Zapach szatni
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki to kawał chłopa, ludzie średniego wzrostu jak ja - choć w starym dowodzie osobistym moje 174 centymetry wpisane są jako „wzrost wysoki” - muszą patrzeć na niego jak biały miś z Krupówek na Giewont. Inna sprawa, że niektóre kobiety podobno oceniają wzrost mężczyzny dopiero wtedy, gdy stanie on na swoim portfelu, tak przynajmniej twierdzą mizogini. Najważniejsze, że szef polskiego sportu jest kompetentny, po prawie roku pełnienia funkcji można to stwierdzić z dużą dozą pewności. Nie biega po ministerstwie w reprezentacyjnym dresie, polując na czarownice, jak jego poprzednik. Jest spokojny, stonowany, konkretny i wdraża kolejne programy wspierające sport powszechny.
Ten zresztą jest mu najbliższy, wszak sam był solidnym bramkarzem Sparty Szamotuły i siatkarzem w licznych turniejach amatorów, których popularność zawdzięczamy boomowi na siatkówkę po niebotycznych sukcesach polskiej reprezentacji. Miło mnie zaskoczył najnowszy pomysł ministra pod hasłem „szatnia na medal”. Jako ambitny acz nieudany piłkarz, koszykarz i szczypiornista juniorski niemal codziennie przebierałem się w obskurnych szatniach dzielnicowych klubów, bywało też, że na trawie za bramką, bo w pomieszczeniu zwanym szatnią okrutnie śmierdziało.
Jako początkujący sędzia nie miałem lepiej. W poddęblińskiej Stężycy facet na rowerze ukradł moje ubranie z ławeczki pod drzewem, na szczęście piłkarze go dogonili i do domu wróciłem ubrany. Z kolei w Pomiechówku na moją prośbę o wskazanie prysznica zaprowadzono mnie nad pobliską urokliwą rzeczkę Wkrę, gdzie zażyłem wspaniałej kąpieli w towarzystwie piłkarzy obu drużyn. Chyba dobrze sędziowałem, bo nikt mnie nie przytopił. Dla wielu moich kolegów szkolnych problemem było przebieranie się na lekcję wf w zapleśniałej szatni, a dla koleżanek to już w ogóle. Podobnie było na studiach, mimo że wynaleziono już dezodoranty.
PZPN organizował kiedyś mecz reprezentacji młodzieżowej w Ostrołęce. Warunkiem był remont szatni na stadionie Narwi, znajdowały się w opłakanym stanie. Obywatelski zryw sprawił, że po paru miesiącach pojawiły się wypasione prysznice, kafelki i inne bajery. Przez kolejne lata drużyny z okolicznych miejscowości umawiały się tam na mecze, by fajnie się wykąpać.
Z szatnią wiąże się też zabawna anegdota sprzed niemal pół wieku, gdy do raczkującego wtedy na piłkarskich salonach GKS-u Katowice przyjechał słynny Widzew z Młynarczykiem, Bońkiem, Tłokińskim i innymi gwiazdami. Łodzianie byli oczywistym faworytem tego meczu, a Zibi ironicznie rzucił przed spotkaniem do miejscowych, że on wpadł do Katowic tylko się wykąpać. Wkurzony wszechwładny prezes Marian Dziurowicz, nie bez powodu zwany Śląskim Magnatem, kazał wyłączyć gorącą wodę w szatni gości. Widzew mecz przegrał, a schodzącemu do szatni wkurzonemu Bońkowi prezes GieKSy z diabolicznym uśmiechem życzył... miłej kąpieli.
Szatnia to dla sportowca miejsce magiczne, pokój zwierzeń, koncentracji, ujawniania skrywanych tajemnic. Dla trenera to ważne miejsce wykonywania pracy. Czego nie wypracuje się w szatni, tego później w trakcie meczu już się nie nadrobi. Chodzi nie tylko o taktykę, przekazanie planu na mecz, także o pobudzenie emocjonalne połączone z koncentracją jak woda z ogniem, okazywanie sobie wzajemnego zaufania, trafianie do skrywanych głęboko uczuć. Tego się nie da zrobić, gdy w szatni brudno i ponuro. Nie bez powodu mówi się, że trener musi mieć za sobą szatnię, czyli zespół - jeśli chce odnosić sukcesy.
Jest też powiedzenie, że na sporcie zna się tylko ten, kto w życiu poznał zapach szatni, choć czasami ten zapach bywa smrodliwy. Ale tu nie chodzi o odór w dosłownym tego słowa znaczenia, a o klimat, jaki tworzy się w tym miejscu między ludźmi. Ja zapach szatni poznałem aż za dobrze, musiałem nawet kąpać się pod jednym prysznicem z piłkarzami palącymi tam papierosy. Było to w ekstraklasowej wtedy Siarce Tarnobrzeg, a ja ich nie wydałem trenerowi, skoro obiecałem. Szatniowe klimaty nieobce są też zapewne ministrowi Rutnickiemu skoro pozornie tak prozaicznemu elementowi sportowej rywalizacji nadał rangę rządowego projektu.
W nowym sztabie Legii Warszawa znalazło się 27 osób. Dwadzieścia siedem! Dwór Marka Papszuna słono będzie kosztował Dariusza Mioduskiego, który ostatnio scedował prezesowskie obowiązki na Marcina Herrę, ale kasę będzie musiał organizować sam. Herra to łebski facet, zaczynał jako nalewacz paliwa na stacji Lotosu, a później była już droga na szczyty sportowego zarządzania: EURO 2012, Stadion Narodowy, federacja szczypiorniaka, Lechia Gdańsk, teraz Legia. Relacje kilku obecnych w Legii samców alfa łatwe nie będą, to pewne, a trenera Papszuna obronią tylko wyniki. Na razie prześmiewcy żartują, że do klubowego autokaru doczepi się przyczepę dla sztabu, jak kiedyś w rejsowych autobusach PKS na prowincji.
Wysiłek Klaudii Zwolińskiej w zmaganiach ze spienioną wodą na kajakarskim szlaku nie jest mniejszy niż Roberta Lewandowskiego na murawie czy Igi Świątek na korcie. Sport to nie tylko futbol, tenis, żużel czy walki w ringu. Fot. Krzysztof Porębski/PressFocus
Spodziewane - niespodziewane zwycięstwo Klaudii Zwolińskiej w 100. Plebiscycie PS na Sportowca Roku sprawiło radość jednym, frustrację u innych. Należę do tych pierwszych. Jeżeli ktoś twierdzi, że nie zna laureatki, to albo zmyśla, albo powinien zacząć interesować się inną dziedziną niż sport. Wysiłek Klaudii w zmaganiach ze spienioną wodą na kajakarskim szlaku nie jest mniejszy niż Roberta Lewandowskiego na murawie czy Igi Świątek na korcie. Sport to nie tylko futbol, tenis, żużel czy walki w ringu. Na widowni posadzono mnie między mistrzami Jackiem Wszołą i Andrzejem Supronem, skoro oni pochwalili wybór Zwolińskiej, to znaczy, że był optymalny. Honor lekkoatletyki uratowała imigrantka Maria Żodzik, może to przekona oszalałych ksenofobów.
Piłkarska ekstraklasa czeka na restart, na razie sporo dzieje się w gabinetach. W Cracovii zwolniono nietykalnego jak się wydawało prezesa Mateusza Dróżdża. Nie żal mi go specjalnie, zdążył obrazić prezesów kilku klubów, wyróżniał się w lidze arogancją i wybujałym ego. Zła karma wróciła, samo życie. Lechia Gdańsk walczy o odzyskanie odebranych jej przed sezonem 5 punktów. Po porażkach przed sportowymi organami jurysdykcyjnymi udała się aż do Sądu Najwyższego. Znając tempo pracy polskich sądów obstawiam, że werdykt poznamy za kilka lat. W tym czasie Lechia pewnie wykaraska się ze sportowych kłopotów. Gra fajny futbol i ma trenera, który pracuje, a nie gada. No i zna zapach piłkarskiej szatni jak mało kto.
