Sport

Afrykańskie miliony w Europie

Wielkie kluby Starego Kontynentu zarabiają na współpracy z biednymi państwami.

Od tego sezonu Barcelona będzie czerpać ze wsparcia prosto z Afryki. Fot. IMAGO/PressFocus

Organizacja Narodów Zjednoczonych regularnie publikuje listę państw według wskaźnika rozwoju społecznego (znanego jako wskaźnik HDI, Human Development Index). Mierzy się średnią długość życia, procent analfabetyzmu społeczeństwa, poziom edukacji i standard życia. Na tej podstawie tworzy się swoistą klasyfikację 193 państw, z której możemy się dowiedzieć, które są najbardziej, a które najmniej rozwinięte społecznie. Ostatni raz taka lista została opublikowana w 2023 roku. Z niej wynikało, że najbardziej rozwinięta jest Islandia, która wtedy wyprzedziła Szwajcarię i Norwegię, a na dnie zestawienia jest Południowy Sudan. Na 159. miejscu znajduje się Rwanda. To afrykański kraj, w którym szacuje się, że około 40 procent ludności (Rwandę zamieszkuje niecałe 14 milionów ludzi) żyje w skrajnym ubóstwie. Od lat państwo to otrzymuje miliony (a nawet miliardy) dolarów pomocy z różnych stron.

A czemu to takie ważne? Bo władze Rwandy płacą ogromne pieniądze klubom piłkarskim, żeby promować turystykę w swoim kraju. Pieniądze z Rwandy otrzymują Arsenal, Paris Saint-Germain, Bayern Monachium, a od niedawna także Atletico Madryt. To wywołuje ogromne emocje na forum politycznym. Gdy „Visit Rwanda” stawało się sponsorem Kanonierów (podobno Arsenal ma zarobić na tej współpracy 30 milionów funtów!), angielscy politycy oburzali się, że rząd Rwandy powinien zająć się zwalczaniem biedy, a nie wspieraniem klubów sportowych, żeby promować turystykę. Rządzący afrykańskim krajem bronią się, mówiąc, że umowy z klubami sportowymi przyniosą zysk, dzięki czemu kraj będzie się mógł rozwijać. Może coś w tym jest, ale na razie Rwandzie daleko do wielkich letnich kurortów – nie może nawet porównywać się do Tanzanii (przychód Rwandy z turystyki w 2024 roku wyniósł 647 milionów dolarów, z kolei Tanzanii ponad 3 miliardy).

Jak się okazuje, nie tylko Rwanda przymyka oko na zaspokojenie tu i teraz najważniejszych potrzeb, które leżą u podstaw piramidy Maslowa (wyznacza hierarchię potrzeb, wśród których najważniejsze są fizjologiczne i bezpieczeństwa), swoich obywateli, bawiąc się w sponsoring klubów sportowych. W jej ślady poszła Demokratyczna Republika Konga. Według wskaźnika HDI jest to 171. państwo świata. W 2024 roku ponad 70 procent mieszkańców DR Konga (ten kraj ma ponad 105 milionów mieszkańców) żyło za mniej niż 2,15 dolara na dzień (dane Banku Światowego). Prawie 70 procent ludności nie ma dostępu do wystarczającej ilości żywności (Food Security Portal). To państwo, w którym mieszkają skrajnie ubodzy ludzie, w wielu przypadkach bez dostępu do wody i pożywienia, zdecydowało się na rozpoczęcie współpracy z Barceloną. Blaugrana w mediach społecznościowych opisała współpracę, podkreślając, że ma ona na celu promocję piłki nożnej, kultury, sportu i pokoju. W porozumieniu z kongijskimi klubami Duma Katalonii ma wspierać talenty z DR Konga, a na koszulkach Barcy przez najbliższe cztery sezony ma być umieszczony nadruk „R.D. Congo - Coeur d’Afrique” (DR Konga – Serce Afryki). Wszystko ładnie i pięknie opakowane tak, jak by klub chciał pochwalić się inicjatywą charytatywną. Szkoda że nie zająknięto się o tym, że rząd DR Konga zapłaci Barcelonie za tę współpracę 40 milionów euro przez najbliższe cztery lata…

Na Spotify Camp Nou, gdy w końcu zostanie ukończony remont tego stadionu, ma powstać wystawa o DR Konga. Ma pokazywać „różnorodność kongijskiego dziedzictwa kulturowego i sportowego”. Ciekawe, czy na wystawie będzie informacja, kto za nią zapłacił i czy pojawią się jakiekolwiek prawdziwe informacje na temat tego, w jakich warunkach żyje większość Kongijczyków.

Kacper Janoszka