Zabrakło kropki nad „i”

Rozmowa z Dawidem Gojnym, piłkarzem Arki Gdynia

Dawid Gojny czeka na debiut w ekstraklasie. Fot. Artur Kraszewski/PressFocus

Jak ocenia pan kończący się rok 2024 od strony piłkarskiej?

– Patrząc na statystyki, mógłbym być zadowolony, ale w sumie czuję wielki niedosyt. Przypomnę tylko, że w rundzie wiosennej w 11 meczach, w których grałem, Arka odniosła sześć zwycięstw, zanotowała cztery remisy i tylko raz zeszła z boiska pokonana. Gdy 3 maja, czyli 10 dni przed moimi 30. urodzinami, doznałem kontuzji, która wyeliminowała mnie z gry do końca poprzedniego sezonu, nasz zespół, był na drugim miejscu. Na trzy kolejki przed końcem sezonu mieliśmy sześć punktów przewagi nad GKS-em Katowice. Ostatecznie to jednak katowiczanie po zwycięstwie 1:0 w ostatniej kolejce w Gdyni razem z Lechią Gdańsk, z którą przegraliśmy w przedostatniej kolejce, awansowali bezpośrednio do ekstraklasy. My w finale baraży ponownie na swoim boisku przegraliśmy z Motorem, prowadząc 1:0 do 87 minuty. Patrzenie z boku na to, co się stało wtedy na boisku, bolało podwójnie... Także w ostatnim akordzie tego roku pojawił się smutek, grając w mistrzostwach Śląska w siatkonodze w Goczałkowicach-Zdroju razem z Krzyśkiem Markowskim. Jako obrońcy tytułu doszliśmy do finału, pokazując sporo fajnych akcji, ale w ostatnim meczu przegraliśmy. Ten jeden występ, który nam nie do końca wyszedł, sprawił, że „spadliśmy” z tronu.

A co było pozytywne?

– Na pewno dużo dobrych spotkań. Ich efektem jest także to, że Arka „zimuje” na drugim miejscu w tabeli I ligi, mając 12 zwycięstw, cztery remisy i trzy porażki, a ja po powrocie do zdrowia, które dopisywało przez całe drugie pół roku, rozegrałem wszystkie spotkania ligowe od pierwszej do ostatniej minuty. Można więc powiedzieć, że choć lato było bolesne, a start nowego sezonu trudny, to w sumie wykonaliśmy jesienią dobrą robotę i liczymy, że w 2025 roku, bogatsi o tegoroczne doświadczenia, wywalczymy awans do ekstraklasy. Chciałbym już jako piłkarz ekstraklasy za rok znowu przyjechać do Goczałkowic na turniej siatkonogi i odzyskać tytuł mistrza Śląska.

Które ze spotkań ligowych z 2024 roku najbardziej utkwiło panu w pamięci?

– Te, w których nie grałem, czyli porażki z Lechią, GKS-em Katowice i Motorem na finiszu poprzedniego sezonu. Remis w Gdańsku dawał nam awans, a grając o jednego więcej od 32 minuty, daliśmy się trafić w końcówce. To była moja najgorsza chwila sezonu, bo choć nie grałem, to byłem częścią drużyny, która straciła wielką szansę awansu do ekstraklasy. Nie mogłem pomóc kolegom i to było straszne. Natomiast z meczów, w których grałem, najmilej wspominam zwycięstwo 6:0 w Opolu czy 5:0 z Kotwicą, bo to fajne wyniki, a także 2:1 z Pogonią Siedlce, bo strzeliłem gola na 1:0 i była to jedyna moja bramka w tym roku.

Z którym z trenerów Arki lepiej się panu współpracowało?

– Z Wojciechem Łobodzińskim w poprzednim sezonie wykonaliśmy naprawdę dobrą pracę. Po jego zwolnieniu na początku tego sezonu pod wodzą Tomasza Grzegorczyka też pokazaliśmy klasę i mam nadzieję, że z Dawidem Szwargą dalej pójdziemy tą drogą do ekstraklasy, bo to jest mój cel. Przekroczyłem już trzydziestkę, a ciągle nie mam debiutu na najwyższym szczeblu rozgrywek. W I lidze, w której gram już ósmy sezon, przekroczyłem granicę 200 spotkań, więc czas na następny krok.

Gdzie spędził pan święta Bożego Narodzenia?

– Tradycyjnie na Śląsku, a dokładniej w Wodzisławiu z rodziną. Po ostatnim meczu prosto z Łodzi dotarliśmy z rodziną do naszych najbliższych. Wigilia u teściowej, a pierwszy i drugi dzień świąt jeździliśmy po moich rodzicach, babciach i ciociach, nadrabiając czas rozłąki. Jest też okazja pochwalić się nowym „członkiem rodziny”, bo... kupiliśmy psa. Nasz cavalier wabi się Łatka. Przez rok się opierałem, ale w końcu uległem rodzinie i przed Wigilią dołączył do nas. Ma śląski rodowód, ale pojedzie z nami nad morze. Mam też nadzieję, że zabiorę ze sobą spod choinki... zdrowie, bo to jest dla mnie najważniejszy prezent.

Rozmawiał Jerzy Dusik