Sport

Afrykańska gazela

W Lublinie zeszłoroczny beniaminek starł się z obecnym. Arka wyglądała jak… schowana głęboko w magazynie przez Indianę Jonesa.

Mbaye Ndiaye będący przekleństwem Arki i próbujący go powstrzymać Dominick Zator. Fot. PAP/Wojtek Jargiło

Ekstraklasa potrafi zadziwić. Tendencja jest taka, że gdziekolwiek się pojawia - walą na nią tłumy, ale eleganckie, wypełnione do cna stadiony nie zawsze czują spełnienie. Mecz w Lublinie był właśnie taki: generalnie byle jaki… Niemniej dla tej jednej rozstrzygającej akcji warto było na tym stadionie się pojawić. Dzięki niej publika opuszczała lubelski stadion zadowolona.

Chyżonogi Senegalczyk

To były derby żółto-niebieskie, bo takie są barwy obu klubów. Motor zaczął bardziej na niebiesko więc Arka – bardziej na żółto. Od początku wyróżniał się biegający jak nakręcony Senegalczyk Mbaye Ndiaye - akurat nim matki straszą zapewne małe dzieci w Gdyni, bo to przecież on odebrał Arce ekstraklasę rok temu! Gdyński rywal więc dobrze mu się kojarzy. Chyżonogi napastnik Motoru chodził po skrzydle jak burza, szarżował niczym gazela. Właśnie on zdobył po przerwie gola, który zmienił postrzeganie tego meczu. Po znakomitym przeszywającym podaniu Wolskiego, który zachwycił podcinką, piłkę przejął Ndiaye i przywalił niczym Argentyńczyk Mario Kempes Janowi Tomaszewskiemu na mundialu w 1978. Piękny gol!

Jednocześnie mecz w Lublinie był sztandarowym przykładem tendencji w obecnej ekstraklasie. Kiedyś na czymś, co z trudem można było nazwać stadionem przy byle jakiej widowni – brylowali piłkarze. Dziś stadiony ekstraklasy są wystrzałowe, wypełnione, ale proch na murawie zmoknięty. W Lublinie było właśnie mokro, mecz rozpoczął się w ulewie i jakby… zalał fajerwerki. W pierwszej połowie ledwie jeden celny strzał wyraża tę moc frustracji oglądających.

Klątwa nie została przełamana

Druga połowa był na szczęście lepsza. Po stracie bramki Arka próbowała coś zdziałać, ale było jakby przejął ją Indiana Jones i zapakował głęboko w magazynie… Motor mógł zamknąć mecz, ale boczny obrońca Krystian Palacz efektownym strzałem trafił w poprzeczkę. Arka oddała parę strzałów w końcówce, ale nic z tego nie wynikło.

Satysfakcja była po stronie asystenta Przemysława Jasińskiego, który nominalnie prowadził zespół gospodarzy, bo zawieszony pierwszy trener Mateusz Stolarski siedział na trybunach. Szkoleniowcy byli w kontakcie telefonicznym. Goście? Klątwa nie została przełamana: w zeszłym roku Motor w efektownym, pamiętnym stylu wywalczył awans właśnie kosztem Arki, gdynianie musieli zaczekać rok, by zmazać plany. I… nie zmazali.

(pacz)

OCENA MECZU ⭐ 

  Motor Lublin – Arka Gdynia 1:0 (0:0)

1:0 – Ndiaye, 50 min (asysta Wolski)

MOTOR: Tratnik 6 – Wójcik 6, Najemski 7, Matthys 6, Palacz 7- Łabojko 4 (66. Samper 1), Wolski 8, Scalet 6 (75. Rodrigues 1) – Król 5 (66. van Hoeven 2), Simon 3 (46. Dadashov 4), Ndiaye 8 (90.+5 Haxha niesklas.). Trener Przemysław JASIŃSKI. Rezerwowi: Brkić, Mever, Bartos, Ede, Luberecki, Stolarski, Lewandowski.

ARKA: Węglarz 5 - Zator 3 (46. Navarro 3), Marcjanik 5, Celestine 5, Abramowicz 5 – Nguiamba 3 (63. Jakubczyk 1), Sidibe 4, Kerk 4 (70. Predenkiewicz 1) – Gaprindaszwili 4, Vitalucci 3 (63. Sobczak 2), Kocyła 3 (63. Oliveira 1). Trener Dawid SZWARGA. Rezerwowi: Grobelny, Hermoso, Navarro, Stolc, Perea, Percan.

Sędziował: Bartosz Frankowski (Toruń) - 7. Asystenci: Jakub Winkler (Toruń), Dawid Golis (Skierniewice). Czas gry 98 min (47+51). Widzów 14718. Żółte kartki: Dadashov (71. faul). Palacz (90.+2. faul) - Celestine (52. faul), Sidibe (56. faul), Jakubczyk (68. faul), Gaprindaszwili (82. faul).


MÓWIĄ LICZBY
MOTOR  ARKA
60  posiadanie piłki  40
5  strzały celne 1
12  strzały niecelne 9
9 rzuty rożne  8
3 spalone  3
13 faule  10
2  żółte kartki 4