Zmieniam zdanie
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Jak wiadomo – tylko krowa nie zmienia poglądów. Krowy są fajne, ale nie pójdę ich drogą... Wszystko za sprawą... Argentyny. Od przedwczoraj obowiązuje nowa reguła w tamtejszej piłce nożnej. Otóż... stawanie na baczność na piłce podczas ligowych meczów piłkarskich będzie odtąd zabronione jako niesportowe zachowanie, jako wyraz braku szacunku dla rywala. Jeśli jakiś zawodnik to zrobi, otrzyma żółtą kartkę, a drużyna przeciwna zostanie nagrodzona rzutem wolnym pośrednim.
Zdziwiło mnie to, początkowo byłem przeciwny temu rozwiązaniu. Takie zagrania w przeszłości miały już miejsce, traktowałem to jednak jako wyraz pewnej niedojrzałości piłkarza, który chce się popisać, ale przecież nikomu krzywdy nie robi. Moim zdaniem, jeśli ktoś jest wariatem, decydując się tak tanią zagrywkę pod publiczkę, to wie, co robi i wie, co może go zaraz spotkać ze strony rozsierdzonych rywali. Są ważniejsze sprawy w futbolu do naprawy, a to jedynie klasyczna duperelka, która może wywołać najwyżej uśmiech lub grymas politowania (co kto woli).
To zagranie zyskało rozgłos w Argentynie dzięki pomocnikowi Valentinowi Barco, dziś piłkarzowi Strasbourga, który wykonał je w półfinale Copa Libertadores w 2023 w meczu Boca Juniors przeciwko Palmeiras. To zagranie wtedy zostało przez niektórych uznane za techniczny wyczyn, a przez innych skrytykowane jako prowokacja. Brazylijczycy zakazali go w 2025 roku, Argentyńczycy początkowo nie, ale zmienili zdanie po niedawnych wydarzeniach w meczu pomiędzy Estudiantes La Plata i Union Santa Fe, w którym pomocnik Julian Palacios wykonał podobny manewr. Ten wywołał natychmiastową reakcję ze strony przeciwników i wytworzył na tyle napiętą atmosferę, że pod koniec doszło na boisku do zamieszek.
Ostatecznie do zmiany zdania przekonał mnie Szymon Kapias (wywiad z nim tuż obok tego tekstu). Uważa on, że takie zachowanie może wywołać znacznie więcej szkód, niż jest warte, a warte jest przecież nic. Jego zdaniem to zwyczajny brak szacunku dla przeciwnika, a reperkusje mogą być znacznie większe, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Jak w meczu Estudiantes - Union. Kapias uważa, że pozwalanie przez arbitra na takie zachowania „powoduje meganapięcia i zagrożenie totalnym chaosem”. Może być tak, że zaraz ktoś komuś złośliwym, brutalnym wejściem może zrobić krzywdę i to nawet nie sprawcy tego zamieszania, ale jakiemukolwiek jego koledze z drużyny, bo w takich sytuacjach wściekłość powoduje, że przeciwnik się zlewa i zaciera, najgorzej ma ten najbliżej. Mecz potrafi się wtedy tak zaostrzyć, że może wymknąć się spod kontroli arbitra. Okazuje się, że sprowokowani takim zachowaniem piłkarze potrafią być jak rozjuszone byki, które mogą nieszczęśnikowi w pobliżu przebić rogiem brzuch. Kiedyś ojciec, Jerzy Kapias, który był piłkarzem GieKSy w latach 1982-89, opowiadał Szymonowi, że w ten sposób popisać chciał się w meczu z nimi piłkarz Widzewa. No i, aparat, dostał żółtą kartkę. Dlaczego? Cóż, stawanie na piłce to nie jest to samo co założenie siatki, udany drybling czy rabona, czyli kopnięcie piłki dokonane za pomocą ruchu nogi kopiącej za nogą stającą (w takich zagraniach celował zwłaszcza Diego Maradona). To są prawdziwe umiejętności, a stawanie na piłce to jedynie cyrk, który nie przynosi realnych korzyści, zagranie niskich lotów.
Szymon mnie przekonał. Zmieniam zdanie.
