Ale co potem, trenerze?
CZADOBLOG - Paweł Czado
Piłka się zmienia, w tym ociekającym truizmem haśle jest jednak mnóstwo prawdy. Można wziąć na tapet przeróżne aspekty, tym razem chcę przede wszystkim zastanowić się nad rolą trenera ligowego w polskich realiach. Kiedyś cel stawiany przed takim szkoleniowcem był jasny i prosty - miał zrobić wynik. Tego oczekiwali pryncypałowie, tego oczekiwała miejscowa społeczność. Było to jasne, proste i oczywiste. Dziś trener działa jednak w znacznie bardziej skomplikowanych warunkach. Dziś piłka to biznes i to ten kolejny już truizm dobitnie ustawia całą rzeczywistość. Większość klubów działa w warunkach, gdy wokół nie kłębią się wcale bogaci inwestorzy lub właściciele, którzy nie muszą dbać skrupulatnie o rozliczenia, nie muszą liczyć się z forsą, którą wkładają, bo mogą wkładać ją do znudzenia. Inwestor, który żąda jedynie zwycięstw i chwały to skarb. Skarb z bajki, bo dziś klub musi często (albo bardzo często) przede wszystkim umieć... samemu o siebie zadbać.
Jak to? Co to właściwie znaczy? To proste jak budowa cepa. Właściciele oczekują, że będzie się współfinansować. Paradoks - same zwycięstwa wtedy nie są mile widziane. Zwycięstwa powodują przecież zwiększenie oczekiwań związanej z klubem społeczności. To w jakiś sposób może stać się problemem, bo te można najczęściej spełniać jedynie przez polepszanie kadry. A to kosztuje! I tak w kółko... Skąd na to brać pieniądze, gdy właściciel ogląda każdy grosz? No właśnie... Zamiast zarabiać trzeba wydawać. Nieeeee... To nie przejdzie. Z punktu widzenia takiego klubu to problem. Dlatego najważniejszy nie jest sukces, czy nawet osiągnięcie. Najważniejsze jest to, jak je zmonetyzować, czyli – co potem. To bardzo smutne co napiszę, ale tak uważam i właśnie dlatego w cenie są trenerzy, którzy nie tyle wygrywają, co… promują. Znaczy sprawiają, że zawodnicy w ich drużynach rozwijają się, są coraz lepsi, a przez to coraz drożsi. Można ich sprzedać, żeby klub dalej mógł działać jak działa. Nie ma co się na to obrażać. Skoro piłka stała się biznesem, zawsze jedne kluby, te których działaczy Midas nie pocałował w czoło, działają na korzyść tych, których Midas jest właścicielem. Oczywiście zdarzają się takie, które udają, że Midas jest ich właścicielem. Albo Midas jedynie... udaje, że jest Midasem. Nie warto się tak bawić, bo taka podróż zawsze, prędzej czy później, kończy się zderzeniem ze ścianą. Zostają potem jedynie płacz i zgrzytanie zębów...
Dlatego w obecnych czasach najbardziej ceniony ligowy trener to taki, który wie, czego się od niego oczekuje i potrafi sobie poradzić ze świadomością, że bliżej mu jednak do Syzyfa niż do Midasa. Musi tak trenować piłkarzy, żeby jego zespół stawał się coraz lepszy. Niby po to, żeby wygrywać, ale tak naprawdę, żeby wychować zawodnika, a najlepiej zawodników, którego/których można sprzedać potem za duże pieniądze. To bardzo trudna ścieżka. Trzeba bowiem mieć oczy naokoło głowy. Wyławiać bowiem nie tylko talenty, które mogą za chwilę zastąpić odchodzących podstawowych graczy, ale... dostrzegać także talenty, które zastąpią talenty, bo te za chwilę, czasem po ledwie jednej dobrej rundzie – też od razu mogą zostać sprzedane! Zgodzicie się chyba, że taki szkoleniowiec musi mieć świadomość, że nigdy nie skończy swego dzieła. Ono zawsze będzie w trakcie, bo co pół roku trzeba będzie zaczynać od nowa. Albo na nowo budować drużynę, ale przynajmniej zgrywać na nowo jakąś jej formację. Zawsze będzie jak Syzyf, który przez pół roku (czyli rundę) wpycha głaz na szczyt nie tyle ze świadomością, że głaz mu się wyślizgnie, bo to oczywiste, ale ze świadomością, że za pół roku jeśli będzie żarło, to ten głaz może być większy... Zawsze się jednak stara, bo to jednak i tak lepsze niż gdyby mieli mu przerwać w połowie szczytu i… zastąpić go innym Syzyfem. Syzyf za to, że jest Syzyfem, dostaje przecież pieniądze. A gdy jest się dobrym Syzyfem, z rosnącą renomą - można się... cenić!
