Znowu jestem na froncie!
Rozmowa z Rafałem Górakiem, trener GKS-u Katowice; jego podopieczni jako pierwsi rozpoczęli przygotowania do nowego sezonu ligowego i pucharowego
Rafał Górak ze spokojem czeka na wyniki dzisiejszego losowania. Fot. Tomasz Błaszczyk / GKS Katowice
Bywali w przeszłości trenerzy ligowych drużyn, którzy puchary nazywali „pocałunkiem śmierci”. Nie ma pan obaw przed grą na kilku frontach?
- Nie. Dla mnie to jest niesamowita historia. Jako piłkarz całe życie powtarzałem sobie, że przebiję mój sufit, jeśli zagram w ekstraklasie. I udało się nie tylko zagrać, ale nawet wyprowadzać zespół na boisko w roli kapitana. Trochę podobnie było z moją pracą trenerską. U mojego boku wypływali w świat fajni, młodzi trenerzy, docierali do ekstraklasy. A ja zawsze w tej ekstraklasie byłem zakochany. „Co ze mną jest nie tak, że nikt nie dzwoni?” – zastanawiałem się czasami. Ale też był drugi wewnętrzny głos, który mówił: „Wszystko jest OK. W ekstraklasie grałeś jako 29-latek, to widocznie jako trener jeszcze musisz chwilę poczekać. A najlepiej wywalczyć ją sobie samemu”. Oglądałem ją w TV albo z trybun, z krnąbrną myślą: „Przecież ja bym nigdy z tej ekstraklasy nie spadł”. No i kiedy dwa lata temu, po wygranej w Gdyni, stanąłem na środku boiska, to przyszła mi do głowy myśl: „Cwaniak jesteś i fachowiec, k***a. No to teraz będziesz mieć okazję do spadania” (śmiech). Nie spadłem, a teraz mam okazję zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem. Dlatego, kiedy słyszę o tych „pocałunkach śmierci”, to mam w odpowiedzi jedną myśl: „Znowu jestem na froncie!”. Poprzeczka dla mnie znów zawieszona jest ciut wyżej. Może być tak, że kiedyś jej nie przeskoczę, ale tego, gdzie dziś jestem z GieKSą, nikt mi już nie zabierze.
Ta poprzeczka nie jest zawieszana, pan nie przychodzi „na gotowe”. Sam ją pan sobie dźwiga z sezonu na sezon!
- Pamiętam sprzed lat walkę Siergieja Bubki z poprzeczką. Przeskoczył 6 metrów i potem podnosił ją sobie po centymetrze, coraz wyżej. Teraz do samo robi Armand Duplantis. Mam nadzieję, że będę kimś takim, jak oni. Piłka, moje w niej losy, pokazała mi, że nie ma rzeczy niemożliwych. Czuję się silny: silny moją drużyną, moją szatnią, moim sztabem. Oczekiwania i nadzieje chłopaków są duże, a ja mam im służyć pomocą, dać im „serwis”, by je mogli realizować. Dziś mam poczucie, że możemy więcej i więcej.
W pucharach też?
- Dawno już przestałem z kibicami polemizować, jakie powinny być cele GieKSy na przyszły sezon. Zaczynamy grać na trzech szczeblach. Jeżeli któryś z fanów uważa, że któreś z tych rozgrywek przegramy, nie powinien chodzić na mecze! Nie wierzę, że reprezentacja jednego czy drugiego kraju nie pojechała na mundial, żeby tylko zagrać, a nie wygrać. Piłkarze z Wysp Zielonego Przylądka zdawali sobie sprawę, że nie wygrają z Hiszpanią, ale czy nie mogli mieć marzeń, skoro na tym turnieju już są?
No dobra, ale nie może pan wyjść do pierwszego meczu pucharowego i powiedzieć: „Mam marzenia”. Musi pan dać chłopakom konkretny sposób, jak wygrać z rywalem; niezależnie od tego, kto nim będzie.
- Nie będę dzisiaj fantazjować, że wygramy puchar. Ale w gwiazdy wciąż mogę patrzeć i chcę marzyć. Bo te marzenia są oparte o pracę, którą od lat wykonujemy. Co z niej wyniknie? W piłce zdarza się dużo nieprzewidywalnego; dla nas to piąte miejsce też było przecież nieprzewidywalne. A zadanie na boisku jest bardzo konkretne: dobrze grać. Wierzę, że to pozwoli GieKSie zachować ekstraklasę dopóty, dopóki będę tu pracować.
Wrócił pan do tematu ekstraklasy. A kibice dziś żyją pucharami, ich losowaniem!
- Ja teraz nie powiem, co jesteśmy w stanie w nich zrobić. Natomiast fakt, że jesteśmy w europejskich pucharach po 23 latach, powinno być ogromną wartością dla wszystkich. Jest nowy stadion, tętni życiem, jest naprawdę energetyczny, dzięki kibicom ma duszę, co nam bardzo pomaga. Mamy siłę, ale w Europie jednak będziemy żółtodziobem. Totalnym żółtodziobem. Na pewno wyciągniemy z tych rozgrywek ogromną wiedzę i doświadczenie. Sportowo nie składam jednak żadnych deklaracji poza tą, że zawodnicy wyjdą na boisko i im się nie ugną nogi, że stworzą widowisko niezależnie od rywala. Zdaję sobie sprawę, że możemy trafić na kogoś, kto nas zmiecie z ringu. Chłopcy mogą ulec, mogą przegrać – to tylko sport. Ale wiem, że zejdą „na czterech”. Będziemy gotowi na walkę!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
