Złoto w rytmie Bailando
Rozmowa z Krystianem Staneckim, bramkarzem reprezentacji Polski w socca (sześcioosobowej odmianie piłki nożnej), która w grudniu sięgnęła po mistrzostwo świata w tej dyscyplinie
Krystian Stanecki – najlepszy bramkarz socca na świecie! Fot. Press Focus
Czemu nie jesteśmy mistrzami świata – albo choćby Europy – w futsalu?
- Pomidor (śmiech)
No to dlaczego jesteśmy najlepsi w socca?
- Bo mamy schematy i umiejętności.
Rok 2025 na zawsze zostanie w waszej pamięci. Zrobiło się o was głośno po wywalczeniu mistrzostwa świata w Meksyku. Ale w światowej czołówce byliście od dawna...
- Owszem. Odkąd jesteśmy członkami federacji, jeździmy na mistrzostwa świata, a po ubiegłorocznym turnieju zostaliśmy - ex aequo z Kazachstanem - liderem klasyfikacji medalowej. Mamy dwa srebra, mamy brąz, no i złoto oczywiście. Od lat jesteśmy czołówką, wyznaczamy trendy, to na nas cały świat patrzy. I o nie jest przypadek; coś, co pojawiło się znikąd. Ludzie, którzy śledzą tę dyscyplinę, wiedzą, że na nas można liczyć. Jako reprezentacja już przed wylotem do Meksyku mówiliśmy głośno, że jedziemy po złoto i ten cel osiągnęliśmy.
Odważna to była deklaracja. Zwłaszcza gdy w boju o złoto trzeba ograć gospodarzy!
- Tak, nie mogliśmy wymarzyć lepszego finału niż z Meksykiem: z gospodarzami, przy pełnych trybunach, w pięknej atmosferze i przy pięknej lokalizacji stadionu. A co do odwagi - pojechaliśmy tam wiedząc, na co nas stać. Umocniło nas mistrzostwo Europy z maja 2025 roku, trzeba było po prostu zrobić swoje. A teraz mamy już tylko jeden krok do tego, żeby zdominować tę dyscyplinę.
Futsal – przynajmniej ten polski – wciąż sięga jeszcze po piłkarzy z dużych boisk. Socca z kolei gromadzi głównie własnych „wyznawców”, czyż nie?
- Socca staje się coraz popularniejsza, co wiąże się z większymi nakładami finansowymi. Coraz więcej zawodników może z tego czerpać profity, co pozwala w pełni skupić się na tej dyscyplinie. Oczywiste jest, że każdy z nas jeszcze gdzieś sobie „pogrywa”: czy to na dużym boisku, czy w futsalu. Ale z założeniem, że to socca jest priorytetem.
Chce pan powiedzieć, że socca jest jedną z niewielu dyscyplin w Polsce, która nie ma problemów finansowych?
- Nie! Jest jeszcze wiele do nadrobienia w kwestiach organizacyjnych. Nasza federacja działa samodzielnie, nie ma wsparcia z PZPN czy z innych organizacji. Łapiemy sponsorów, ale to nie jest proste. Takie przedsięwzięcie, jak wylot do Meksyku, to naprawdę duża zagwozdka organizacyjna i finansowa. Chwała za to dla prezesa Wojtka Dudka i innych osób, które działają w tej federacji, bo nielekko było to wszystko połapać.
Z Meksyku nie przywieźliście za to nagród indywidualnych, choć – jak mówiło wielu ekspertów – mieliśmy na przykład między słupkami najlepszego bramkarza na świecie!
- Mogliśmy dostać zarówno tytuł „najlepszego bramkarza”, jak i „MVP” w turnieju. Nie zostaliśmy jednak wyróżnieni z żadnej kategorii. Organizatorzy - nie wiem, czy celowo, czy nie - pominęli nas. Szkoda, boli to, ale oczywiste jest, że dla nas liczyło się przede wszystkim złoto i puchar. To będzie się pamiętać. Fajnie by było być nagrodzonym indywidualnie, ale... mnie ta sytuacja daje jeszcze większą motywację do tego, żeby w kolejnych mistrzostwach ten tytuł sobie wywalczyć bezapelacyjnie; udowodnić to, o czym mówi pan i eksperci: że jestem najlepszy na świecie!
Wrócę jeszcze do tematu finansów. Możecie o sobie powiedzieć, że jesteście już zawodowcami? Żyjecie z tego?
- Nie. Mam nadzieję, że droga do tego nie jest daleka, ale w naszej kadrze na razie może dwóch-trzech kolegów dość mocno z tego żyje. Dla większości z nas jest to dodatkowy wpływ, ale nie jest to jeszcze tak sprofesjonalizowane, żeby żyć wyłącznie z tego.
Zatem co robi na co dzień najlepszy bramkarz świata?
- Jestem trenerem Liszczanki Liszki – to podkrakowska miejscowość – w lidze okręgowej, trenuję też dzieciaki. Do tego pracuję zawodowo. Nie nudzę się więc, ale - jak mówię – socca zawsze na pierwszym miejscu!
Będę dociekać. Gdzie pan pracuje?
- W teatrze!
No proszę! A w jakiej roli?
- Koledzy z kadry zawsze podkreślają, że w roli klauna (śmiech). A na poważnie pracuję jako montażysta w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie: okołosceniczne sprawy, dekoracje itd.
Czyli środowisko artystyczne też nie jest panu obce?
- Tak, koledzy z teatru trzymają za mnie kciuki, wspierają, kibicują i bardzo ułatwiają możliwość występowania na boisku, za co wszystkim kolegom z teatru dziękuję bardzo!
Rozumiem, że w tych okolicznościach to pan jest „kulturalno-oświatowy” w reprezentacyjnej szatni?
- Można tak powiedzieć (śmiech), że jestem DJ-em, puszczam muzykę w szatni. Łapiemy dzięki temu wspólny vibe. Jako jeden z najbardziej doświadczonych kadrowiczów, trzeci bądź czwarty pod względem stażu, bardzo staram się dbać o dobrą atmosferę.
„Grosik” w szatni kadry puszcza „Oczy zielone”. A co puszcza DJ Krystian?
- Bajorson - „Bailando”. To jest nasz hit, polecam. Może nie dzieciom, natomiast w naszej szatni robi furorę!
Międzynarodowy Komitet Olimpijski wciąż szuka nowych dyscyplin, potrafiących przyciągać uwagę. Socca ma szansę stać się dyscypliną na igrzyskach?
- Jeśli pojawiła się na nich koszykówka „3 na 3”, to czemu nie miałaby dostać szansy piłka „sześć na sześć”? Myślę, że to jest przyszłość socca, że to może się wydarzyć. Obym dożył piłkarsko tych czasów.
Rozmawialiśmy o pańskim fachu. A co robią koledzy, kiedy nie grają w socca?
- A różnych mamy specjalistów. Są pracownicy magazynu, są piłkarze z futsalu, ale też roznosiciele jedzenia. Po prostu wszystko jak w każdej drużynie nieprofesjonalnej.
No to jak trenujecie przed turniejami mistrzowskimi?
- Mamy dużo eventów, turniejów, w których bierzemy udział. Do tego dochodzą jedno-dwudniowe zgrupowania z dwiema-trzema jednostkami treningowymi. Prawda jest taka, że ten trzon kadry już tak naprawdę.... wszystko wie, więc wiele nam nie trzeba. Przed mistrzostwami w Meksyku mieliśmy ledwie dwie konsultacje: w Łodzi i w Zgierzu, a bezpośrednio przed wylotem za ocean trzy treningi. W sumie więc, powiedzmy, sześć jednostek. Trener bardziej się skupia na tym, żeby... szukać potencjalnych kadrowiczów. To tak zwane „polowania na reprezentanta”.
Brzmi ciekawie. Na czym polega?
- W każdym mieście, w którym są struktury federacji bądź są rozgrywki „orlikowe”, organizatorzy tych lig wybierają dwudziestu piłkarzy, którzy – ich zdaniem – są najlepsi. Tam przyjeżdża selekcjoner, robi trening i wybiera potencjalnych kadrowiczów. Obecnie, jak sądzę, ma w swoim notesie około trzystu nazwisk, więc ostateczny skład nie jest przypadkowy, ani ustalony „po znajomości”. Naprawdę przechodzimy ostrą selekcję, do której dochodzą jeszcze mistrzostwa kraju i Puchar Polski – na te turnieje zjeżdżają się wszyscy najlepsi. To też jest takie okno wystawowe.
A jak to wygląda poza Polską? W którymś kraju zawodnicy socca żyją z tej dyscypliny?
- Stany Zjednoczone są na topie, Kazachstan jest bardzo rozwinięty. Ale przede wszystkim Niemcy. Mają tam dwie ligi: Icon League i Baller League. Finansowo to jest po prostu inny świat. Można z tego co nieco odłożyć. Dostać się do tych rozgrywek – coś pięknego (śmiech). W Niemczech gra na przykład Norbert Jaszczak i – rzekłbym – z tego żyje. A wcześniej Kamil Kucharski, Krzysiu Elsner i Bartek Dębicki grali w Icon League w zespole Davida Alaby – takie nazwiska tworzą drużyny do tych rozgrywek. I nawet je wygrali. Pieniądze też się zgadzały, więc fajna sprawa. Bardzo na to liczymy, że w Polsce powstanie podobna liga. Mamy nadzieję, że wejdzie do nas Kings League (federacja stworzona przez Gerarda Pique – dop. aut.). Właśnie z tego powodu nasi reprezentancie w styczniu polecieli do Brazylii, by wziąć udział w jednym z turniejów tego cyklu (Kings World Cup Nations – dop. aut.), by wypromować polską soccę w tym środowisku. W większości krajów, w których funkcjonuje już Kings League, są to regularne rozgrywki. Więc dlaczego nie w kraju mistrzów świata!? Byłoby super, mielibyśmy do czynienia z widowiskami rangi Fame MMA na boisku! Popularyzacja dyscypliny poszłaby kosmicznie do przodu.
A do organizacji mistrzostw świata nie warto się przymierzyć?
- Marzymy o tym! Ale to skomplikowane. Musiałby się znaleźć miasto, które wyłożyłoby sporo pieniędzy. Był już w przeszłości niemal dogadany Wrocław, ale ostatecznie spaliło to na panewce. A byłby to – obok wspomnianej regularnej ligi – milowy krok, który dałby ogromnego kopa dyscyplinie. Już teraz zresztą nasz sukces odbił się zwłaszcza w social mediach ogromnymi zasięgami.
Zauważyliście to na co dzień?
- Owszem. Ja nie jestem specjalnie medialną osobą, ale Norbert (Jaszczak – dop. aut.) mógłby na ten temat coś powiedzieć. Swoją drogą śmieję się, że to ja... najwięcej dałem naszej dyscyplinie, wynajdując dla niej Norbiego.
Naprawdę? Jak?
- To mój kolega z Krakowa. Zabrałem go na jeden turniej, potem drugi. Trener go zobaczył i... poszło! Może powinienem teraz częściej spacerować wokół krakowskich orlików i szukać tam kadrowiczów? (śmiech)
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Koledzy z zespołu teatralnego też zauważyli sukces Krystiana! Fot. Facebook
Wielki świat należy do mistrzów świata. Styczniowa wyprawa Krystiana Staneckiego do Paryża! Fot. Instagram.com/k.stanecki98
