Złudny blask rac
Powrót do korzeni, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Świetny występ reprezentacji Polski w meczu z Holandią w wielu medialnych komentarzach zszedł na dalszy plan, ustępując miejsca zamieszaniu około-kibicowskiemu. Dobra inicjatywa PZPN, by po latach bezczynności porozumieć się ze środowiskami kibiców klubowych przy okazji meczów reprezentacji rozwijała się obiecująco. Mam nadzieję, że wydarzenia z minionej soboty nie zahamują tego procesu. Narracja o przeszukiwaniu kibiców w upokarzający sposób, brutalności i wulgarności policji, nieuzasadnionym szykanom może by się jakoś broniła, gdyby nie skandaliczne zachowanie grupki (200 osób w 57-tysięcznym tłumie to tyle co nic) sfrustrowanych młodzieńców. Jak w delikatny sposób określić obrzucenie gorącymi racami polskich zawodników, w efekcie przerwanie meczu, w którym dążyliśmy do zwycięstwa? Gdyby Polacy człapali po boisku, unikali walki, przechodzili obok meczu, nawet to nie usprawiedliwiałoby tych zachowań kiboli. A przecież Biało- czerwoni grali świetnie, odważnie, z polotem. Nagrodą - raca w łeb i zagrożenie grą przy pustych trybunach.
Organizacje kibicowskie twierdzą, że to administracja państwowa wymusiła na PZPN tak surowe procedury. Stawką miało być rzekomo zniszczenie piłkarskiej federacji. Nie bardzo w to wierzę, Prezes PKOL jest niszczony od długiego czasu i jakoś trwa. Sam miałem nieraz pod górkę z politykami najwyższego szczebla. Jeden minister nawet tak się zapalił w wysyłaniu piłkarskich działaczy za kratki, że sam za nimi wylądował zgodnie z zasadą, że najciemniej jest pod latarnią. Co bardziej zapalczywi kibice klubowi, a reprezentacyjni od święta, grożą bojkotowaniem kolejnych meczów kadry Urbana. Typowe strachy na lachy. Mogę się z nimi założyć, że na marcowy mecz barażowy do PZPN spłynie przynajmniej pół miliona zamówień na bilety.
Moją ulubioną sztuką sceniczną są „Dwa teatry” Jerzego Szaniawskiego. Przypomniała mi się, gdy najpierw obejrzałem mecz polskiej młodzieżówki z Włochami w Szczecinie, a tuż po nim pierwszą reprezentację na Narodowym (z uporem będę powtarzał, że nosi imię Kazimierza Górskiego). Nad Odrą było radośnie i patriotycznie, nad Wisłą wygłup grupki obrażalskich oburzył i przestraszył ludzi, którzy też chcieli tylko miło spędzić wieczór na sportowo. Jan Urban ma chyba czarodziejską różdżkę, którą odmienił naszą reprezentację. Drugą posiada Jerzy Brzęczek, prowadzący reprezentację młodzieżową. Jego zmiany w końcówce meczu z Włochami okazały się zabójcze dla makaroniarzy a zwycięskie dla Polaków. Twierdzenie Zbigniewa Bońka, że trzeba było zwolnić Brzęczka, by stał się lepszym trenerem, to jeden z lepszych żartów jakie ostatnio słyszałem. Idąc tym tropem można dodać, że „Zibi” zwolnił się sam z prowadzenia kadry, by być lepszym szkoleniowcem. Problem w tym, że nigdy tego nie udowodnił, a „wuja Jurek” jak najbardziej tak.
Cudowny występ Jakuba Kamińskiego przypomniał wytrawnym kibicom o klubie Szombierki Bytom, w którym strzelec sobotniego gola na Narodowym (imienia Kazimierza Górskiego - zapisać wężykiem) zaczynał karierę. W moich wspomnieniach wielkie Szombierki kojarzą się z trenerem Hubertem Kostką, który co prawda nigdy mnie nie lubił, ale bardzo go szanuję i serdecznie pozdrawiam. W moich zielonych sędziowskich czasach byłem liniowym (dziś zwanym asystentem) na kameralnym obiekcie Szombierek. Na początku drugiej połowy chciałem ruszyć za akcją, ale nie dałem rady zatrzymany... parasolką przez siedzącego metr za linią starszego kibica. „Gdzie się tak spieszysz gorolu?”- usłyszałem od pana, który puścił przy tym oko i miło się uśmiechnął. Nawet nie poprosiłem arbitra głównego o interwencję, a po meczu uścisnąłem z kibicem dłoń jak gorol z hanysem. Kariera Kuby Kamińskiego rozwija się podobnie jak kiedyś Roberta Lewandowskiego. Zaczynał w małym klubie, rozwinął się w Lechu Poznań, młodo wyjechał za granicę. Może gdyby reprezentacji nie przejął Jan Urban, to Kamiński długo by jeszcze czekał na reprezentacyjną szansę.
Dziś piłkarze wyjeżdżają z Polski w bardzo młodym wieku, wielu wraca z podkulonym ogonem. Zderzenie z obcą kulturą, nieznajomość języka, słaba motoryka, trudności z adaptacją - powodów jest wiele. Lewandowski, Kamiński, Moder, Bednarek, Grabara i wielu innych przebili się dzięki cechom charakteru i oczywiście talentowi. Co by było gdyby? To oczywiste pytanie w odniesieniu do dawnych gwiazd polskiego futbolu. Tylko Bońkowi pozwolono wyjechać do wielkiego klubu w porę. Lato, Lubański, Deyna i Szarmach musieli czekać zbyt długo, by zrobić karierę za granicą na miarę ich talentu. „Powracającemu wynajmę mieszkanie” było popularnym kiedyś ogłoszeniem, chodziło o płatność w obcej walucie. Dziś na powracających piłkarzy nie czeka wiele ofert, miejsca zajęte przez średnich obcokrajowców. Mamy tylko jedną Wieczystą Kraków, która przygarnie każdego weterana. I bardzo dobrze, bo więcej takich klubów byłoby zagrożeniem dla przyszłości naszego futbolu.
Zacząłem od kwestii kibicowania i na niej też zakończę ten felieton. Wielu uwielbia zabawę na trybunach podczas meczów siatkówki w rytm skocznej muzyczki i radosnych pokrzykiwań spikera. Kiedyś tylko informował, dziś zabawia niczym wodzirej z filmu Feliksa Falka z brawurową rolą Jerzego Stuhra. Nie ze mną te numery, nie śpiewam i nie tańczę na rozkaz histerycznego spikera. Na meczu interesuje mnie tylko rywalizacja sportowa, a nie działalność wokalno-taneczna czy bratanie się z obcymi ludźmi. Od tego są dyskoteki, kluby, dancingi. Bardziej niż opuszczone przez obrażonych kiboli krzesełka wkurzyła mnie ziejąca pustką na początku drugiej połowy trybuna VIP. Znam te klimaty, bywałem tam nie raz, acz ostatnio wolę miejsca wśród zwykłych kibiców, którzy przychodzą na mecz, a nie na wyżerkę. VIP-y w przerwie posilają się tak obficie jakby nie jedli od tygodnia, a do oglądania meczu wracają mocno spóźnieni, gola Holendrów widzieli więc tylko nieliczni. Nie jest to polska specjalność, na finale Ligi Mistrzów w Istambule 20 lat temu po przerwie siedziałem w loży VIP sam z Jackiem Krzynówkiem i znajomym Turkiem Senesem. Fakt, że catering był wyborny i trunki też, ale my przejechaliśmy szmat drogi na wielki mecz. I jeszcze to prowadzenie 3:0 Milanu do przerwy zniechęcało do powrotu na trybunę. Po pierwszej bramce dla Liverpoolu niektórzy wrócili, po drugiej słychać było szczęk porzucanych sztućców i tłuczonych kieliszków, wszyscy biesiadnicy pędzili na swoje miejsca. Tak jest na każdym ważnym meczu, niestety. Na szczęście Czytelnicy „Sportu” i ja, ich wierny sługa, jemy w domu, a na stadionie kibicujemy.
Fot. Tomasz Folta
