Zapadła cisza

Atmosfera w Chorzowie jest już tak gęsta, że można ją kroić nożem.

Ruchowi zdecydowanie brakuje goli autorstwa Daniela Szczepana... Fot. Kacper Pacocha/Press Focus

RUCH CHORZÓW

Chorzowska społeczność jest ogromna, zbudowana na wspomnieniach o chwale i glorii, więc nie może dziwić, że kiedy zespół ni z tego, ni z owego wpada w wielki kryzys, kibice tracą cierpliwość. Obecnie są już niemalże wściekli. Ruch w 2025 roku nie wygrał spotkania w lidze, a w Pucharze Polski, choć przeszedł ekstraklasową Koronę Kielce, to w znacznej mierze dzięki znakomitej dyspozycji bramkarza Jakuba Bieleckiego, który obronił dwa rzuty karne.

Gra o renomę

Wszyscy w Chorzowie zastanawiają się, co stało się z Ruchem? Przecież w przerwie między rundami wydawało się, że wszystko sprzyja „Niebieskim” w tym, aby odpowiednio przygotować się do wiosny. Tymczasem nie jest nawet tak, że chorzowianie mają pecha, że przegrywają niesprawiedliwie (choć w Łęcznej faktycznie mieli więcej z gry). Oni po prostu cofnęli się w rozwoju. – Potrzebujemy przełamania i tego, by jako pierwsi strzelić gola, iść za ciosem, tak jak to miało miejsce w poprzedniej rundzie. W tej idzie nam to ciężko. W pierwszej połowie mieliśmy dużo bardzo dobrych sytuacji, ale zawiodła finalizacja i niestety po raz kolejny nie możemy dopisać sobie punktów... – mówił rozżalony trener Dawid Szulczek. Wielu kibiców cały czas wspiera młodego szkoleniowca, choć nie brakuje też grupy, która coraz mocniej go krytykuje. Z jednej strony można powiedzieć, że to nie Szulczek marnuje sytuacje. Że to nie Szulczek fauluje w polu karnym czy gubi krycie – ale to on i jego sztab odpowiadają za przygotowanie zespołu do tego, aby takich błędów nie popełniał. A popełnia, czego mecz w Łęcznej był najlepszym przykładem. Szulczek nie gra tylko o awans do ekstraklasy. Gra także o swoją renomę jako jednego z najbardziej utalentowanych trenerów młodego pokolenia. W Warcie robił dobrą robotę mimo wyraźnych ograniczeń, ale jednak spadł. Niektórzy dziwili się, że zdecydował się na przyjście do pierwszoligowego Chorzowa, ale perspektywa może być też inna. Biorąc Ruch, zyskał szansę podbudowania swojej renomy, wprowadzając go do ekstraklasy. Obecnie jednak daleka do tego droga.

Kluczem są pola karne

– Liczba straconych goli w stosunku do sytuacji jest bardzo duża. Tracimy sporo bramek, biorąc pod uwagę, ile sytuacji tworzą przeciwnicy. To zdecydowanie powyżej normy pierwszoligowej. To rzecz, nad którą pracujemy mocno i najdłużej. Jesienią byliśmy bardzo szczelni – wskazał defensywne kłopoty Szulczek. Biorąc pod uwagę mecz z Łęczną, faktycznie można było odnieść takie wrażenie. Jednakże biorąc pod uwagę statystykę goli oczekiwanych (która jest liczona różnie w zależności od firmy statystycznej, a też nie zawsze oddaje rzeczywistość spotkania), w 4 z 5 ostatnich meczów ligowych wyższy współczynnik xG mieli rywale Ruchu. Tylko z Bruk-Betem „Niebiescy” byli lepsi. – Jeśli chodzi o drugie pole karne, to mimo tego, że tworzymy sytuacje, w każdym meczu mamy jakąś, a w Łęcznej nawet kilka, to niestety nie wykorzystujemy ich – zauważył Szulczek, wskazując też nad czym pracują w Chorzowie na treningach. – Bardziej zajmujemy się tym, co się dzieje w polach karnych niż samą strukturą ustawienia. Jeżeli przeciwnicy nie mają aż tylu okazji, a my zawsze coś tworzymy, to trzeba się skupić na tym, co w polach karnych, nie pomiędzy nimi – zaznaczył.

Cisza medialna

Sześć meczów z rzędu bez wygranej, drugi najgorszy wynik w tabeli w 2025 roku – to sytuacja Ruchu w I lidze. Jak świat długi i szeroki, w takiej sytuacji pojawiają się pytania „co z trenerem?”. Nie brak bowiem działaczy, którzy w mniej stresujących sytuacjach ulegali presji i zmieniali szkoleniowca, nawet jeśli wcześniej przekonywali o stawianiu na długofalowy projekt oraz dawali pełne wsparcie trenerowi. Na ten moment jednak w Chorzowie nikt Szulczka zwalniać nie chce. Może pracować w spokoju, chociaż oczywiście spokoju i ciszy przy Cichej nie ma, a wszyscy są coraz bardziej nerwowi. Po porażce w Łęcznej zamilkły też klubowe social media, zazwyczaj aktywne, które tym razem nie wrzucały nic przez 1,5 doby (tylko wpis o urodzinach Nono na Facebooku). Nie pojawiły się też pomeczowe rozmowy z piłkarzami, które – patrząc po komentarzach – po każdej kolejnej porażce jeszcze mocniej irytowały kibiców. Bo tu nie ma co gadać, tu trzeba wygrywać.

Piotr Tubacki