Zima stulecia w Birmingham

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Jedenastka to liczba grudnia w ekstraklasie i Premier League. Legia pobiła historyczny rekord nieudolności sprzed 59 lat, nie wygrywając w jedenastu meczach z rzędu – o tym nigdy dość, kibice z Łazienkowskiej nieustannie obwieszczają światu, że Legia to jest potęga, niechże więc będzie teraz wolno się porozkoszować schadenfreude wszystkim nielegijnym fanom futbolu. Tymczasem w Anglii właśnie zauważono, że być może we wtorkowy wieczór rozegrane zostanie kluczowe spotkanie dla przebiegu dalszej walki o tytuł mistrzowski. Przyczajony tygrys czy raczej lew, bo tego drapieżnika Aston Villa ma w herbie, właśnie wygrał po raz jedenasty z kolei – co zdarzyło się The Villans po raz pierwszy od… 111 lat. Ekipa z Birmingham jest co prawda siedmiokrotnym mistrzem Anglii, ale pierwsze pięć tytułów zdobyła jeszcze w… XIX wieku. Po raz ostatni rządziła w Anglii i przy okazji w Europie na początku lat osiemdziesiątych – tuż przed hiszpańskim mundialem, tak bliskim polskim sercom, w maju 1982 wygrała finał Pucharu Mistrzów z Bayernem po złotej bramce Petera Withe’a. Od tamtej pory nie było już tak różowo, klub miewał lepsze i gorsze sezony, ale w powszechnym mniemaniu przez kolejne dekady obsadził się w najlepszym razie w roli solidnego średniaka. Aż w końcu ściągnięto do Birmingham Unaia Emery’ego, reprezentanta Kraju Basków – narodu przeżywającego obecnie trenerską złotą erę (dość wspomnieć jeszcze Xabiego Alonso czy Miguela Artetę). Pod jego wodzą Villlans wrócili do Europy, zaliczając nawet sezon w Champions League, ale mimo wszystko jeśliśmy się ekscytowali w ostatnich latach ich występami, to za sprawą naszego reprezentacyjnego jedynaka w najlepszej lidze świata, Matty'ego Casha, a nie z powodu poważnego traktowania AV jako jednej z czołowych drużyn brytyjskich. Tymczasem w bieżących rozgrywkach tercet egzotyczny z Londynu, Manchesteru i Birmingham wyraźnie już odskoczył peletonowi. Ekipa Emery'ego ma w grudniu piekielnie trudną serię egzaminów, które na razie zdaje celująco. Wygrała z Arsenalem, z MU, w sobotę ograła na wyjeździe Chelsea i jeśli we wtorek poradzi sobie z w rewanżu z Kanonierami, nikt już nie będzie w niej widział jednorundowej efemerydy, farciarzy z nadwyżką punktów w stosunku do realnego potencjału - w końcu, po 45 latach The Villans będą mieli pole position w walce o tytuł. Każdą szansę na zmianę układu sił w Premier League witam z radością i nadzieją, bo nic tak nie psuło zabawy w oglądaniu najlepszej ligi świata, jak świadomość, że na końcu i tak zatriumfuje Manchester City (z liverpoolskimi przerywnikami). Obywatele najpewniej nie omieszkają skorzystać na tym, że dwóch sąsiadów z podium bije się między sobą i być może w najbliższych dniach wskoczą na szczyt tabeli, ba, może nawet już z niego nie zstąpią aż do maja, ale to dzięki Matty’emu Cashowi i jego koleżkom wciąż możemy zachować złudzenia. Nasz prawy obrońca ma realne szanse być drugim po Marcinie Wasilewskim, ale pierwszym podstawowym graczem z pola, który zdobędzie tytuł mistrza Anglii. Akurat dwa ostatnie mecze średnio mu wyszły, z powodu jego koszmarnej straty o wynik z Manchesterem trzeba było drżeć do końca, a z Chelsea zaliczył piątą żółtą kartkę w sezonie, wskutek czego przeciw Arsenalowi na boisko nie wybiegnie. Tak czy owak, to nasz jedyny obecnie pewniak w pierwszym składzie spośród wszystkich kadrowiczów walczących w ligach TOP 5 o tytuły. To jego gole kojarzymy z udaną jesienią kadry Urbana, przy czym ten zdobyty na wyjeździe z Holandią wciąż uważam za najpiękniejszego z najważniejszych goli w dziejach piłkarskiej reprezentacji Polski. Emery stworzył całkiem poważną paczkę, w której w dodatku prym wiodą Anglicy, co w Premier League wcale nie jest oczywistością: w grudniu szaloną passę mają zwłaszcza autorzy dubletów Morgan Rogers (po dwa gole z MU i West Hamem) i Ollie Watkins (po dwa trafienia z Brighton i w sobotę z Chelsea), ostoją obrony jest Ezri Konsa, po skrzydle hasa Jadon Sancho. A jeśli, jak autor tego felietonu, jest się fanem Gabriela Garcii Marqueza, zwłaszcza zaś jego „Stu lat samotności”, nie sposób nie kochać drużyny, w której gra gość o nazwisku Buendia. Zwłaszcza kiedy strzela decydującego gola w ostatnich sekundach, jak to uczynił przeciw Arsenalowi przed niespełna miesiącem. Ta bramka była zresztą charakterystyczna dla Villans, którzy posiedli umiejętność „przepychania” meczów w końcówkach, wygrywania nieustępliwością i walką o wynik do końca – ileż tam było zablokowanych prób, nieudanych dobitek, aż w końcu w potwornym zamieszaniu Argentyńczyk znalazł miejsce na celny strzał. Bramki strzeże śmieszek-świntuszek Emiliano Martinzez, mistrz świata z Kataru, człowiek, który obnażył przed światem wzwód Złotej Rękawicy. Trzymam kciuki za tę pakę.

Matty Cash zasłużył na gratulacje! Fot. Marcin Karczewski/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się