle. – Kiedy go poznałam, miał setki ptaków – śmiała się jego żona, Susite. Pytam Telmo, czy ma w kolekcji... garrinchę. – Garrincha?! Nieee… – wzruszał ramionami Telmo. – Tego ptaka wszędzie pełno – pokazywał na drzewa, gdzie harcowały stworzenia przypominające wróble. – Kto by to trzymał?
Pieniądze nie są napędem
Wróćmy do piłki. Pomyśleć, że takich amatorskich rozgrywek, w których, powiedzmy, uczestniczyłem, w obrębie kilkudziesięciu kilometrów wokół Rio były, są i będą dziesiątki, a może i setki... Nikt tym ludziom za to nie płaci, za to oni płacili cotygodniowe składki w wysokości 2 reali (wtedy to było, jak obliczałem, 2,60 zł). Oni po prostu to kochają. Nie robią tego dla pieniędzy, nie robią dla profitów. Robią to w swej masie – dla siebie.
Właśnie dlatego nigdy ich nie dogonimy.
Paweł Czado