„Zielu” na kraterze
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Tytuł niby przypadkowy, ale... tylko nieco zmieniony. Zaczerpnięty z autobiograficznej powieści Melchiora Wańkowicza. To od niego uczyłem się bowiem sztuki reportażu. Zacząłem od lektury „Szczenięcych lat” i „Na tropach Smętka”, a skończyłem na dwóch częściach „Karafki La Fontaine’a”.
Kolejne luźne skojarzenia. To także Mistrz MW wprowadził do obiegu hasła reklamowe „LOT-em bliżej” oraz „Cukier krzepi”. Czy bliżej? I czy mecz krzepi? Nie zawsze. Czasami mecze rozczarowują. Jak ten ostatni z Albanią. A tak na marginesie, to także Pan Melchior wylansował słowo „chciejstwo”. Ono idealnie oddawało i często oddaje stan ducha reprezentacji, a nawet szerzej – naszej piłki. My bardzo chcemy być obecni i zapraszani do najważniejszych rozgrywek. Od Ligi Mistrzów, poprzez EURO, aż do finałów MŚ. A kończy się właśnie na chciejstwie. Bo chcieć to nie zawsze móc...
Przed warszawskim półfinałem baraży o MŚ 2026 zadzwoniła do mnie Irena Karel. Tak, to ta piękność z pierwszego polskiego westernu, a właściwie easternu „Wilcze echa”. Akcja filmu dzieje się w powojennych Bieszczadach. Trochę strzelania, ale ani słowa nie ma tam o... sporcie, więc pewnie dlatego legenda kina nie interesuje się nim do dziś.
Pani Irena zapytała mnie znienacka:
– Chyba jakiś mecz dziś?
– Tak, z Albanią.
– Z kim? Z Albanią? O Boże! Ja kiedyś podczas tras koncertowych śpiewałam często właśnie o tym kraju. Tak to jakoś leciało...
– Och Albanio, jak dobrze, że jesteś.
Pocieszaliśmy się, że dzięki temu nie pozostajemy na ostatnim miejscu w rankingu krajów demokracji socjalistycznej. Ona bowiem zawsze była od nas gorsza i smutniejsza...
A ja, w przeciwieństwie do Ireny Karel, lubię sport od dziecka. A teraz nawet do „Sportu” sobie pisuję. Kiedyś tylko czytywałem. Zapadały mi w pamięć na zawsze bardzo udane tytuły tej gazety. Nadal mamy udane! Choćby ten z ostatniego poniedziałku – „Stoch do wolności”! A z tych starszych wspominam z rozrzewnieniem dwa: „Tąpnięcie w Szombierkach” oraz powtarzający się po słabych meczach śląskich drużyn – „Najładniej grała górnicza orkiestra”.
Na Stadionie Narodowym też być może pięknie zagrała, ale tym razem jednak wojskowa – naszych pograniczników. Szkopuł w tym, że nikt jej nie słyszał, bo nie przełączono stadionu na tryb... głośnomówiący. A potem, przez ponad 10 minut, nieźle grała też ta nasza piłkarska. Stanowczo za krótko, bo po przepięknie pomyślanym rzucie rożnym mecz się niepotrzebnie wyrównał i mieliśmy tyle samo z gry, co i rywale. Matty Cash kopnął wtedy z woleja i... dał sygnał do odwrotu. Piłka poleciała za wysoko nad poprzeczką, więc miałem podejrzenie, że oglądam mecz futbolu amerykańskiego.
A skoro mowa o złych podejrzeniach, to kiks Jana Bednarka przed przerwą też zastanawiał. Ktoś zażartował – czyżby sprzedany Mundial? Tyle się teraz czyta o obstawianiu po cichu wyników przez piłkarzy, że łatwo o literówkę w nazwisku. W reklamie zakładów wystąpiłby wtedy niejaki... BET-NAREK.
Długo przed tą prawie samobójczą i trochę jeszcze po przerwie widownia Narodowego zachowywała się jak podczas mszy. Cicho jak makiem zasiał. Tylko chwilami dało się usłyszeć: „My chcemy gola, Polacy, my chcemy gola!”, ale było to jak wołanie za nieobecnym od dawna w kadrze Januszem Golem.
Na szczęście byli w drużynie jeszcze weterani tej sceny narodowej. Najpierw Robert Lewandowski w masce wyskoczył przy słupku jak Zorro, a potem Piotr Zieliński kopnął z daleka tak precyzyjnie, że... zakwitło i nam ziele na kraterze.
Miało kwitnąć długo, do wtorku, a nawet po wtorku, ale w Solnej (nie mylić ze stolicą Szwecji) było za chłodno. A co z tym wszystkim ma jeszcze wspólnego mój Mistrz Melchior? No tylko tyle, że nie zawsze... „LOT-em bliżej”. I nie od razu leci się do samego Dallas. Bywają międzylądowania.
– Jesteśmy na lotnisku w Radomiu. Proszę nie odpinać pasów i pozostać w fotelach aż do wyłączenia silników.
PS. Wesołych Świąt Wielkanocnych!
Na kłopoty – Bednarek! Fot. Marcin Karczewski / Press Focus
