Sport

Ależ zamieszanie!

Zarząd ligi francuskiej wraz z prezesami klubów Ligue 1 stworzą własną platformę do transmisji meczów.

Ligue 1 w ciągu pięciu lat pokazywało kilku nadawców. Fot. DIDES FREDERIC/SIPA/PressFocus

FRANCJA

Zachłanność, skok na kasę, zdrada i procesy sądowe – tak w skrócie można opisać to, co się dzieje we francuskim futbolu. W tle są prawa do transmisji meczów najwyższej krajowej ligi. Zaczęło się w 2019 roku, kiedy przetarg wygrała platforma Mediapro (dwa mecze w kolejce transmitować miał także Canal+). Chiński inwestor namieszał na rynku i się… przeliczył. Do tego stopnia, że miał być rekordowy kontrakt telewizyjny, a skończyło się bankructwem. Niektórzy uważają, że spowodowała to zachłanność Francuzów, którzy od dawna marzyli, żeby wpływy ze sprzedaży praw telewizyjnych osiągały kwoty podobne do innych lig TOP 5 – między innymi włoskiej czy niemieckiej. Nie wzięli jednak pod uwagę, że Ligue 1 cieszy się mniejszym zainteresowaniem. Rykoszetem dostały kluby, które w planowane budżety wpisały kwoty za prawa telewizyjne i... nigdy ich nie zobaczyły. Ligue de Football Professionnel (LFP) wolała pójść z Chińczykami na ugodę, ponieważ w umowie nie zawarto żadnych gwarancji finansowych w przypadku przedwczesnego zerwania kontraktu! W takiej sytuacji prawa sprzedano najpierw Canal+, ale na kolejne lata Amazonowi za raptem... 250 mln euro. Partner, który we Francji rodzimą ligę pokazywał od 1984 roku, poczuł się urażony i zdradzony, ponieważ za wspomniane dwa mecze w kolejce płacił aż 330 mln euro, odmówiono mu także renegocjacji tego kontraktu.

Przy przetargu na lata 2024-2029 tłumów chętnych nadawców nie było. LFP znowu chciała zrobić skok na kasę i szukała kupca gotowego wyłożyć ponad 750 mln euro za sezon. Canal+ nie przystąpił do przetargu, podobnie jak Amazon Prime, który nie zdołał zarobić na transmisji spotkań. Ostatecznie na kilkanaście dni przed startem nowego sezonu zdecydowano się na ofertę DAZN za 400 milionów euro, a jedno spotkanie miała pokazywać także katarska telewizja beIN Sports. Gdy wydawało się, że sytuacja się unormowała, w lutym tego roku doszło do kolejnego trzęsienia ziemi. DAZN pozwało Ligue 1, żądając odszkodowania w wysokości ponad 500 milionów euro, zarzucając lidze nieuczciwe przedstawienie wartości praw telewizyjnych i brak walki z piractwem. Ostatecznie po zakończeniu poprzedniego sezonu doszło do rozstania. Zamiast pięciu lat owocnej współpracy, przyszedł rozwód po zaledwie jednym sezonie. Oba podmioty ostatecznie dogadały się: platforma miała zapłacić odszkodowanie w wysokości 100 milionów euro i uiścić dwie zaległe płatności o łącznej wartości 140 milionów euro.

Nic więc dziwnego, że prezesi klubów Ligue 1, zarząd Ligue de Football Professionnel i Komitet Nadzorczy LFP Media podjęli decyzję, o której myślano już przed startem poprzednich rozgrywek. Utworzona zostanie własna platforma telewizyjno-cyfrowa przeznaczona do transmisji meczów najwyższej francuskiej ligi. W każdej kolejce na żywo pokazywanych będzie osiem spotkań. Ponadto na niedzielne wieczory przewidziano magazyn podsumowujący daną serię gier. Jedynie starcie odbywające się w sobotę o godzinie 17:00 ma pokazywać BeIN Sports.

Problemy już się jednak zaczynają, ponieważ na razie nie ma chętnych na dystrybucję treści z nowej platformy. Powodem kolejna, ostra gra LFP, która znów liczy na dobre pieniądze z tego tytułu. Canal+ ogłosił bojkot, rozmowy mają jednak trwać z dostawcami usług internetowych: Free Mobile, Orange i Societe Francaise de Radiotelephonie oraz serwisami DAZN (platforma zachowała prawo do współpracy podczas ugody przy przedwczesnym rozwiązaniu kontraktu) i Amazon Prime Video.

Miłosz Cebo