Zawsze jest jakaś następna robota

Rozmowa z Jakubem Kamińskim, reprezentantem Polski, piłkarzem 1. FC Koeln

Symboliczna wymiana pokoleń w kadrze? Z lewej – Jakub Kamiński, z prawej – Robert Lewandowski. Fot. PAP / Maciej Kulczyński

Jak się czuje facet, wyceniany przez fachowy portal na 17 milionów euro?

- Wszystko dobrze, dziękuję. Zdrowie jest, cieszę się reprezentacją, po której będzie można oficjalnie zakończyć sezon.

Bardziej pytałem o to, czy suma robi na panu wrażenie?

- Suma jest fajna, ale liczę z czasem na większą (śmiech)! Oczywiście jest to miłe, a ja będę pracował nad tym, by rosła z każdą następną rundą!

Od końca sezonu w Bundeslidze już jakiś czas minął. Jak go pan spędził, by forma nie uciekła przed zgrupowaniem kadry?

- Miałem swoją indywidualną rozpiskę zajęć. No ale też troszkę odpoczywałem.

A można wiedzieć gdzie? Chyba nie dał się pan Markowi Kubiszowi naciągnąć na kolejne wędrówki po alpejskich szczytach?

- Jakieś tam plany są. Ale to przyszłość. A na razie zwiedzaliśmy Rzym, trochę... w przerwach pomiędzy tymi moimi treningami.

Ano tak: „zwiedzaliśmy”. Mama, tata i...?

- I syn będzie!

Gratulacje. Zatem ciągłość Kamińskich w reprezentacji zapewniona!

- Tak jest! (śmiech)

Któryś z byłych reprezentantów mówił mi kiedyś, że kiedy zostaje się tatą, to się człowiek zaczyna zastanawiać, czy na pewno w każdy „młyn boiskowy” wsadzać nogę lub głowę. Pan też zaczyna o tym myśleć?

- Na boisku nie będzie czasu na takie myślenie. Tam jest wszystko proste: idziesz na maksa, nieważne jaka jest sytuacja. Przynajmniej ja tak mam.

Dobrze, idźmy dalej. Przyjeżdża pan na zgrupowanie jako zawodnik FC Koeln. A co dalej? Bo są sygnały, że pójdzie pan jednak w górę Bundesligi!

- Sytuacja jest rozwojowa, a okienko – wskutek mistrzostw świata - teraz będzie bardzo długie, więc zobaczymy, co się wydarzy, jakie oferty się pojawią. Bo myślę, że jakieś przyjdą. I wtedy będzie można się nad nimi pochylać, rozważać. Na razie najważniejsze to skupić na kadrze.

To jeszcze chwilka o minionym sezonie. Zaskoczyło pana to, co się stało z Wilkami, czyli pańskim poprzednim klubem, VfL Wolfsburg?

- Tak. Nie ma co ukrywać, że oglądałem mecze barażowe, kibicowałem chłopakom. Grałem z wieloma z nich. Z paroma innymi nie, ale i tak życzyłem Wolfsburgowi utrzymania. Nie udało się, spadli po raz pierwszy od chwili awansu do Bundesligi, bodaj po 29 latach. Mocno ich to boli, i mnie też. Trochę... Mam nadzieję, że nie będzie na nich trzeba długo czekać i po roku wrócą do elity.

Teraz słówko o Kolonii: 34 mecze, 7 goli i 5 asyst – tego się pan spodziewał?

- No to ja od razu odpowiem i na następne pytanie, które pewnie za moment by się pojawiło: o te liczby. Nie ma co ukrywać, że to był mój najlepszy sezon za granicą. A liczby mogły być zdecydowanie lepsze, gdybym cały sezon grał na jednej pozycji i patrzył na siebie trochę bardziej egoistycznie. Ale ja zawsze jestem w pierwszej kolejności dla drużyny, zawsze byłem też dla trenera Kwasnioka. Jeżeli były problemy personalne, grałem na tych pozycjach, na których akurat była potrzeba i na których widział mnie trener. A on wiedział, że na każdej z nich dam jakość niezbędną w Bundeslidze. Oczywiście nie żałuję tego, choć – powtórzę – przy większej stabilizacji pozycji te liczby mogły być jeszcze lepsze. Ale jest to pewien ewenement, żeby zagrać w niemal każdym meczu od pierwszej do ostatniej minuty. Dla mnie to coś wielkiego! I daje mi nadzieję, że następne sezony będą jeszcze lepsze.

A propos tych różnych pozycji w FC Koeln: gdyby dziś miał pan powiedzieć selekcjonerowi, na której z nich czuje się najlepiej, to co by pan wskazał?

- Że w tym trójkowym ustawieniu w ofensywie najlepiej czuję się na „dziesiątce”. Dla mnie im bliżej bramki przeciwnika, tym lepiej! W Kolonii miałem dużo swobody w tym zakresie: czy to dogrywanie piłki, czy zejście po nią, czy wypełnianie wolnych przestrzeni z przodu.

Tym sposobem przeszliśmy płynnie do spraw reprezentacji. Jak długo odchorowywał pan mentalnie mecz ze Szwecją?

- Prawdę mówiąc, niespecjalnie długo. Zaraz w pierwszym meczu po powrocie z kadry, we Frankfurcie, strzeliłem gola. Dziennikarze wtedy zapytali mnie o to samo. A ja im odpowiedziałem, że gdybym jako zawodowy sportowiec rozmyślał o porażce przez kilkanaście dni, to w krótkim czasie nie miałbym włosów na głowie. Porażka to rzecz, którą my - jako sportowcy - musimy po prostu czasami wziąć na siebie, zaakceptować. Bo przecież po drugiej stronie też jest rywal, który chce wygrać. Oczywiście, że ta przegrana będzie jeszcze boleć, zwłaszcza w czasie mundialu. Ale w zawodowym sporcie zawsze jest jakaś następna robota, i na tym trzeba się skupić.

To na czym dla Jakuba Kamińskiego polega ta najbliższa robota do zrobienia?

- Dobrze zagrać w obu meczach – z Ukrainą i Nigerią - i wygrać je.

A trudno się zebrać na mecz, którego efektem nie są punkty i miejsce w tabeli?

- Nawet niech pan o to nie pyta! Przecież to jest reprezentacja Polski. Trzeba przyjechać, rozwijać tę reprezentację. Każdy z nas wie – ale wy, dziennikarze, chyba też; i kibice także - że ta reprezentacja może iść w fajnym kierunku, dobrze grać w piłkę, stwarzać bardzo dużo sytuacji. Więc idźmy do przodu, rozwijajmy się, dajmy szansę nowym twarzom.

A będzie można pójść do przodu, jeżeli Robert Lewandowski - obecny na tym zgrupowaniu - jednak powie: „Panowie, bawcie się beze mnie”?

- Zostawmy na razie ten temat. Robert zapowiedział, że on decyzję w sprawie reprezentacji podejmie już w nowym sezonie; wiedząc, jak będzie wyglądała jego sytuacja klubowa. W każdym razie teraz przyjechał i chce dać maksa dla reprezentacji, jak zawsze. Robił to przez tyle lat, więc poczekajmy spokojnie na jego decyzję.

To już mniej poważnie na sam koniec: zdążył pan na mistrzowską fetę w Poznaniu?

- Nie dało rady. Ale cieszę się, że to był chyba najlepszy sezon, jeżeli chodzi o moje spojrzenie na polską piłkę klubową: mistrzostwo dla Lecha, w którym grałem; puchar dla Górnika, któremu kiedyś kibicowałem.

Był pan kibicem Górnika z sektorów Torcidy?

- Nie, ale na stadionie bywałem. I czasem piłki w trakcie meczów Górnika podawałem!

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski


 W żartobliwy sposób Monika i Kuba  obwieścili światu, że będą mieć syna! Fot. Instagram.com/monika_wojtas

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się