Zadźwięczały czynele, Polonia mistrzem na Barbórkę!

To była jedna z najbardziej niezwykłych końcówek rozgrywek ligowych w ich już prawie 100-letniej historii. Niebiesko-czerwoni z Bytomia, spadkobiercy lwowskiej Pogoni, zostali mistrzami kraju... dwa tygodnie po rozegraniu swojego ostatniego meczu – akurat w dniu górniczego święta.

Mistrzowska elegancja Anno Domini 1954; a pod płaszczami – mistrzowskie garnitury. Od lewej: Kazimierz Trampisz, Alfred Narloch, Józef Wieczorek i Jan Wiśniewski.

„Cały naród gorąco pozdrawia górników, wiernych synów Polski Ludowej” - komunikowała w charakterystycznym dla tamtych czasów (i tego ustroju) „Trybuna Robotnicza”, zapowiadając uroczystą akademię w Stalinogrodzie – tę nazwę nosiły przez parę lat Katowice. Spontaniczna i zupełnie niespodziewana feta, pełna autentycznej radości, odbyła się jednak w Dzień Górnika w Bytomiu!

„Faja” przycupnął w kąciku

A miało być zupełnie inaczej. Na 4 grudnia przy Cichej zaplanowano zaległe spotkanie Ruchu z Gwardią Warszawa. Wygrana gości oznaczałaby dodatkowy barażowy mecz pomiędzy Polonią a ŁKS-em o mistrzostwo kraju. Ale taki scenariusz wkładano między bajki – na stadion przy Cichej w barbórkowe południe przyszło 35 tysięcy (!) widzów, pewnych tego, że niespełna dwie godziny później świętować będą czwarty z rzędu tytuł mistrzowski. W tym gronie wyróżniało się dwóch panów z sekcji piłkarskiej Głównego Komitetu Kultury Fizycznej (na wzór sowiecki scentralizowano zarządzanie sportem, PZPN-u i innych związków przez kilka lat nie było). Przyjechali w imieniu władz pogratulować nowemu-staremu mistrzowi ponownego triumfu. Innego rozwiązania nikt nie dopuszczał. No, może tylko Ryszard Koncewicz, który trzy lata wcześniej triumfował z chorzowianami w Pucharze Polski, co było równoznaczne z tytułem mistrzowskim „Niebieskich”. Teraz szkoleniowiec Polonii – z nieodłączną fajeczką – przycupnął gdzieś na trybunie krytej, po cichu licząc na podział punktów: taki wynik oznaczałby, że Ruch (zwany socrealistycznie Unią), ŁKS (czyli Włókniarz) i jego Polonia (tymczasowo nosząca miano Ogniwa) skończą sezon z równą liczbą punktów, a wtedy o triumfie bytomian przesądzi najlepszy bilans bramkowy.

Sto osób gra rytmicznie

„Orkiestra liczy blisko 100 osób. Są w niej różne instrumenty. Jest „blacha” (waltornie, fanfary, rogi, trąbki, tuby, puzony), są „drzewa” (flet, klarnet, obój, fagot, pikolo), jest perkusja (werble, czynele, triangul). Każdy instrument ma w każdym utworze własne nuty, każdy gra własną melodię, są różne tempa. Mimo to zespół tworzy jedną całość, wydobyta melodia tworzy harmonijną piosenkę czy marsz. Sto osób gra rytmicznie, zgodnie, całość jest zestrojona” - „Sport” obrazowo opisywał orkiestrę huty „Kościuszko”, uświetniającą mecz i gotową do odegrania tuszu na cześć mistrzów po końcowym gwizdku. I jeszcze cytowaliśmy jej kapelmistrza. „Zwróćcie uwagę na proporczyki przy fanfarach naszych fanfarzystów. Nowe. Na uroczysty mecz – uroczyste proporczyki. Tym chcemy uczcić czwarty z kolei tytuł mistrza Polski” – mówił nam dyrygent Kula.

- Dawaliśmy Ruchowi 80 procent szans na ten tytuł; miał wtedy świetną pakę, kupę reprezentantów w składzie - opowiadał mi przed laty legendarny polonista, Kazimierz Trampisz, pochodzący ze Stanisławowa. Jego śpiewny kresowy akcent powodował, że człowiek przy każdym zdaniu czuł ciarki na plecach.

Posłaniec dobrej nowiny

Polonistów na chorzowskim stadionie zabrakło. - Tego dnia, zgodnie z tradycją święta górniczego, graliśmy mecz towarzyski z rywalem z niższej ligi. Tym razem padło na Górnika (obecnie Silesia – dop. aut.) Miechowice. Klub w takich momentach nie miał nic do gadania, decydowała partia – opowiadał pan Kaziu.

Przyjazd Polonii wywołał oczywiście wielkie zainteresowanie miejscowych fanów. Co ciekawe jednak – choć jego wizytę u sąsiada odnotowała większość prasowych tytułów, żaden nie zapisał na swych łamach wyniku! Ważniejsze przecież było to, co działo się przy Cichej. A tam... falowe ataki gospodarzy nie czyniły gwardzistom szkody, bo między słupkami ich bramki fruwał Tomasz Stefaniszyn. Bezbramowy remis utrzymywał się przez niemal 70 minut, aż w końcu gol padł. Dla... Gwardii! Chorzowianom udało się odpowiedzieć 11 minut później, ale na więcej już ich stać nie było.

- Oba spotkania zaczynały się o tej samej porze – wspominał Trampisz. - Po naszym meczu gospodarze z Miechowic zaprosili nas na obiad. I nagle wpada na salę jakiś kibic i krzyczy: „Ruch 1:1, jesteście mistrzami Polski”! - tak zapamiętał owe wydarzenia legendarny napastnik. Media z kolei widziały to tak: „Po końcowym gwizdku w Miechowicach, piłkarze Polonii z największym niepokojem kierowali się w stronę szatni. (…) Szło po prostu o wynik chorzowskiego spotkania... Gdy kończyli już toaletę, czyli – mówiąc językiem codziennym – zmieniali strój sportowy na cywilny, wpadł pędem do nich jeden z górników, głosząc wieść: „Remis w Chorzowie! Ogniwo mistrzem”. Zrazu nie każdy uwierzył jego słowom” - relacjonowała „Trybuna Robotnicza”. W sumie jednak okoliczności miały mniejsze znaczenie; liczył się fakt, że Polonia – w tamtym jeszcze „klub kresowych czarodziejów” - zrobił to, czego nigdy nie udało się dokonać lwowskiej Pogoni: wygrał ligę!

Potężny odgłos trąbek i puzonów

Feta – to akurat pewne – odbyła się w Domu Młodego Górnika. „Cieszę się, że górnicy mogą w dniu swojego święta gościć u siebie mistrzowski zespół Polonii” - przemawiał dyrektor kopalni „Miechowice”. I jakby na zawołanie, znalazła się na sali także orkiestra. Może nieco mniejsza niż ta chorzowska, ale tego dnia – głośniejsza od niej. „Zagrała potężny tusz, zadźwięczały czynele, łącząc się z potężnym odgłosem: trąbek i puzonów. I nastąpiło to, co w takich wypadkach jest nieodzowne, obowiązujące z dawien dawna, tradycyjne. Potężne „Sto lat” rozbrzmiało w wielkiej sali, a uszczęśliwieni piłkarze przyjmowali zewsząd powinszowania” - opisywała „TR”.

Łzy i taniec Świętego Wita

Jeszcze tego samego dnia Polonia świętowała niespodziewany tytuł również ze swoimi fanami. - Jasiu Boczaj (kierownik drużyny – dop. aut.) z prezesem zaraz tak skombinowali, że nas jeszcze wzięli do restauracji „Ludowa” na placu Kościuszki w Bytomiu, by uczcić tytuł. Trochę kibiców przyszło wtedy pod lokal, no to się z nami cieszyli – opowiadał mi Kazimierz Trampisz. O reakcjach innych polonistów wiemy z doniesień medialnych. „Załamali się niektórzy piłkarze Ogniwa, a szczególnie obaj pomocnicy: Narloch i Kauder. Narloch w ogóle nie mógł początkowo słowa wykrztusić, gdyż łzy lały mu się ciurkiem po policzkach. Kauder, w niewiele lepszej formie (…) powiedział: - Tu się nauczyłem grać, podciągałem przed każdym sezonem i tu otrzymałem wraz z drużyną najpiękniejszą nagrodę” - spisywał słowa mistrzów „Sport”. I dorzucał: „Bramkarz Skromny (…) zaczął wyczyniać coś, co w języku choreograficznym, a raczej medycznym, nazywa się tańcem Świętego Wita”. Markotny – co zauważył wysłannik „Trybuny Robotniczej” - był za to Klaus Jerominek. „Bo przecież dopiero niedawno wrócił do macierzystego koła i niewiele mógł się przyczynić do wywalczenia piłkarskiego pierwszeństwa” - tłumaczył dziennikarz.

Ogolony na łyso, wbity w mundur

Wśród świętujących zabrakło ważnej postaci. Henryk Kempny, który koronę króla ligowych strzelców podzielił z Ernestem Pohlem, po ostatnim meczu bytomian wysłany został... na poligon! - Jak tylko Polonia zakończyła rozgrywki, od razu jechałem do wojska na przeszkolenie do Wrocławia. Tam nie miałem żadnej taryfy ulgowej. Mało tego, długo nikt nie wiedział, że jestem piłkarzem, a co dopiero tego, że jednym z lepszych w lidze. Ogolili mnie na łyso, dopasowali mundur, dali szafkę, łóżko i uczyli na żołnierza. (….) Relacji z meczu przy Cichej słuchałem w radio i jak padł remis, to biegałem po sali i skakałem z radości” - te słowa wybitnego napastnika zanotował Bartosz Błasiak w biografii Kempnego, wydanej kilka lat temu.

Trzy metry szczęścia, ale bez podszewki

Niezwykłą sprawą był nie tylko tytuł wywalczony przez Polonię i jego okoliczności. Niezwykła była też nagroda za triumf. - Cztery czy pięć dni później dostaliśmy od klubu 3-metrowe kupony materiału na ubrania. Mój ojciec żartował, że mnie by wystarczyło 2.70, bo mały byłem... - śmiał się Kazimierz Trampisz. - Ale też mówił: „Żeby ci jeszcze dali pieniądze na podszewkę, na to sztywne płótno, co w klapach, i na krawca”. Bo musiał za to wszystko sam zapłacić. Ale myśmy się cieszyli. Biednie było, trudno było cokolwiek w kraju dostać. Zdobycie takiego ubrania nie było proste...

„Będąc w wojsku, nie mogłem od razu odebrać tego materiału – Kempny potwierdzał słowa Trampisza. - Musiał poczekać na swój czas. Ale trzy lata później w garniturze z niego uszytym brałem ślub!”.

Ciekawostką jest fakt, że późniejszy czarodziej polskich boisk, Jan Liberda, właśnie w tym sezonie zadebiutował w pierwszej lidze, jeszcze przed ukończeniem 18. roku życia. Było to w przegranym 0:1 meczu z Cracovią, który... został ostatecznie unieważniony i powtórzony, przynosząc bytomianom wygraną 1:0! To był jedyny występ Liberdy w tym sezonie, więc dokumentaliści do dziś sprzeczają się, czy należy go w gronie mistrzów Polski umieszczać...

Dariusz Leśnikowski

Nie w takich warunkach rozgrzewali się mistrzowie Polski. Drugi z lewej – Henryk Kempny, jeszcze w włosami i bez munduru. Fot. archiwum Kazimierza Trampisza

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się